Łatwo się wpada w rutynę i utarte schematy, szczególnie, jeśli jest się żoną i matką pracującą w domu.
Ja zawsze byłam indywidualistką robiącą wszystko po swojemu, więc jakim cudem dopadła mnie ostatnio rutyna myślenia i działania? I jak to możliwe, że przez długi czas nawet tego nie zauważyłam?

Głównym winowajcą jest tu zima! Tak, tak, właśnie ona. Zima na Szczycie to całkiem inna zima niż ta, którą Wy znacie. Zaczyna się w październiku i trwa nawet do maja. Jest śnieżna i mało zmienna. Jak już sypnie śniegiem, to ten śnieg mamy cały czas; przez wiele tygodni, a nawet miesięcy, oglądamy świat tylko na biało.
Na początku jest wielka radość – snaki, lepienie bałwanów, bitwy na śnieżki, spacery na wyciąg, podziwianie ośnieżonych szczytów. I tak codziennie, dzień w dzień…

Tej zimy praktycznie nigdzie nie wyjeżdżaliśmy, jakoś tak się złożyło. Tej zimy w ogóle nie prowadziłam auta, co jest w moim przypadku przedziwne. Samochodem jeżdżę od 18 lat i to zawsze była jedna z moich podstawowych aktywności, jednak w tym roku wyszłam z założenia, że skoro Ojciec na Szczycie ma auto idealne na zimowe górskie warunki, a moje słabo sobie w nich radzi, to po co się męczyć…
Kolejnym moim mylnym założeniem było to, że skoro mamy tak bajeczną zimę i mieszkamy w miejscu, w które pół Polski zjeżdża na ferie, to po co gdziekolwiek wyjeżdżać…

No i siedziałam na Szczycie jak borsuk w norze. Patrzałam jedynie na ośnieżone góry i hale. Dni mijały, wszystkie podobne, choć obfitujące w wydarzenia, bo u nas zawsze coś się dzieje.
I nawet nie zauważyłam kiedy, w mojej głowie zaczęły funkcjonować tylko utarte ścieżki myślenia, odpowiednie do utartej sytuacji.
Pojawiły się u mnie problemy z koncentracją, trudności w tworzeniu, znużenie, obniżenie nastroju. Nie wiedziałam skąd, bo przecież, mimo codziennych problemów, które zawsze przychodzą, wszystko było dobrze i dobrze się bawiłam, ciesząc się zimą.

Zrozumiałam wszystko w ostatni weekend, kiedy zrobiliśmy sobie spontaniczną wyprawę do miasta i to do miasta bez śniegu!
Możecie tego nie zrozumieć, ale już samo zobaczenie krajobrazu bez śniegu było dla mnie niezwykle odświeżające i właściwie szokujące, wręcz nie umiałam uwierzyć, że nie tak daleko od Szczytu są miejsca, gdzie zimy nie ma!

Nie robiłam niczego niesamowitego, ot zwykły wypad we dwoje, droga, zakupy w wielkim markecie (zaznaczam, że w okolicy Szczytu nie ma wielkich marketów 😉 ), prowadzenie auta po długiej przerwie, atmosfera dużego miasta, tak inna od klimatu górskiego kurortu, i nagle mój mózg zaczął zupełnie inaczej pracować!
Wyskoczył z tych utartych ścieżek, w które go sama wpędziłam, dostał nowe bodźce, które wybudziły go z zimowego snu.

Większość z kobiet, z tego, co widzę, bardzo lubi planować, co potwierdza obecna moda na wszelakie plannery. Ja nigdy tego nie lubiłam i nie robiłam, ale też nie mówię, że planowanie jest złe. Natomiast czasem na pewno warto odpuścić kontrolę i dać życiu się zaskoczyć, bo jeśli wszystko skrupulatnie sobie zaplanujemy to nie pozostawimy miejsca na to, by mogło się dziać. 

Ja, mimo iż nie planowałam, to też nie wykorzystywałam nadarzających się okazji, nie zmagałam się z nowymi sytuacjami, nie ryzykowałam. Schowałam się w zimowym ciepełku (tak, wiem, to nieco sprzeczne), niczym niedźwiedź w hibernacji czekający na wiosnę i wpadłam w psychiczne odrętwienie, z którego nawet nie zdawałam sobie sprawy!
Nie wiem teraz, jak mogłam na to pozwolić, szczególnie przy moim niespokojnym charakterze!
Ale jestem już mądrzejsza, zbudziłam się z zimowego snu i choć zima na Szczycie będzie jeszcze pewnie długo trwać, to nie zamierzam więcej w niego zapadać. Teraz – niech się dzieje!

I tego Wam życzę na zbliżający się Dzień Kobiet – niech się dzieje i niech się dzieje dobrze, a Wy rozkwitajcie w tym wirze pozytywnych zdarzeń 🙂

srebrna kurtka – Szachownica
spodnie – ASOS/ Lav-Mag
bluza – sh
szalik – H&M
buty – no name