Self-publishing. Coś, czemu do niedawna byłam przeciwna. Uważałam, że self-publishing niszczy rynek wydawniczy, a do tego robi ludziom wodę z mózgu. Przez to, że „wydawnictwa” publikujące książki w ten sposób (czyli tak naprawdę jedynie pośredniczące między autorem a drukarnią) wyrastają jak grzyby po deszczu i cieszą się coraz większą popularnością, część społeczeństwa zaczęła mieć mylne wyobrażenie o tym, jak wydaje się książki (o procesie wydawniczym pisałam Wam TUTAJ).
Dziwiło mnie pytanie, które czasami mi zadawano – „Ile zapłaciłaś za wydanie książki?„. Kolejne z takich pytań, które kładzie mnie na łopatki, to – „Gdzie można kupić twoją książkę?”. Mam nadzieję, że się nie obrazicie, ale muszę przyznać, że mam wtedy ochotę odpowiedzieć, że w mięsnym.
Bo, wiecie, książki kupuje się zazwyczaj w księgarni, to taki sklep pełen książek. Jednak to właśnie self-publishing zaburzył ten prosty proces. Bo książki wydawane w ten sposób zazwyczaj do księgarni nie trafiają. Można je zamówić na konkretnej stronie, w wybranym miejscu, itd. Nic więc dziwnego, że ludzie zadają takie pytania…

Kolejną kwestią, z jaką mamy do czynienia przy self-publishingu jest (zazwyczaj) brak korekty i redakcji, ale o tym za chwilę. Bo nieoczekiwanie ten aspekt, który do tej pory uważałam za duży minus tej formy wydawania książek, zaczęłam postrzegać jako plus. I w ogóle cały self-publishing zaczął mi się jawić w innych barwach, a wszystko za sprawą książki „Bies” Marcina Cieślika, którego być może znacie z bloga Maniyacy.

Już pierwsza książka Marcina – „Maniyacy” zmieniła moje postrzeganie tematu, ale „Bies” jest od niej zdecydowanie lepszy i był dla mnie niesamowitym  czytelniczym przeżyciem, którego nie zapomnę.
Z pewnością wpływ na czytanie miało też to, że między pierwszą, a drugą książką zdążyłam osobiście poznać autora i jego rodzinę, a także to, że sama stałam się bohaterką jego drugiej powieści, co już samo w sobie zrobiło na mnie ogromne wrażenie.
Opis Domu na Szczycie i toczących się w nim wydarzeń jest fantastyczny i sprawił sporo frajdy całej naszej rodzinie, ale nie o wątki osobiste w tym wpisie chodzi 😉
Tak na marginesie – zapewniam, że nie mam w domu suszonych pokrzyw i pomieszczenia pełnego zepsutych lalek, ale ten pokój pełen krzyży jest już całkiem bliski prawdy 😉
Ach, Marcin, i buziaki dla Ciebie za tę „MŁODĄ kobietę” 😀 😀 😀

Trzeba zacząć od tego, że Marcin jest niezwykłą osobowością. Jego postrzeganie świata jest wyjątkowe, niebanalne, bardzo indywidualistyczne. Ma specyficzny, nieszablonowy i bardzo charakterystyczny styl pisania, własną wizję i jasną hierarchię wartości – czyż to nie są właśnie cechy znakomitego pisarza?
Styl Marcina chwilami przypomina mi teksty Hłaski, z najbardziej surrealistycznym według mnie – „Ósmym dniem tygodnia” na czele.
Twórczość Marcina nie jest dla każdego, ale jest z pewnością czymś, co pozostawia po sobie ślad w czytelniku. Jest niepokojąca, trudna do zaszufladkowania, naturalistyczna i pełna niuansów.
Dla mnie to właśnie coś, co czyni tekst dziełem, a nie zwykłym czytadłem.

Książki „Bies” nie da się poddać klasycznej recenzji, bo to publikacja, która recenzjom się wymyka, jak i sam autor wymyka się wciśnięciu w grzeczne i sztywne społeczne ramy.
Na mnie zrobiła ogromne wrażenie.
Czytelnik znajdzie w niej bardzo przemyślaną konstrukcję, wszystkie z pozoru początkowo niezwiązane ze sobą wątki w końcu mistrzowsko się zbiegają, przynosząc ważny i głęboki przekaz.

Ogromnym atutem jest to, że choć to sam autor jest narratorem, obserwujemy świat raczej oczami jego synów, dziesięcioletnich chłopców, dla których rzeczywistość jest zaskakująca, pełna zagadek i tajemnic.
Widać to w książce – i zapewniam Was, że widać to na żywo – że Marcin ma fantastyczny kontakt ze swoimi dziećmi. Nie wymaga od nich, by dostosowały się do świata dorosłych, a raczej to on pragnie żyć z nimi w ich świecie, poznać go i zrozumieć. Czytając, sami cofamy się do czasu naszego dzieciństwa, kiedy zwykłe zadrapanie na ścianie domu było tajemnym znakiem, a piwnica nie była miejscem, w którym trzymamy graty, tylko fascynującym światem duchów i zagadek. Cofamy się do czasów, kiedy spędzało się czas na podwórku, a nie przed ekranem komputera.
Niezwykle cenię w Marcine ten jego poziom wrażliwości.

A co do tego ma, wspomniany na początku self-publishing? Ano to, że książka „Bies” wydana w klasycznym wydawnictwie, nie byłaby taka sama.
Owszem, miejscami widać w niej brak korekty. Brak prawidłowego zapisu kwestii dialogowych sprawia, że z początku trudno się czyta (potem już się człowiek przyzwyczaja) i to jest właściwie moje jedyne zastrzeżenie; zdarza się też sporo literówek. Być może po tych drobnych poprawkach, książka stałaby się jeszcze lepsza, ale… ale jest jeszcze redakcja, na którą, znając Marcina, pewnie by się nie zgodził. I w tym przypadku – słusznie.

Redakcja jest trudnym momentem chyba dla każdego autora. Bo, wiecie, to trochę tak, jakbyście pięknie ubrali swoje dziecko na przyjęcie, a przyszłaby jakaś obca baba i powiedziała, że jest ok, ale ona trochę pozmienia strój Waszej pociechy, fryzura ma być inna, biała koszulka zmieniona na niebieską, itd. No, ciężka sprawa 😉
W założeniu redakcja sprawia, że książka jest bardziej dopracowana i niby lepsza, ale… Ale tutaj dochodzimy do pytania z tytułu – czy sam artyzm się broni i na ile potrzebuje rzemiosła?
Marcin w książce „Bies” pokazuje coś, o czym chyba świat w obecnych czasach wszechobecnej poprawności, którą wynosimy do rangi bóstwa, zapomniał – artyzm broni się sam.
Artyzm nie potrzebuje poprawności. Artyzm to wizja w czystej formie. Artyzm nie musi, a nawet nie powinien być wciśnięty w ramki.

Gdyby książka „Bies” przeszła przez sito korekty i redakcji, myślę, że straciłaby sporo ze swej autentyczności i straciłaby swój wyjątkowy wymiar.

Marcin, jak mówi, pisze po to, by zostawić po sobie coś swoim dzieciom i by utrwalić ich wspólne rodzinne wspomnienia. Już samo to bardzo mi się podoba i uważam to za piękną inicjatywę.
I, wiecie, trochę mu zazdroszczę tego nieskrępowania, artyzmu w czystej formie, bez narzuconych żadnych schematów, wznoszenia się ponad konwenanse. Sposób pisania Marcina, nawet ten brak poprawnej interpunkcji, jest pewnym stylem, jego stylem, który pokazuje, że nie prawidłowo postawiony przecinek jest w twórczości – i w życiu – najważniejszy.