Przy okazji świąt zazwyczaj życzymy sobie na wzajem dużo radości. Ale jak to jest u nas z tą radością?
Mam wrażenie, że ostatnio, w tym przedświątecznym czasie, dominowały dwie skrajne postawy.

Pierwsza to całkowity brak radości, udręczenie i narzekanie – że tyle trzeba zrobić, tyle przygotować, że okna umyć (nie wiem o co chodzi z tym myciem okien przed świętami, ja nigdy tego z tej okazji nie robię 😉 ), itd.
Druga z kolei to wielki huraoptymizm – pieczmy pierniki na potęgę, róbmy ozdoby ze wszystkiego, z czego się tylko da, dekorujmy domy niczym rodzina Grislawdów, itp. No i niby fajnie, bo radość jest, ale jak dla mnie, to takie podejście jest jakieś za bardzo euforyczne.
To znaczy, nie zrozumcie mnie źle, to wspaniale, kiedy nadchodzące święta inspirują i czujecie w sobie mnóstwo zapału do przygotowań, tylko gorzej, kiedy u niektórych te wszystkie wypieki i ozdoby stają się celem samym w sobie i przesłaniają to, o co naprawdę w świętach chodzi.
Poza tym, wszystkie skrajne emocje mają to do siebie, że są krótkotrwałe i… męczące.

Jest i trzecie podejście, również nie najlepsze, a może nawet najgorsze – obojętność. I mnie to podejście ostatnio długo trzymało.

Przyjmowałam do wiadomości, że idą święta, ale niewiele to dla mnie tak naprawdę znaczyło. Nie chciało mi się biegać za prezentami, ekscytować zdjęciami choinek, czy wysyłać kartek z życzeniami.
Z pewnością wpływ na mój nastrój miało to, że końcówka tego roku była dla mnie dość burzliwa. Z jednej strony pełna sukcesów (jak publikacja dwóch moich książek w październiku, czy wyczerpanie pierwszego nakładu „Szlaku Kingi” w półtora miesiąca), pełna również fajnych wydarzeń i spotkań, jak Targi Książki w Krakowie czy Gala „Kobiety dla kobiety”.
Ale jednocześnie mnóstwo spraw było na głowie, po drodze choroby, problemy, porażki.

Jak już wcześniej napisałam, skrajne emocje są na dłuższą metę męczące, a moje życie w ostatnich miesiącach było właśnie taką huśtawką pełną wzlotów i upadków, co w końcu doprowadziło mnie do zniechęcenia i zabrało moją energię.

Aż przyszedł sobie taki zwykły piątek, kiedy wybraliśmy się na Jarmark Świąteczny do Nowego Targu.
Jarmark skromniutki, żadne cuda, ale może właśnie dlatego pomógł mi zrozumieć mój stan i wyrwać się z obojętności.
Zrozumieć, że na co dzień zwyczajne rzeczy są znacznie lepsze od nie wiadomo jakich atrakcji, że wcale nie potrzebujemy super-hiper rzeczy czy wrażeń. Zresztą, czy nie jest często tak, że im bardziej przygotowujemy się do świąt w sensie gromadzenia prezentów, ozdób i potraw, im większe przykładamy starania do tej otoczki, tym większa potem pustka, gdy święta miną?

Bo tak jak w świętach nie chodzi o ozdoby, pierożki i prezenty, tak w życiu nie chodzi o te wszystkie „ozdobniki”, jak wielkie wydarzenia i sukcesy. Oczywiście, fajnie, gdy one się zdarzają, ale przede wszystkim, chodzi o spokojną codzienną radość. Nie tę gwałtowną, niczym opakowaną w złoty papier z czerwoną wstążką, która nie jest żadną sztuką, bo gdy zdarza się coś fantastycznego, to łatwo się cieszyć, ale o tę która powinna towarzyszyć nam cały czas, mieszkać w naszym sercu.
Radość mimo wszystko! Mimo problemów, które raz po raz się pojawiają, mimo braku czasem możliwości lub środków, by zrobić to, co się pragnie.
To, co możesz, z tym co masz – to jedna z moich najważniejszych dewiz, o której ostatnio, przytłoczona najróżniejszymi zawirowaniami, jakoś zapomniałam, a to podejście, które znacznie ułatwia życie, a do tego przypomina właśnie o tym, że w każdej sytuacji są jakieś pozytywy i wszystko zależy jedynie od naszego podejścia!

Mam w moim życiu naprawdę mnóstwo powodów do codziennej radości i jestem pewna, że i Wy je macie. Poza tym, dla ludzi wierzących, źródłem największej radości jest Ten, którego narodzenie będziemy za kilka dni świętować i nie powinniśmy nigdy o tym zapominać! 

Tak łatwo dać się zwariować w obecnym świecie, przeglądając zdjęcia w necie, nabrać przekonania, że najważniejszy jest konkurs na najpiękniejszą choinkę albo że trzeba z okazji tych świąt wymyślić coś mega oryginalnego i być super trendy, bo inaczej nasze święta będą do bani.
A jedyne, co trzeba, to żyć w zgodzie ze sobą i swoimi wartościami, zachwycać się każdego dnia tym, co wokół nas, nie dać sobie wmówić, że świat jest złym i ponurym miejscem, po prostu mieć codzienną radość, nie tylko od święta i tego Wam z okazji Bożego Narodzenia życzę – abyście, abyśmy potrafili doceniać to, co mamy, kochać, uśmiechać się i ozdabiać naszą radością świat!
I tak na marginesie – nasza radość i uśmiech będzie piękniejszą ozdobą świąt niż wszystkie bombki i światełka!

P.S. A teraz zaprzeczę sama sobie, bo niekonsekwencja to jedna z moich głównych cech – niby piszę, że rzeczy szczęścia nie dają, ale naprawdę bym się bardzo cieszyła z tego stołka-barana 😀

Z pod samiućkich Tater dlo syćkich cytelników:

Coby się Wom gębusia wse cieszyła
i nigdy nie smuciła!
Cobyście scynśliwi byli
i się nicym nie martwili!
Cobyście życie swe doceniali
i za inksym nie płakali.
Cobyście wse mieli
(nie ino przy niedzieli)
powody do wsela
oraz dutków wiela!
Coby mały Jezusicek
błogosławił Wom obficie
i w to swoje narodzenie
wselkie przyniósł Wom spełninie.
Zdrowio oroz pomyślności
i wselakiej Wom radości,
wselakiego dobrobytu –
zycy Matko ze Szczytu.