Dziś prezentuję Wam coś, czego jeszcze na moim blogu nie było – opowiadanie. Jest ono „skutkiem ubocznym” mojej współpracy z magazynem austriackiej Polonii – Polonika.
Opowiadanie nie jest moją ulubioną formą literacką, nie czuję się w niej swobodnie, dlatego tym bardziej jestem ciekawa Waszych opinii.
Dziś część pierwsza, część druga – niebawem:) Miłego czytania:)

*
ALPEJSKI WIATR

 
Wicher znów zawodził. Artur tego nie znosił. Nigdy chyba nie przyzwyczai się do tego głuchego wycia wiatru fenowego. Był kiedyś w Zakopanym podczas halnego, ale tamte wrażenia były niczym w porównaniu z siłą z jaką dmuchał Föhn.  
Zresztą, nie chodziło tylko o wiatr. Z całego serca nienawidził tego miejsca. Swojej pułapki. Uśmiechnął się gorzko do tej myśli. Całkiem niezły standard jak na pułapkę. Ekskluzywny domek w sercu austriackich Alp z oszałamiającym widokiem z okien. Urządzony ze smakiem z drewna i kamienia. Miejsce jak z bajki. Pewnie niejeden dałby się pokroić za zajęcie miejsca Artura.
On kiedyś też dałby się za tę pracę pokroić. A może właśnie to zrobił. Chciał zrealizować swoje marzenia, a został z niczym.
Dominika. Piękna, słodka Dominika. To ona namówiła go na wyjazd do Austrii. Kochał tę dziewczynę jak wariat, chciał się żenić, ale nie mieli grosza przy duszy. Dominika wpadła na pomysł, by spróbować szczęścia zagranicą. Tylu wyjeżdża – mówiła – i my możemy spróbować.
Los im sprzyjał. Znaleźli idealną ofertę. Jakiś bogacz poszukiwał pary, która będzie opiekować się jego letnim domem w Tyrolu. Dominika miała sprzątać i dbać o ogród, a Artur miał zajmować się drobnymi pracami remontowymi, odśnieżaniem w zimie, rąbaniem drewna do kominka i innymi typowo męskimi pracami.
Mieli wrażenie, że chwycili pana Boga za nogi. Większą część czasu dom był tylko dla nich. Bogacz rzadko odwiedzał swoją rezydencję. Dominika i Artur mogli czuć się jak dzieci w sklepie z cukierkami. Ekskluzywne wnętrza, piękne widoki i czas tylko dla nich. 

 

Aż któregoś razu właściciel przyjechał ze swym synem. Przystojnym synem. Czarującym synem. Synem, który od tamtej pory zaczął odwiedzać letnią posiadłość ojca z zaskakującą częstotliwością. Któregoś razu, po jego wyjeździe, Artur odkrył, że Dominika również wyjechała. Ciął akurat drewno za domem, gdy wrócił, już jej nie zastał. Za słowa pożegnania miał starczyć lakoniczny liścik. Dowiedział się z niego, że jego ukochana znalazła miłość życia. Miłość przystojną i bogatą.
Tamtego dnia Artur popękał na milion kawałków. Czasami dziwił się, jak może funkcjonować taki popękany.
Dlaczego od razu nie wyjechał? Też sam siebie o to pytał. Powód był bardzo prosty – nie miał do czego wracać. Był z Domu Dziecka, nie miał rodziny. Przez długi czas miał nadzieję, że to właśnie z Dominiką stworzy pierwszą w swoim życiu rodzinę. Ta myśl była dla niego wszystkim. Został, bo stracił wolę życia. Bo bał się, że opuszczając ściany ekskluzywnego domku, zatraci się do końca. Znajdzie pierwszą lepszą przepaść i rzuci się w nią głową w dół.
Właściciel domu na razie nie wyrażał chęci zmiany Artura na innego pracownika. Artur także nie wyrażał chęci odejścia. Trwał. Codzienne proste czynności – grabienie liści, szlifowanie balustrady, przycinanie roślin – były czymś w czym odnajdywał jedyny sens swojej egzystencji.
Wicher wył wyjątkowo mocno. Wciskał się w komin i szpary wentylacyjne. Co chwilę rozlegało się głuche dudnienie, gdy mocniejszy podmuch uderzał w ścianę domu niczym ciężarówka. Te dźwięki budziły w Arturze jakiś atawistyczny lęk. Czuł się jak przerażone dziecko.
Nagle, wśród kanonady trzasków, jęków i postukiwań, usłyszał odgłos inny niż wszystkie. To także było stukanie, podobne do tego, które wydawała gałąź obijająca się o dach domu, jednak w tym nowym stukaniu więcej było regularności. Artur pomyślał nawet, że świadomości, a potem uznał, że wariuje.
Stukanie jednak nie ustawało i stanowczo nie było wytworem jego wyobraźni. Dopiero po dłuższej chwili zdał sobie sprawę, że ktoś miarowo kołacze do drzwi.
Przez chwilę stał w osłupieniu. Dom był na uboczu, w środku lasu, pomiędzy górami. Nikt nie zachodził tu przypadkiem. A jednak teraz zdecydowanie ktoś stał po drugiej stronie drzwi. Przez moment rozważał nawet, czy nie powinien sięgnąć po strzelbę, którą bogacz trzymał w swym gabinecie.
– Ogarnij się, chłopie! – zrugał sam siebie. – Chyba już całkiem oszalałeś w tej dziczy!
Poszedł otworzyć.
Za drzwiami stała młoda kobieta. Artur w pierwszej chwili nie wiedział, co jej się stało. Dopiero później uświadomił sobie, że to przeklęty wiatr tak namieszał w jej wizerunku. Włosy miała potargane, płaszcz nierówno zapięty, krzywo wiszący szalik.
– Dzięki Bogu, że pan jest! – wykrzyknęła.
– Co się stało? – spytał Artur, może mało taktownie.
– Wycieczka, cholera! Zachciało mi się wycieczki z dzieckiem!
Dopiero teraz Artur zauważył, że za kobietą, osłaniając się połą jej płaszcza, stoi kilkuletnia dziewczynka.
– Niech Pani wejdzie z dzieckiem do środka – zreflektował się Artur. – Wchodźcie, wchodźcie, zaraz zaparzę herbaty, pewnie nieźle was przewiało.
– Dziękuję, bardzo panu dziękuję – powiedziała z ulgą kobieta. – Zabrałam ze sobą małą, bo myślałam, że przy okazji tego wyjazdu zrobimy sobie miłą wycieczkę. Pan Stockinger nie uprzedzał, że dojazd tutaj jest tak trudny! Mój samochód zakopał się kilka kilometrów stąd. A potem jeszcze rozszalał się ten wicher!
– Zna Pani właściciela tego domu? – zdziwił się Artur.
– Szukam pracy – wyjaśniła kobieta, z rezygnacją siadając na kanapie i przytulając dziewczynkę. – Wie pan, jak ciężko samotnie wychowywać dziecko?! Ta praca, którą zaproponował pan Stockinger, wydała mi się błogosławieństwem. Opieka nad domem. Idealna dla samotnej matki. Mogłabym cały czas być z córeczką. Ona jest bardzo chorowita, wymaga wiele uwagi…
Artur zastygł z torebką herbaty w ręku. A jednak bogacz szukał kogoś nowego! Czyżby chciał go zastąpić innym pracownikiem? Czy zażądała tego Dominika, by móc swobodnie przyjeżdżać do domku ze swym nowym chłopakiem?
– Proszę pana?
Zdał sobie sprawę, że zbyt głęboko zatonął we własnych myślach. Kobieta coś do niego mówiła.
– Przepraszam, zamyśliłem się.
Zalał herbaty i zaniósł kubki na stół.
– I co, weźmie pani tę pracę?
– Ależ skąd! Kolejne marzenie pękło jak mydlana bańka! – Oczy się jej zeszkliły. – Nie miałam pojęcia, że dom stoi na takim odludziu. Nie mogę tu mieszkać sama z małym dzieckiem! To zbyt niebezpieczne. Co by było, gdyby mała się nagle znów rozchorowała i potrzebowała szybkiej pomocy lekarza?
Artur nie wiedział co powiedzieć. Przeklęta dacza widać była miejscem, gdzie marzenia rozsypywały się w proch.
– Proszę zostać tu na noc. Wiatr już dziś nie ucichnie – przemówił w końcu. – A jutro rano pójdziemy ruszyć pani auto.
Kobieta wydawała się zmieszana, więc dodał:
– Chyba nie mamy innego wyjścia. Proszę się mnie nie obawiać.
– Nie obawiam się – odparła miękko. – Ale nie znam nawet pana imienia.
– Artur.
– Jak szlachetny król! – Uśmiechnęła się. – Ja jestem Sylvia. A to Nina.

– Dobrze, Sylvio, w takim razie przygotuję Wam pokój.
Artur ubrał świeżą pościel i zaniósł do gościnnej łazienki nowe ręczniki. Gdy wrócił do salonu, kobieta i jej córka spały skulone na kanapie. Nakrył je kocem i usiadł na bujanym fotelu przy kominku. Nie bardzo wiedział, co ma ze sobą zrobić. Miarowe wycie wichru było teraz cichsze, zmieniło się w jednostajny szum. Ten szum uśpił i jego.
W środku nocy obudził go cichy płacz. Dziewczynka siedziała owinięta kocem na wprost kominka, w którym jeszcze tlił się żar i pochlipywała. Artur spojrzał na kanapę, jej matka spała.
– Co się stało? – wyszeptał, kucając obok dziecka.
– Co teraz z nami będzie, proszę pana?
– Jutro wrócicie do domu.
– My nie mamy domu, proszę pana. Mamusia nie ma z czego zapłacić czynszu. Wyrzucą nas.
– A twój tata? – spytał mało taktownie. – Gdzie jest?
– Ja nie mam taty, proszę pana. Nikt nam nie pomoże.
Artur zesztywniał przeszyty chłodem. Ból dziecka był tak podobny do jego bólu. Strach i zagubienie tak znajome.
– Nie martw się, malutka. Ja wam pomogę – odparł, sam siebie zaskakując.
Ułożył dziecko z powrotem do snu i wrócił na bujany fotel. Nie chciało mu się spać. Czuł. Coś czuł. Pierwszy raz od dawna czuł coś więcej niż ponurą rezygnację.
C.D.N…