oszust

Często pewnie stawaliście przed dylematem, jak szybko zdobyć dodatkową gotówkę. Myślę, że u prawie każdego, od czasu do czasu, pojawia się ta potrzeba.
I oto, Matka na Szczycie, dzięki pewnemu panu, o którym więcej za chwilę, sposób poznała i postanowiła podzielić się nim ze swoimi czytelnikami, bo pomysł ten wart jest opisania (zastosowania już niekoniecznie).

Jego prekursor genialnie wykorzystał techniki psychologiczne, wykazał się idealnym wyczuciem czasu, znajomością ludzkiej psychiki i precyzją działania. Dzięki temu, w krótkim czasie, udało mu się zgromadzić okrągłą sumkę, którą mógł przeznaczyć na dowolny cel i nawet nie musiał odprowadzać od niej podatku.

Ale, jak zawsze, musi być haczyk. Nie może być przecież za pięknie, prawda? W tym konkretnym przypadku, trudność polega na tym, że jest to metoda, przy której trzeba wyzbyć się uczciwości, szczerości i moralności.
Wierzę, że moi czytelnicy nie będą zdolni wykorzystać pomysłu, który zaraz przedstawię. Nie, żebym Was nie doceniała, ale miło jest żyć w przeświadczeniu, że czytają mnie sami uczciwi i porządni obywatele 🙂

Ok, gotowi? Uczciwość i sumienie już przepędzone?
Gratulacje, przeszliście przez pierwszy etap. Teraz najważniejsze – wyczucie czasu.

Całość operacji należy wykonać w krytycznym momencie – jesteście ostatni dzień w pracy, przeprowadzacie się, itp. Chodzi o to, żebyście już nigdy więcej nie pojawili się w miejscu, w którym planujecie akcję.
Ale to nie wszystko – jest i druga kwestia związana z czasem – pomysłodawca opisywanej metody wybrał naprawdę idealną chwilę – tuż przed świętami. Jakie to ma znaczenie? O tym za chwilę.
I jeszcze jedno w tym temacie – wybór najlepszego momentu do ataku.

Kwestia kolejna – znajomość ofiar. Przed wprowadzeniem w życie planu, musicie dobrze poznać swoje ofiary. Ma to podwójne znaczenie. Raz – wiecie potem, kogo najlepiej zaatakować, a dwa – co ważniejsze – ofiary znają Was. Widywały Was niemal codziennie, opatrzyliście im się, staliście się prawie, jak dobry sąsiad.

Znamy już podstawowe założenia, więc pora teraz opisać „case study” i poznać bohatera akcji. Jest nim ochroniarz z Biedronki w Białce Tatrzańskiej. Ponieważ obowiązuje nas ustawa o ochronie danych osobowych, nazwijmy go Ziutek.
Ziutek pracował w białczańskiej Biedronie przez kilka miesięcy. Widywaliśmy go niemal codziennie, robiąc zakupy. A Ziutek widywał nas, jak również nasze zakupy, które były przeważnie całkiem spore.

Z czasem Ziutek zaczął zagadywać. Nawiązało się coś na kształt znajomości. My znamy jego, on zna nas, jest git. Pierwszy etap (a właściwie drugi, po wyzbyciu się uczciwości), Ziutek miał zaliczony.

Teraz dochodzimy do momentu kluczowego – odpowiedni moment. Nasz bohater dowiedział się, że został zwolniony z pracy i zostało mu tylko kilka dni do końca miesiąca do przepracowania.
Oczywiście – co ważne – ze swoimi ofiarami nie dzielił się tą wiadomością.
I najważniejsze – wyczucie czasu – tuż przed świętami Wielkanocnymi, Ziutek prosi klientów Biedronki o pożyczanie mu pieniędzy. Ma zgrabną bajeczkę, że w ostatniej chwili dowiedział się, iż wypłatę dostanie dopiero po świętach i nie ma za co rodzinie świąt wyprawić. Oczywiście, zaraz po świętach, gdy tylko dostanie pensję, pieniądze odda. Tak mówi.

Możecie się zdziwić, że uważam, iż przed świętami to najlepszy moment na prośby o pożyczkę. Wszak wiadomo, że wtedy szczególnie każdy grosz się liczy i wszyscy mają więcej wydatków. Tak, ale wszyscy są też nastawieni bardziej wielkodusznie, przepełnieni chęcią pomocy, uduchowieni.
W niedziele ksiądz mówił na mszy o wielkopostnej jałmużnie, a Ty na następny dzień spotykasz Ziutka, który ze smutkiem w oczach mówi, że jego dzieci nie będą miały świąt. Nie dasz? No, dasz!

Poza tym, to nie jakiś obcy dziad z ulicy, to przecież Ziutek, ochroniarz z Biedrony, niemal jak sąsiad. Sąsiadowi nie pożyczysz? No, pożyczysz.
Ziutek wiedział też kiedy podejść. Odjeżdżasz od kasy z koszem wypełnionym po brzegi świąteczną wałówką, a Ziutek ze smutnymi oczami mówi, że nie ma na świąteczne zakupy. Już widzisz oczyma wyobraźni rodzinę Ziutka, która siedzi przy świątecznym stole nad miską kaszy. Potem ponownie zerkasz na swój wózek z siedmioma rodzajami wędlin, śledzikami, grzybkami, kurczakiem, schabem i całym mnóstwem innych produktów. Nie pożyczysz? No, pożyczysz!

Ziutek oczywiście nie dzielił się ze swoją ofiarą również tą informacją, że tę samą bajeczkę wciska przez cały dzień kolejnym osobom. Ile w ten sposób uzbierał? Nie wiadomo, ale wiadomo, że ofiar Ziutka zgłasza się coraz więcej i… szukaj wiatru w polu.
Ziutek zniknął i ślad po nim zaginął.
Jak to możliwe? Okazuje się, że ochroniarze w Biedronce są pracownikami firmy zewnętrznej. Biedronka nie jest ich pracodawcą. Jedyne, co mogliśmy zdobyć to numer do firmy ochroniarskiej. A tam, jedyne, co mogliśmy zdobyć, to zapewnienie, że zadzwonią do Ziutka i przekażą mu naszą prośbę o kontakt. I wiecie co? Tu niespodzianka, Ziutek faktycznie oddzwonił, ale z rozmowy nie wynikło nic konkretnego. Teraz podobno ma żonę w szpitalu.
Może ma, może nie ma. Nie do końca chcę tu piętnować Ziutka, mogę tylko piętnować, jego nieuczciwe zachowanie! Kamieni w niego rzucać nie będę, bo nie wiem, jakie motywacje nim kierowały. Może faktycznie był w wybitnie podbramkowej sytuacji, w której chwytał się każdej deski ratunku, a może po prostu wpadł na pomysł na łatwą kasę i „genialnie” obrócił porażkę, jaką było zwolnienie z pracy, w (wątpliwy z moralnego punktu widzenia) sukces, jakim było zgromadzenie dodatkowej gotówki.
Tylko kasy nam żal…

A może jednak zgłosić sprawę Ziutka na policję, mimo że kwota, którą wyłudził nie jest znowu tak wielka? Bo Ziutek dopuścił się oszustwa i – obojętnie od swoich motywacji – powinien ponieść za to karę.

P.S. Ludzie są różni, więc na wypadek, gdyby ktoś nie zrozumiał ironii zawartej w tym wpisie, wyjaśniam, że nie polecam nikomu podążania w ślady Ziutka i nie popieram jego metod działania!