Self-publishing. Coś, czemu do niedawna byłam przeciwna. Uważałam, że self-publishing niszczy rynek wydawniczy, a do tego robi ludziom wodę z mózgu. Przez to, że „wydawnictwa” publikujące książki w ten sposób (czyli tak naprawdę jedynie pośredniczące między autorem a drukarnią) wyrastają jak grzyby po deszczu i cieszą się coraz większą popularnością, część społeczeństwa zaczęła mieć mylne wyobrażenie o tym, jak wydaje się książki (o procesie wydawniczym pisałam Wam TUTAJ).
Dziwiło mnie pytanie, które czasami mi zadawano – „Ile zapłaciłaś za wydanie książki?„. Kolejne z takich pytań, które kładzie mnie na łopatki, to – „Gdzie można kupić twoją książkę?”. Mam nadzieję, że się nie obrazicie, ale muszę przyznać, że mam wtedy ochotę odpowiedzieć, że w mięsnym.
Bo, wiecie, książki kupuje się zazwyczaj w księgarni, to taki sklep pełen książek. Jednak to właśnie self-publishing zaburzył ten prosty proces. Bo książki wydawane w ten sposób zazwyczaj do księgarni nie trafiają. Można je zamówić na konkretnej stronie, w wybranym miejscu, itd. Nic więc dziwnego, że ludzie zadają takie pytania…

Kolejną kwestią, z jaką mamy do czynienia przy self-publishingu jest (zazwyczaj) brak korekty i redakcji, ale o tym za chwilę. Bo nieoczekiwanie ten aspekt, który do tej pory uważałam za duży minus tej formy wydawania książek, zaczęłam postrzegać jako plus. I w ogóle cały self-publishing zaczął mi się jawić w innych barwach, a wszystko za sprawą książki „Bies” Marcina Cieślika, którego być może znacie z bloga Maniyacy.

Już pierwsza książka Marcina – „Maniyacy” zmieniła moje postrzeganie tematu, ale „Bies” jest od niej zdecydowanie lepszy i był dla mnie niesamowitym  czytelniczym przeżyciem, którego nie zapomnę.
Z pewnością wpływ na czytanie miało też to, że między pierwszą, a drugą książką zdążyłam osobiście poznać autora i jego rodzinę, a także to, że sama stałam się bohaterką jego drugiej powieści, co już samo w sobie zrobiło na mnie ogromne wrażenie.
Opis Domu na Szczycie i toczących się w nim wydarzeń jest fantastyczny i sprawił sporo frajdy całej naszej rodzinie, ale nie o wątki osobiste w tym wpisie chodzi 😉
Tak na marginesie – zapewniam, że nie mam w domu suszonych pokrzyw i pomieszczenia pełnego zepsutych lalek, ale ten pokój pełen krzyży jest już całkiem bliski prawdy 😉
Ach, Marcin, i buziaki dla Ciebie za tę „MŁODĄ kobietę” 😀 😀 😀

Trzeba zacząć od tego, że Marcin jest niezwykłą osobowością. Jego postrzeganie świata jest wyjątkowe, niebanalne, bardzo indywidualistyczne. Ma specyficzny, nieszablonowy i bardzo charakterystyczny styl pisania, własną wizję i jasną hierarchię wartości – czyż to nie są właśnie cechy znakomitego pisarza?
Styl Marcina chwilami przypomina mi teksty Hłaski, z najbardziej surrealistycznym według mnie – „Ósmym dniem tygodnia” na czele.
Twórczość Marcina nie jest dla każdego, ale jest z pewnością czymś, co pozostawia po sobie ślad w czytelniku. Jest niepokojąca, trudna do zaszufladkowania, naturalistyczna i pełna niuansów.
Dla mnie to właśnie coś, co czyni tekst dziełem, a nie zwykłym czytadłem.

Książki „Bies” nie da się poddać klasycznej recenzji, bo to publikacja, która recenzjom się wymyka, jak i sam autor wymyka się wciśnięciu w grzeczne i sztywne społeczne ramy.
Na mnie zrobiła ogromne wrażenie.
Czytelnik znajdzie w niej bardzo przemyślaną konstrukcję, wszystkie z pozoru początkowo niezwiązane ze sobą wątki w końcu mistrzowsko się zbiegają, przynosząc ważny i głęboki przekaz.

Ogromnym atutem jest to, że choć to sam autor jest narratorem, obserwujemy świat raczej oczami jego synów, dziesięcioletnich chłopców, dla których rzeczywistość jest zaskakująca, pełna zagadek i tajemnic.
Widać to w książce – i zapewniam Was, że widać to na żywo – że Marcin ma fantastyczny kontakt ze swoimi dziećmi. Nie wymaga od nich, by dostosowały się do świata dorosłych, a raczej to on pragnie żyć z nimi w ich świecie, poznać go i zrozumieć. Czytając, sami cofamy się do czasu naszego dzieciństwa, kiedy zwykłe zadrapanie na ścianie domu było tajemnym znakiem, a piwnica nie była miejscem, w którym trzymamy graty, tylko fascynującym światem duchów i zagadek. Cofamy się do czasów, kiedy spędzało się czas na podwórku, a nie przed ekranem komputera.
Niezwykle cenię w Marcine ten jego poziom wrażliwości.

A co do tego ma, wspomniany na początku self-publishing? Ano to, że książka „Bies” wydana w klasycznym wydawnictwie, nie byłaby taka sama.
Owszem, miejscami widać w niej brak korekty. Brak prawidłowego zapisu kwestii dialogowych sprawia, że z początku trudno się czyta (potem już się człowiek przyzwyczaja) i to jest właściwie moje jedyne zastrzeżenie; zdarza się też sporo literówek. Być może po tych drobnych poprawkach, książka stałaby się jeszcze lepsza, ale… ale jest jeszcze redakcja, na którą, znając Marcina, pewnie by się nie zgodził. I w tym przypadku – słusznie.

Redakcja jest trudnym momentem chyba dla każdego autora. Bo, wiecie, to trochę tak, jakbyście pięknie ubrali swoje dziecko na przyjęcie, a przyszłaby jakaś obca baba i powiedziała, że jest ok, ale ona trochę pozmienia strój Waszej pociechy, fryzura ma być inna, biała koszulka zmieniona na niebieską, itd. No, ciężka sprawa 😉
W założeniu redakcja sprawia, że książka jest bardziej dopracowana i niby lepsza, ale… Ale tutaj dochodzimy do pytania z tytułu – czy sam artyzm się broni i na ile potrzebuje rzemiosła?
Marcin w książce „Bies” pokazuje coś, o czym chyba świat w obecnych czasach wszechobecnej poprawności, którą wynosimy do rangi bóstwa, zapomniał – artyzm broni się sam.
Artyzm nie potrzebuje poprawności. Artyzm to wizja w czystej formie. Artyzm nie musi, a nawet nie powinien być wciśnięty w ramki.

Gdyby książka „Bies” przeszła przez sito korekty i redakcji, myślę, że straciłaby sporo ze swej autentyczności i straciłaby swój wyjątkowy wymiar.

Marcin, jak mówi, pisze po to, by zostawić po sobie coś swoim dzieciom i by utrwalić ich wspólne rodzinne wspomnienia. Już samo to bardzo mi się podoba i uważam to za piękną inicjatywę.
I, wiecie, trochę mu zazdroszczę tego nieskrępowania, artyzmu w czystej formie, bez narzuconych żadnych schematów, wznoszenia się ponad konwenanse. Sposób pisania Marcina, nawet ten brak poprawnej interpunkcji, jest pewnym stylem, jego stylem, który pokazuje, że nie prawidłowo postawiony przecinek jest w twórczości – i w życiu – najważniejszy.

 

  • Właściwie każda z bohaterek moich powieści jest jakąś częścią mnie samej, ale jeszcze nigdy wcześniej nie pojawiłam się w książce innego autora 🙂
    A co do samej powieści Marcina, myślę, że ona świetnie nawiązuje do źródeł tworzenia, do czasów, kiedy nad ostatecznym wyglądem dzieła nie pracował sztab redaktorów mających na uwadze poprawność i dostosowanie publikacji do obowiązujących norm.

  • Trochę jestem w temacie:) sama wiesz, więc kwestii z wydaniem książki, nie będę się wypowiadać, ale potrafię się wczuć w emocje człowieka, który czyta o sobie i ukochanym miejscu 🙂

    • O wydawaniu książek wiele by można mówić, teraz wiem, że wszystko ma swoje plusy i minusy. Kiedyś z góry odrzucałam self-publishing, a teraz widzę, że w pewnych przypadkach może on być zdecydowanie lepszą formą wydania książki. Nic w życiu nie jest oczywiste, zależy od wielu czynników.

      • A pewnie, że tak. Czas poświęcony na pisanie książki, to są godziny ciężkiej pracy. I autor mam prawo dysponować swoim dziełem w sposób, który uważa za słuszny. Trzeba walczyć o marzenia 🙂

  • Dobrze widzieć, że książki można kupić w księgarni. A tak serio, to mam wrażenie, że dziś wydaje się stanowczo za dużo złych książek i te dobre, wartościowe często w tym tłoku giną.

    • Też mam podobne wrażenie:-) Dzięki self-publishingowi powstało wiele ciekawych książek, słabych też, ale podobnie ma się rzecz w dużych wydawnictwach. Czasem fabuła i dialogi w popularnych czytadłach są tak naiwne, jakby pisały je dzieci (nie umniejszając zdolnościom dzieci, bo te zwykle mają więcej talentu niż dorośli) 😉

      • Chyba chodzi po prostu o to, że dobra książka broni się sama, obojętnie w jaki sposób jest wydana 🙂

    • Niestety, żyjemy w takich czasach, gdzie jest ogólnie za dużo wszystkiego. Już abstrahując od tego, czy książki, filmy, towary, itd. są dobre, czy nie, zwyczajnie ich ilość może przytłoczyć i faktycznie trudno znaleźć to, co naprawdę nas urzeknie…

    • Rafau Ikswoktur

      Zdecydowanie sie zgadzam. Marcin pisal ze chce konczyc z pisaniem, co odradzam. Czesto na sukces trzeba poczekac, ale ja trzymam kciuki. Jeszcze po takiej pozytywnej opinii nie powinien sie zalamywac tylko isc za ciosem i rozsylac linki wszedzie zeby ludzie o nim uslyszeli 🙂

      • Też uważam, że Marcin nie powinien rezygnować z pisania, bo „Bies” pokazuje, że od czasu pierwszej książki bardzo się rozwinął jako autor i myślę, że skoro już druga powieść miała w sobie tyle mocy, to trzecia powaliłaby nas na kolana! 🙂

    • pozeramstrony

      Dokładnie, a wtedy ciężko przesiać czytelnikowi ziarno od plew. Poza tym wszystkie opinie „z tyłu” książki są zachęcające, a gdy czytamy okazuje się, że to „smutny korniszonek”

      • Haha, niezachęcających opinii raczej nikt by nie zamieszczał 😉

    • Dokładnie. Często się też zdarza, że bardzo kiepskie teksty są gloryfikowane przez to, że ktoś popularny w sieci je napisał. Czyta to później człowiek i żałuje każdej chwili spędzonej nad taką książką. A te wartościowe perełki gdzieś czekają na odkrycie na półkach księgarni…

      • Bo niestety w obecnych czasach główną rolę odgrywa nie wartość tekstu, a jego promocja…

  • Nigdy nie byłam przeciwna self-publishingowi, jeśli książka mnie wciągnie, to nie ma znaczenia gdzie jest wydana, wczytuję się w nią z zainteresowaniem. 🙂

    • Wiesz, ja z perspektywy pisarki, znając całe zaplecze procesu wydawniczego, patrzyłam na to nieco inaczej, ale masz rację – w książce najważniejsza jest… książka 🙂 I teraz myślę, że dobrze, że istnieje taka możliwość publikacji, bo tak, jak napisałam w tekście, w przypadku tej konkretnej książki, self-publishing pozostawiający ją w niezmienionej formie, jest ogromnym plusem dla jej treści.

      • Co prawda ja pisałam książki, ale naukowe, a wówczas inne prawa jeszcze się stosują, ale jeśli coś jest świetne, to niejako wiele jesteśmy mu w stanie duperelek wybaczyć. 🙂

  • Kasia Torz

    Fajny post, uzupełniony super zdjęciami, gdzie wiedzę samego autora.Nie wiedziałam nic o self-publiszingu tzn. ze on sie tak nazywa. Ale wiem co masz na myśli, prawie kazdy coach ma książkę, każda kobieta w e-commerce i marketingu tez pisze ksiazki, tak ze mozna się „okocić” o tych książek.

    • Haha, no właśnie, self-publishing sprawił, że rynek został zalany książkami, często niestety o wątpliwej wartości, ale teraz wiem, że ta forma publikacji jest też dobra, skoro dzięki niej pojawiają się i takie perełki, jak ta książka 🙂

  • nigdy nie słyszałam o self-publishingowi, zaskoczyło mnie to książka ciekawa pewnie po nią sięgnę…

    • Dużo by można o nim mówić i to pewnie byłby temat jeszcze na wiele wpisów, jak i inne wątki związane z rynkiem wydawniczym 😉 A „Biesa” polecam, to książka inna niż wszystkie 🙂

  • naszebabelkowo.blogspot.com

    O jacie, ale czad ! Nie dość , ze sama piszesz książki – to jeszcze teraz stałaś się bohaterką jednej z nich 🙂 Targosz i Szograt – już na Facebooku wzbudziło we mnie pewne podejrzenia i okazuje się, że wcale się nie pomyliłam 😉 Chętnie bym przeczytała „Biesa” – ale…gdzie mogę go kupić ? 😉

    • Tutaj -> http://alimero.pl/bies-178881.html
      No, to fantastyczne uczucie zaleźć się w książce innego autora, a jeszcze Marcin tak opisał mój dom, że zaczęłam sama na ten budynek patrzeć innymi oczami 😉 Marcin potrafi obudzić w czytelniku jakieś zapomniane sfery, emocje z dzieciństwa, poruszyć duchowe struny.

  • Mnie też nie przekonuje self-publishing, ale chyba masz rację, że po tych wszystkich zabiegach w wydawnictwie książka już nie jest taka sama. Ciekawe ile perełek przez to utraciliśmy 😉

    • Redakcja sama w sobie jest dobrą rzeczą, potrafi wiele wnieść do książki, ale – jak to w życiu – nic nie jest oczywiste i wszystko zależy od konkretnego przypadku. Niestety, mam wrażenie, że obecnie wiele książek, zamiast zostać ulepszonymi, jest raczej w procesie redakcji „ugładzane”, przycinane do szablonu…

  • Z tym pokojem pełnym zepsutych lalek bym polemizowała- odkryłam w piwnicy pomieszczenie, zamknięte na klucz, zerknęłam przez dziurkę i co zobaczyłam? Nic, oczywiście żartuję- taka mnie głupawka naszła. Wiesz co lubię w Tobie, Twoich wpisach? To, że jeśli zmieniasz zdanie na jakiś temat- opisujesz swoje wcześniejsze stanowisko, mówisz dlaczego to się zmieniło. To bardzo rzadka przypadłość dzisiejszych czasów, a zwłaszcza blogosfery…Książka zapowiada się bardzo ciekawie 🙂

    • Dziękuję, miło mi to słyszeć :* Do każdego tematu podchodzę zawsze szczerze, a jednocześnie, choć – jak każdy – odbieram świat przez pryzmat własnych odczuć, staram się pamiętać, że każdy temat ma wiele aspektów 🙂
      A z tym pokojem zamkniętym na klucz… właśnie taki wątek również pojawia się w tej książce 🙂

      • P.S. A mój dziadek zawsze mawiał, że gdyby ludzie nie zmieniali zdania, to by nigdy ze zeszli z drzewa 😉

  • Miałam podobne spostrzeżenia co do takiej formy wydawania książek ale z drugiej strony sa autorzy którzy obronią sie własnie swoja tworczością. Z drugiej strony nadal lubie iść do księgarni a nie mięsnego i poczuc tę magię słowa

    • Do mięsnego też czasem warto zajrzeć po jakąś smaczną karkóweczkę czy mielone 😀

  • powiem tyle – niesamowite !

  • Anna Sakowicz

    Oj, książka bez redakcji zapala we mnie wszystkie lampki. Autor nigdy nie widzi swoich błędów. Czasami takie zwyczajne literówki są w stanie odstraszyć czytelników. Wiadomo, że błędy mogą się zdarzyć w każdej książce, ale najlepiej dążyć do tego, by zminimalizować ich liczbę.

    • Też tak do niedawna myślałam, ale zmieniłam zdanie 🙂 Ta książka to tak niesamowite przeżycie czytelnicze, że wybaczam jej wszystkie literówki, które tak naprawdę są bzdurą w porównaniu do tego, co niesie z sobą treść 🙂

      • Anna Sakowicz

        To teraz mnie zaintrygowałaś. 🙂

  • Miło mi to słyszeć 🙂

  • Sądzę, że czytelnicy i tak wiedzą co chcą czytać. Widzę ten sam trend i u nas w Szwecji.

    • To prawda, najważniejsze – przynajmniej dla mnie, jako pisarki, jest to, żeby książka znalazła zachwyconych czytelników, a największa nagroda to dla mnie wiadomości o treści „Dziękuję, że napisałaś tę książkę” – dla takich chwil to robię 🙂

  • Przeczytałam z przyjemnościa! Od jakiegos czas interesuje sie troche self publishing.

    • Cieszę się, że wpis okazał się przydatny 🙂

  • Ewelina

    Rzeczywiście tak jest, że szukając konkretnej książki, nie koniecznie z pierwszej 10tki top najpopularniejszych księgarni – można ją znaleźć. Nie prawda. Trzeba bardzo się naszukać.. no chyba, że sięgamy po kolejną bezsensowną pozycję jakiegoś celebryty..
    A co do redakcji i redagowania.. wybaczam literówki.. jeśli tylko autor jest tego świadomy..

    • Księgarnie internetowe bardzo ułatwiają sprawę, bo wystarczy wpisać tytuł w wyszukiwarkę, natomiast w tych stacjonarnych niestety książki, za którymi nie stoi ogromna finansowa promocja, niestety często giną gdzieś na dolnych półkach i w innych zakamarkach…

  • Głodni Przygód

    Namówiłaś mnie na zapoznanie się z twórczością Marcina.

    • Może się spodobać, lub wręcz odwrotnie, ale na pewno nie zostawi czytelnika obojętnym i to moim zdaniem jej ogromny atut, o sztuka powinna wywoływać emocje 🙂

  • Język Hłaski i opowieść dla dzieci? – aż się zaciekawiłam, nie wyobrażam sobie tego połączenia. Czas przeczytać Biesa 🙂

    • Nie, absolutnie! „Bies” nie ma zupełnie nic wspólnego z opowieścią dla dzieci, choć, jak wspomniałam, jest w większości pisany z perspektywy dziesięciolatków.

  • Moja siostra ma tę książkę!!!! W niedziele widziałam u niej na półce-aż sobie chyba pożyczę!;D

    • O, widzisz! Nie musisz daleko szukać 🙂

  • To musi być niesamowite zostać bohaterem czyjejś książki 🙂
    Jeśli zaś chodzi o self-publishing – są ludzie, którzy mają swoje wierne grono odbiorców i decydują się na tę formę także dlatego, żeby ograniczyć pośredników i na swoim pisaniu zarobić. Tak robi wielu blogerów, bo trafiają do tych, którzy ich książki chcą kupować i czytać. Może mniejsza szansa, że trafią do przypadkowego czytelnika.
    Z drugiej strony Twoje książki można kupić w księgarniach – więc jesteś może łatwiej dostępna, ale w księgarniach można dostać oczopląsu i łatwo przegapić fajne książki. Liczy się pewnie też trochę to, ile kto ma kasy na promocję. Pewnie więc każda droga ma swoje plusy i minusy.
    Ja do Ciebie, a potem Twoich książek trafiłam przez bloga. I to jest mój plan na jesienne wieczory 🙂 A potem się podzielę wrażeniami 🙂

    • To prawda, wszystko ma swoje plusy i minusy i wszystko zależy od tego, na czym autorowi… zależy 😉
      A to, ile kto przeznacza środków na promocję, jest w dzisiejszych czasach – w których rynek jest tak zalany książkami – decydujące. Nie chodzi nawet o reklamę, jako taką, tylko o to, że im bardziej promowana książka,tym więcej osób ma szansę dowiedzieć się o jej istnieniu.
      P.S. Życzę miłej lektury 🙂

  • Dzięki za wyjaśnienie co to takiego ten self-publishing.
    Dowiedziałam się czegoś nowego.

  • I tutaj nie wiadomo jak na to spojrzeć bo dzięki temu można trafić na taką książkę jak „Bies”, ale z drugiej strony tak jak mówisz, tym sposobem wychodzi dużo utworów (o ile można je tak nazwać) kiepskiej jakości. Czasy się zmieniją i wszystko idzie do przodu, a my musimy podchodzić do wszystkiego selektywnie. Niby rynek jest dla każdego i każdy ma swoje szanse. Myślę, że dobre dzieło obroni się samo i ludzie będą chętnie je czytać, kupować i polecać, a to byle jakie nie osiągnie za wiele i szybko zaginie po nim słuch.

    • I tak, i nie – to prawda, że dobra książka obroni się sama, ale w dzisiejszych czasach, bez odpowiedniej kampanii informacyjno-promocyjnej może po prostu zginąć w tłoku. Prawda jest taka, że najlepiej sprzedają się te książki, które są najmocniej promowane, które mają wykupione najlepsze miejsca na półkach (to ogromny koszt, żeby książka znalazła się np. na półce „nowości”), itp.

      • To też prawda, w sumie zapomniałam o tym, że reklama dźwignią handlu. Ale zdecydowanie masz racje, bez promocji nie dotrze do wielu czytelników.

  • o! Już wiem co kupię koleżance na mikołajki

    • Cieszę się, że Cię zainspirowałam 🙂

  • Moim zdaniem różnica między publikowaniem samemu, a a poprzez wydawnictwo, to tylko różnica, kto bierze większość kasy za książkę. W tzw. tradycyjnym sposobie wydawania 90% bierze wydawnictwo i pośrednicy, w wydawaniu własnym dużo więcej pieniędzy trafia do autora, ale też wiąże się to z ogromnym nakładem pracy. Natomiast, jeżeli ma się ISBN, to każda książka może trafić do księgarni, niezależnie od sposobu wydania. Inna sprawa, czy księgarnie naprawdę jeszcze istnieją (ciężko EMPiK nazywać księgarnią).
    Dbałość o stronę wydawniczą, korektę i redakcję można załatwić we własnym zakresie, to nie są wielkie pieniądze. Widziałem już badziewnie wydane książki przez tradycyjne wydawnictwa i dopieszczone w każdym szczególe książki wydawana własnymi siłami. Najlepszym przykładem jest Michał Szafrański i jego „Finansowy Ninja”. Pytanie jest – czy gdy mamy wydać książkę, to mamy wystarczająco dużo wiedzy i determinacji, by wszystkim zająć się samemu, czy też wolimy oddać to w ręce kogoś innego, w zamian za znacząco niższe zyski.

    • Niestety, nie do końca tak to wygląda. Tym, żeby książki trafiły do księgarni zajmują się dystrybutorzy. Każde wydawnictwo ma podpisaną umowę z firmą dystrybucyjną (chyba że samo jest tak prężne, że ogarnia dystrybucję), ale jej warunki bardzo się wahają w zależności od tego, które wydawnictwo co wynegocjuje i na jakie nakłady finansowe może sobie pozwolić.
      Nie wiem, czy osoba prywatna może podpisać umowę z dystrybutorem, ale nawet jeśli tak, to będzie to dla niej mało korzystne (wiadomo, duże wydawnictwo i długa współpraca pozwala na wynegocjowanie znacznie lepszych warunków i upustów).
      A od dystrybutora w dużej mierze zależy rzeczywista cena książki, informacja o niej, jak i to, w jakiej ilości i gdzie książka się pojawi. Moim zdaniem właśnie brak dystrybucji jest największą bolączką self-publishingu, choć oczywiście wszystko zależy od danego przypadku. Jeśli autorem jest osoba dobrze znana i posiadająca liczne grono fanów, wtedy pewnie wystarczy jej sprzedaż we własnym zakresie na swojej stronie www.
      Oczywiście, samemu również można sobie rozwozić swoją książkę po księgarniach, ale nie bardzo to sobie w praktyce wyobrażam 😉
      I z tym, że redakcja, korekta i skład to nie są wielkie pieniądze nie mogę się zgodzić. To znaczy, zależy, co dla kogo oznaczają „wielkie pieniądze”, według mnie to dość spory koszt 😉

      • Po 15 latach pracy w dużym wydawnictwie, mogę cię zapewnić, że koszt redakcji i korekty, to nie jest duży koszt. I otrzymasz naprawdę dobrą jakość. Większe są koszty składu, a największy problem dystrybucji. I tutaj na rynku pojawiły się wydawnictwa pośredniczące. Część z nich oczywiście jest lichych, ale są też bardzo profesjonalnie zorganizowane. Zazwyczaj umowa wygląda tak, że najpierw dzielą się kosztami 50/50, a potem zyskami w tej samej proporcji. Moim zdaniem to jest układ dość uczciwy, w porównaniu 90/10. W dużych wydawnictwach, jeżeli nie jesteś znaną autorką dostaniesz jeszcze mniej 7-8%. Tak naprawdę różnica nie jest w jakości, tylko czy masz pieniądze na te 50% wkładu własnego. Bo zarówno w wydawnictwie tradycyjnym, jak i pośredniczącym możesz trafić na rzetelną firmę, jak i badziewną

        • Ja w branży wydawniczej obracam się dopiero od 4 lat, więc na pewno nie mam takiego doświadczenia jak Ty i teraz zastanawiam się czy może o czymś nie wiem, albo mam mylne informacje. Możesz mi napisać, tak mniej więcej oczywiście, jakiego rzędu kwoty uważasz za ten „nieduży koszt”, bo ja niestety spotkałam się z raczej wysokimi kwotami.
          Co innego oczywiście, kiedy zatrudnia się redaktora na etat w wydawnictwie, a co innego, kiedy „wynajmuje” się go do konkretnej książki.

          • Z tym etatem, to też różnie bywa. Pracowałem w wydawnictwie, które miało ogromny przerób książek i praktycznie redaktorzy etatowi zajmowali się głównie koordynacją pracy redaktorów zewnętrznych (na umowę zlecenie). Nie pamiętam cen dokładnie, ale płaciliśmy tym ludziom niewiele – dużo umów było na 200-300 zł za książki około 200 stronicowe, czasami takie umowy opiewały na 500 zł. Jeszcze rok temu jakieś wydawnictwo zaproponowało mojej znajomej korektę 400 stronicowej książki za 400 zł, czyli za złotówkę od strony…

          • No, to jestem w szoku!!!
            Ale może rolę odgrywa tutaj to, że było to duże wydawnictwo, które mogło stawiać warunki i też ludzie mogli liczyć na dalszą współpracę z nim, więc inaczej podchodzili do współpracy?
            W przypadku osoby indywidualnej, która chce sama wydać książkę, z tego, co wiem, te stawki za redakcję są o wiele, wiele wyższe :/
            Jednak, to, co napisałeś, napawa mnie nadzieją w odniesieniu do moich dalszych planów 🙂

          • To są stawki sprzed 4-5 lat, może teraz jest drożej, ale sądzę, że niewiele drożej. Ci sami ludzie, którzy dla nas pracowali, mieli podobne umowy z innymi, małymi wydawcami.

          • Obawiam się, że przez ostatnie lata, odkąd właśnie self-publishing stał się popularny, rynek bardzo się zmienił, a wszyscy, którzy się zorientowali, że mogą na tym zarobić, z zapałem z tego skorzystali 😉 Stawki z jakimi ja się spotkałam (choć nie osobiście, bo ja wydaję w tradycyjny sposób), były trzy razy wyższe. Po tym, co piszesz, nabieram nadziei, że jednak nie jest tak źle i po prostu poznałam skrajne przypadki. Oby 🙂

          • Wiem, że to był rok 2013, kiedy próbowałem się przymierzyć do własnej książki i… zrezygnowałem. . Ale nie sądzę, aby na rynku nastąpiła jakaś dramatyczna zmiana.

          • Według mojej oceny zmiana jest naprawdę spora. Ja pierwszą książkę wydałam w 2014 i już wtedy pojawiały się opcje wydania ze współfinansowaniem autora, które wówczas wydawały mi się czymś kuriozalnym, teraz self-publishing jest ogromnie popularny.

  • myslobook.pl

    Zaciekawiłaś mnie! Choć autora zupełnie nie kojarzę, mam ochotę przeczytać 😉

  • Blondynki Kreatywnie

    Natłok niewartosciowych książek sprawia że ciężko znaleść coś naprawde wartościowego zawsze zwracam uwage na wydawnictwo.

    • Niestety, żyjemy wczasach, w których jest wszystkiego za dużo…

  • Dzięki blogom czasem dowiaduję się o istnieniu książek, których w innym wypadku pewnie nigdy bym nie zauważyła 😉

  • Sylwia Antkowicz

    Wydaje mi się, że wydając książkę samemu też można zadbać o redakcję. Nie wiem, czy dobre rozumiem znaczenie „redakcji”,ale są korektorzy, których możemy zatrudnić do zredagowania książki. Tak na pewno zrobił Michał z bloga jakoszczędzać pieniądze wydając Finansowego Ninje. Też wydawał ją samemu i zarobił na tym o wiele więcej niż gdyby wydawał za pośrednictwem redakcji.

    • Tak, zgadza się, można w dzisiejszych czasach bez problemu wynająć osobę, która zrobi redakcję naszego dzieła, tylko niestety, nie jest to tani interes.

  • Agnieszka Monika

    Piszesz tak zajmująco, że muszę sięgnąć po Twoją książkę, a Marcina nadrobić przy okazji 😉

    • Dziękuję, bardzo miło mi to słyszeć 🙂 Informację o moich książkach znajdziesz na http://katarzynatargosz.pl/ksiazki/
      Pozdrawiam 🙂

      • Agnieszka Monika

        Oj Marcina na razie odpuszczę, bo czeka mnie sporo lektury. Jednak zamawiam trzy starsze i muszę rozejrzeć się za ostatnią 🙂 Za czas jakiś podeślę link z recenzją 😉 Pozdrawiam ciepło!

        • Bardzo miło mi to słyszeć, życzę przyjemnej lektury 🙂

  • Skoro self-publisging to warto samemu postarać się o dobrego korektora. Nie przemawia do mnie wypuszczenie książki np. literówkami. Zaczynam się obawiać, że przez trend z samodzielnym wydawaniem ludzie zaczną omijać pośredników. Sama pisząc, lubię, jak ktoś inny to przeczyta, czy nie zrobiłam błędów.

    • Haha, ja przed wysłaniem ostatecznej wersji czytam własną książkę ze 20 razy, aż już mnie na rzyganie zbiera 😉 W przypadku bajek to nie wyzwanie, ale przy powieści, można mieć już naprawdę dość własnej twórczości 😉

  • Ja Zwykła Matkaa

    Zgadzam się z poprzedniczką, dobre książki giną wśród tłumu. A tekst w Mięsnym rozwalił mnie na łopatki.

    • Wreszcie pękłam i musiałam powiedzieć to głośno 😉 :p

  • Bo przecinki ogólnie są problematyczne 😉

  • Ja tam uwielbiam wynajdować perełki z własnego wydawnictwa. Przecież nie muszę kupić każdej książki, która wyjdzie, a jak ktoś ma spełnić swoje marzenie to proszę bardzo. No przecież kto komu zabroni 🙂

  • A to ciekawe musi być czytając o sobie w książce 🙂
    Zainteresowałaś mnie tą pozycją 😉

    Pozdrawiam
    swiatwedlugmoichdzieci.blogspot.com

    • Nawet bardzo ciekawe i pamiątka na zawsze 🙂

  • Zgadzam się absolutnie, że czasem mniej znaczy lepiej, ale niestety za często tak nie jest w tym świecie i zapomina się o tym 😉

    • Najważniejsze to podążać za swoją pasją 🙂

      • Zgadzam się absolutnie ale często o tym człowiek zapomina w gąszczu spraw 😉

        • Pewnie zależy jeszcze jaka to jest pasja i na ile jest silna, u mnie – obok rodziny – to główna sprawa, która determinuje moje życie, napędza mnie do działania i daje radość 🙂

          • Jeśli jest to coś co kochasz robić to jak najbardziej trzeba iść w tym kierunku 🙂

          • Też tak uważam 🙂

  • Bardzo fajna recenzja. Co do nowego podejścia do książek, zdarzało mi się czytać coś…co doprowadzało mnie do takiej irytacji z powodu błędów, że po prostu nie dotrwałam do 10 strony…wrr

    • Niestety, na różne „dzieła” można obecnie natrafić 😉

  • Porównanie do Hłaski- chyba każdy autor odczuwałby z tego powodu dumę. Ja nawet nie wiedziałam, co to jest ten cały self-publishing i prawdę mówiąc wszystko mi jedno, bo jeśli książka jest dobra, jest mi obojętne, gdzie się wydaje. A już chyba wolę te self publishingi niż poważne wydawnictwa, wydające shity napisane przez celebrytów. Udana recenzja Kasia, bardzo obiektywnie przedstawiona :).

    • To prawda – dla czytelnika ważna jest treść książki, a nie sposób jej wydania 🙂

  • Sama zadałam Ci pytanie o to gdzie można ją kupić. Dla mnie to niemal oczywiste, że autorzy sami sprzedają swoje książki, na podpiętych sklepach i obecnie częściej kupuję książki przez Internet, niż w księgarniach.
    Sama nigdy książki nie wydawałam, ale wydaje mi się, że self publishing ma mnóstwo zalet, tak samo jak wydawnictwo. Pytanie tylko, na czym komu najbardziej zależy i jakie ma się własne kanały promocji.

    • Wydając w sposób tradycyjny, autor przenosi na wydawnictwo prawa autorskie majątkowe, czyli to wydawnictwo zajmuje się sprzedażą książek, dystrybucją i czerpaniem zysku (a także ponoszeniem kosztów), a pisarz otrzymuje procent od sprzedaży. Oprócz egzemplarzy autorskich, autor nie posiada swoich książek i nie może ich sprzedawać.
      Przy self-publishingu wygląda to oczywiście zupełnie inaczej, ale pojawia się problem z dystrybucją (bo przecież autor raczej nie będzie sam rozwoził swojej książki po księgarniach), stąd najprościej jest mu ją sprzedawać na własnej stronie 🙂

      Tak, jak piszesz, wszystko ma swoje plusy i minusy, zależy, na czym komu zależy 😉