Musimy mieć swój powód, by walczyć. Wszyscy.” – „Powierzchnia”

When threre’s nothing left inside, there’s still a reason to fight.” – „Reason to fight”, Disturbed

Utrzymywanie swojej „powierzchni” jest zawsze męczące i dużo kosztuje. Prześlizgiwanie się po niej z początku wydaje się łatwiejsze niż życie w prawdzie, lecz szybko wpędza w pułapkę, z której trudno się wydostać. Powierzchnia bywa polukrowana albo udekorowana, ale jest tylko przykrywką. Kiedy tę przykrywkę za wszelką cenę się kontynuuje, ciężko już samemu rozpoznać, jakim naprawdę się jest. Łatwo pogubić się w tej grze. Łatwo przegapić prawdziwe życie, które przepływa obok. Łatwo zapomnieć, o co i po co się walczy. A wydostanie się spod powierzchni bywa trudne, bo wymaga konfrontacji z tym, co tak usilnie chciało się ukrywać.
I, w wielkim skrócie, o tym właśnie jest moja najnowsza powieść 🙂

Cztery kobiety, przedstawicielki różnych pokoleń – czterdziestoletnia Kinga, znana Wam już ze „Szlaku Kingi”, trzydziestokilkuletnia Ksenia, sześćdziesięcioletnia Beata i moja ulubienica – dziewiętnastoletnia Skylar. Każda z nich (mniej lub bardziej) żyje, wkładając wiele sił w to, by utrzymywać „powierzchnię”, która wydaje się perfekcyjna, a pod nią skrywając wiele trudnych emocji – traum z przeszłości, niepewności, bólu, strachu, odrzucenia, frustracji.
Ale powierzchnia, to nie tylko domena kobiet i wrażliwej psychiki. Powierzchnia może zostać stworzona również przez zewnętrze okoliczności, na przykład luksus i bogactwo łatwo mogą przesłonić to, co w życiu ważne, o czym przekonują się Marek i Mateusz, żyjący w złotej bańce. A są i jeszcze inni bohaterowie i inne powierzchnie 🙂

Słysząc słowo „powierzchnia” wielokrotnie mamy skojarzenie z taflą wody i w tym przypadku jest ono całkiem na miejscu, bo większa część akcji powieści rozgrywa się nad morzem, a konkretnie w Międzyzdrojach, do których mam wielki sentyment. Ta mniejsza część, to ponownie Krościenko nad Dunajcem – miejsce, znane Wam ze „Szlaku Kingi”. Ale to zetknięcie się gór z morzem to nie jedyne zaskakujące spotkanie w tej powieści 🙂

„Powierzchnię” porównuję czasami (i pewnie będę jeszcze w przyszłości o tym wspominać) do mojej powieści „Jesień w Brukseli”, bo jest dla mnie do niej podobna z kilku powodów. Jednym z nich jest to, że, tak jak tamta książka, pomogła mi się uporać z trudnymi emocjami, które mną targały.
Tak, ja również w pewnym stopniu miałam swoją „powierzchnię”, a dzięki napisaniu tej powieści udało mi się ją przełamać. A, o co chodzi dokładnie, tego dowiecie się już z książki, a konkretnie z mojej notki autorskiej na jej końcu 🙂

Kolejnym podobieństwem jest to, że, podobnie jak to było w przypadku „Jesieni w Brukseli”, jestem ogromnie związana z bohaterami „Powierzchni” (ale o tym będę jeszcze Wam pisać), jak również to, że i na obie te książki moja ulubiona muzyka wywarła ogromny wpływ.
Kiedyś obiecałam Wam, że zdradzę, jaka piosenka towarzyszyła mi przy tworzeniu najnowszej powieści i to jest ten moment 🙂

„Powierzchnię” pisałam w dziwnym stanie ducha. Właściwie przy pisaniu każdej książki wpadam w pewien trans, ale przy „Powierzchni” było to szczególnie intensywne. I jedynym bodźcem ze świata zewnętrznego, była dla mnie jedna piosenka. Piosenka, której słuchałam w kółko setki, a może i tysiące razy. Piosenka, która mnie całkowicie zachwyciła i totalnie zainspirowała. Tak bardzo, że – znowu jak to było przy „Jesieni w Brukseli”, nadała kształt całej jednej części książki. I to wydaje mi się naprawdę niesamowite, że trafiłam na nią, albo ona na mnie, akurat w czasie pisania tej książki, kiedy jej tekst tak idealnie oddaje to, o czym pisałam!
Ta piosenka to:

To pierwszy wpis związany z moją najnowszą powieścią, której premiera już w maju, a w kolejnym będę mieć dla was KONKURS, w którym do wygrania będzie właśnie „Powierzchnia”, więc trzymajcie rękę na pulsie i zaglądajcie na Szczyt 🙂

A na razie, zapraszam do przeczytania zapowiedzi, znajdującej się na stronie mojego Wydawcy -> TUTAJ