W tym czasie w roku myśli uciekają już w kierunku wiosny, choć często nie widać jeszcze żadnych jej przejawów. Ale jest takie miejsce, gdzie trwa wieczna wiosna, bo wszystko tam kwitnie!

Kwitną domy, studnie, garaże, sprzęty ogrodowe, kapliczki, a nawet psie budy…
Mowa oczywiście o Zalipiu, malowanej wsi w Małopolsce.

Od dawna chciałam się tam wybrać, szczególnie, że czytałam na wielu blogach same ochy i achy na temat tego miejsca, jednak okazja nadarzyła się dopiero teraz, kiedy i tak przejeżdżaliśmy obok. I dobrze, że tak się stało, bo gdybym zaplanowała wyprawę tylko w celu obejrzenia Zalipia, to byłabym rozczarowana

Owszem, na niekorzyść działało to, że zawitaliśmy w Zalipiu chyba w najgorszym możliwym czasie w roku, kiedy wszystko jest szare, bure i ponure, ani śniegu, ani zieleni… Z pewnością, kiedy do malowanych kwiatów dołączają się te rosnące dookoła, robi się znacznie bardziej malowniczo.

I owszem, kwiatowe malunki w Zalipiu są naprawdę piękne, ale… Ale jeśli, tak jak ja, spodziewacie się tam znaleźć coś na kształt skansenu, to możecie być zawiedzeni…

Malowane domy stoją to tu, to tam (przemieszane ze zwykłymi zabudowaniami, jakich pełno w każdej innej wsi), ozdobione w różnym stopniu i w rożnym stopniu zadbane (niestety, jest też wiele bardzo zniszczonych).
Żeby zobaczyć wszystkie malowane elementy trzeba objechać (albo obejść, ale ja zdecydowanie wybieram tę pierwszą opcję) całą wieś.

Przy wjeździe wita nas malowany znak, potem malowane elementy na fasadzie remizy strażackiej, a za chwilę piękne kwiaty na dwóch opuszczonych budynkach. Zaczyna się nieźle…

Jednym z najciekawszych miejsc jest na pewno Dom Malarek, do którego prowadzą nas znaki. Tam znajdziemy większe skupisko malowanych elementów w jednym punkcie, a w samym Domu są wystawy, pamiątki, warsztaty, itd. (ale lepiej wcześniej sprawdzić sobie co i kiedy, bo podczas naszego pobytu Dom Malarek był zamknięty na trzy spusty).

Kolejnym wartym odwiedzenia miejscem jest zagroda – Muzeum Felicji Curyłowej, do którego także doprowadzą nas drogowskazy (również było zamknięte), a po drodze do niego natrafić można na kilka ciekawych elementów, jak np. mój faworyt – malowany mostek.

Niestety, nie miałam przy sobie aparatu, a w telefonie nie mam aż takiego zoomu, żeby udało się zrobić mostkowi dobre zdjęcie. Znajduje się on na ogrodzonym prywatnym gruncie i nie da się zbyt blisko od niego podejść…

Plusem na pewno jest brak turystów i ogólnie praktycznie zerowy ruch.
Niektóre z budynków stoją sobie przy drodze i można bez problemu je obejrzeć i zrobić sobie zdjęcie. Inne chaty czy budowle, jak wspomniany mostek, znajdują się na prywatnych posesjach. Podobno właściciele z chęcią rozmawiają z turystami i sami zapraszają ich do zwiedzania (jak pani mieszkająca naprzeciwko opuszczonego sklepu), ale nie każdy lubi taką formę turystyki. My dodatkowo, jak Wam wspomniałam, byliśmy przejazdem, więc nie bardzo mieliśmy na to czas.

Możliwe, że ogólnie mieliśmy trochę pecha do Zalipia, bo malowanego wnętrza kościoła również nie udało nam się zobaczyć, bo właśnie trwała msza…

Po tym, jak wrzuciłam fotkę z Zalipia na Insta, pytaliście mnie, czy warto się tam wybrać… Powiem tak, ja cieszę się, że tam byłam i oglądanie malowanych chat sprawiło mi sporo radości, ale jako główny cel podróży, samo Zalipie to trochę mało (chyba że macie tam bardzo blisko)… Dodatkowo, byliśmy w sobotę, czyli chyba najpopularniejszy wycieczkowy dzień, a – jak Wam wspomniałam – wszystko zastaliśmy zamknięte…

Podsumowując – polecam wiosną lub latem (na pewno ładniej, a może i więcej życia tam wtedy), tym, którzy uwielbiają wiejskie, folkowe klimaty, no i lubią robić zdjęcia 🙂
Ale jeśli będziecie kiedyś przejazdem w okolicy, to zdecydowanie warto zjechać z trasy i na chwilę zajrzeć do Zalipia, bo to, tak czy inaczej, wieś wyjątkowa i inna od wszystkich!