Co i rusz powstają jakieś akcje blogerskie, jedne bardziej, inne mniej udane. Przeważnie nie biorę w nich udziału, bo taki ze mnie outsider, że wolę na swoim Szczycie znajdować własne tematy, a nie iść wraz z tłumem. Tym razem jednak stało się inaczej, bo akcja zorganizowana przez Mocem jest mi bardzo po drodze.
Nie wiem, czy wiecie, że właśnie trwa Międzynarodowy Tydzień Małżeństwa i z tej okazji blogerzy włączyli się w projekt #MałżeństwoJestFajne.

Zgadzam się z tym stwierdzeniem w stu procentach, więc nie mogłam przejść wobec akcji obojętnie. Problem pojawił się dopiero, gdy przystąpiłam do pisania tego tekstu. Okazało się bowiem, że nie mam zupełnie pomysłu, o czym Wam w nim opowiedzieć.
Moje refleksje na temat małżeństwa ograniczają się do – wspomnianego już – małżeństwo jest fajne. Małżeństwo jest super. Małżeństwo – obok macierzyństwa – to najlepsza sprawa, jaka mnie w życiu spotkała.
Tylko, co to wnosi do życia czytelników? Niewiele.

I nie jestem w stanie Wam podać żadnej recepty na udane małżeństwo. Ja po prostu trafiłam na idealnego dla siebie mężczyznę. Na swojego Księcia z Bajki, o którym zawsze marzyłam.
Bo, wiecie, miałam w życiu tak naprawdę tylko dwa wielkie marzenia – chciałam pisać książki i poznać wspaniałego faceta, z którym stworzę szczęśliwą rodzinę. Oczyma wyobraźni widziałam naszego synka (tak, synka 😉 ), który kiedyś się pojawi i nasze wspólne życie, kiedy wszystko już będzie dobrze.

I moje marzenia, marzenia być może dla kogoś banalne, spełniły się całkowicie. Zawsze, nawet w najciemniejszych chwilach mojego życia wiedziałam, że KIEDYŚ to nastąpi. Mam za sobą dość ponurą przeszłość, gdy zmagałam się z wieloma problemami, a moja życiowa droga była kręta i wyboista. I przez wiele, wiele lat tylko to „kiedyś” napędzało mnie do kroczenia naprzód, bo byłam pewna, że KIEDYŚ wszystko będzie dobrze.

To „KIEDYŚ” jest dziś.
A wszystko dzięki jednemu człowiekowi, znanemu Wam, jako Ojciec na Szczycie. Mojemu mężowi, mojej sile, przyjacielowi, najbliższej osobie, bez której nie wyobrażam sobie świata. On mnie uratował, kiedy nawet nie wiedziałam, że potrzebuję ratunku, uzdrowił, dał szczęście i spełnił wszystkie moje marzenia.
Ale powiecie, co to ma wspólnego z małżeństwem?
Choć znaliśmy się na bardzo długo przed ślubem, to dopiero po ślubie przyszło moje „KIEDŚ”, czas, gdy wszystko się ułożyło, ustabilizowało, gdy nie byliśmy już nią i nim, ale jednym organizmem. Bo tym jest dla mnie właśnie małżeństwo – jednością, stanem, w którym idziemy przez życie zjednoczeni i zawsze razem.
Jak może wiecie, jestem osobą bardzo wierzącą i sam sakrament małżeństwa ma dla mnie ogromne znaczenie. To moment, w którym sam Bóg włącza się w nasz związek ze swoim błogosławieństwem, a skoro „Bóg z nami, któż przeciwko nam?” (Rz 8, 31).

I znowu, nie mogę Wam podać recepty na szczęśliwe małżeństwo, oprócz jednej – iść przez życie z miłością. I rozsądkiem. Mam wrażenie, że wiele związków rozbija się o nierealne oczekiwania i wydumane pretensje. Oczywiście, zdarzają się sytuacje ekstremalne, zdarzają się ludzie, którzy potrafią wszystko zniszczyć, jednak ja mówię o takich codziennych zwyczajnych sprawach w normalnie funkcjonujących małżeństwach.
Pokora, umiejętność cieszenia się drobiazgami, docenianie pozytywów, akceptacja drugiego człowieka takim, jakim jest i świadomość własnych wad, radość życia, nie szukanie problemów na siłę i wspólne rozwiązywanie, tych które się pojawiają oraz, przede wszystkim, docenianie swojego małżeństwa – ta świadomość, że małżeństwo, to stan, gdy dwoje staje się jednym.

Dla mnie jest ono fundamentem życia i świętością i niech sobie przeciwnicy takiego podejścia gadają, co chcą. A miłość małżeńska jest znacznie lepsza od tej, tak zachwalanej, świeżej, romantycznej, pełnej uniesień miłości z początku związku. Owszem – te uczucia, które pojawiają się najpierw są odurzające i intensywne, ale też wypalające. Bo ileż można żyć w ciągłym uniesieniu? Miłość małżeńska jest dojrzała, radosna, stała. To miłość, która kwitnie każdego dnia, choć bez bukietów kwiatów, butelek wina i słodkich serduszek. Miłość, która prowadzi nas przez życie.