Druga i ostatnia część opowiadania. Część pierwszą znajdziecie tutaj.

*
ALPEJSKI WIATR – część druga
 

Następnego dnia wiatr się uspokoił. Artur powinien po takiej wichurze uważnie obejrzeć obejście i sprawdzić, czy nie ma gdzieś większych szkód. Ale nie zamierzał tego robić. Zamiast tego, przyrządził wystawne śniadanie, które pierwszy raz od długiego czasu zjadł w towarzystwie. Milcząca poprzedniego wieczora dziewczynka, od rana kipiała energią. Jej śmiech był jak promień życia.
Po śniadaniu poszli do miejsca, gdzie Sylvia zostawiła samochód. Nie było bardzo źle, Artur dał radę wypchnąć go z grząskiego błota.
– Bardzo panu dziękuję! Dziękuję za wszystko!
W odpowiedzi tylko się uśmiechnął.
Pożegnali się i kobieta z córką odjechały, a Artur wrócił do domu by się spakować. Nie miał wiele rzeczy, więc poszło mu to szybko. Pieniędzy także nie miał teraz wiele, choć przez kilka lat pracy tutaj uzbierał całkiem sporą sumkę. Mieszkając w leśnej głuszy, nie miał praktycznie żadnych wydatków, a pensja spływała regularnie. 

Wychodząc, starannie wszystko pozamykał, a klucz włożył do koperty. Zamierzał zostawić go w biurze bogacza w Innsbrucku wraz ze swoją rezygnacją.
Pożegnał Dom Straconych Marzeń. Chociaż może ostatecznie to miejsce jednak nie zasługiwało na tę nazwę.

Sylvia wróciła do mieszkania, z którego wkrótce będzie musiała się wyprowadzić. Chciało jej się płakać, ale jakoś się trzymała. Nie mogła pokazywać po sobie, jak jest załamana. Nie przy córce. Wiedziała, że w końcu uda jej się znaleźć jakąś pracę, lecz nie przed tym, nim wyrzucą ją z domu. Nie miała pojęcia, co robić.
– Mamusiu, mamusiu, już mogę? – Przybiegła do niej córeczka.
– Co możesz?
– Czy mogę dać ci już tę kopertę?
Sylvia nic nie rozumiała, ale dostrzegła, że dziecko faktycznie trzyma coś w ręku.
– A co to za koperta? – spytała.
– Ten pan z domku w górach mi ją dał. Powiedział, że to dla ciebie, ale żebym dała ci ją dopiero w domu. 
Sylvia wzięła od córki kopertę. W najśmielszych snach nie spodziewałaby się tego, co zobaczyła w środku. Gruby plik banknotów. Na oko kilka tysięcy Euro.

Sylvia długo szukała Artura. Właściciel daczy nie wiedział dokąd jego były pracownik się udał. Nie wiedzieli też ludzie w okolicy, których w desperacji o niego wypytywała. Jedno było pewne, nie zatrzymał się nigdzie w pobliżu. 

Przeklęte Alpy, chyba był na nie skazany. Ale musiał przyznać, że teraz nie miał powodów do narzekań na swoją górską pracę. Zahaczył się w dużym pensjonacie w Hintertux, w całkiem innym regionie Austrii. Ruch był spory, zawsze coś się działo. Praca wśród ludzi była tym, czego mu brakowało po czasie spędzonym w odosobnieniu w górskiej daczy.
Zajęcie okazało się na tyle dobre, a on okazał się na tyle dobrym pracownikiem, że był tu już dziesiąty rok. Wrósł w lokalną społeczność, miał znajomych, ale nigdy się nie zakochał. Jego serce na zawsze się zamknęło po tym, co zrobiła mu Dominika.

 

Któregoś dnia, do pensjonatu przyjechała grupa młodzieży. Artur akurat zajmował się wymianą żarówki na korytarzu, gdy usłyszał:
– Rany Boskie! To pan!!!
Przed nim stała śliczna nastolatka, dobrze ubrana, o uśmiechu niczym promień życia. Choć z dziecka zmieniła się niemal w kobietę, to ten uśmiech rozpoznałby na końcu świata.
– Nina!? Aleś wyrosła!
– Muszę natychmiast zadzwonić do mamy! – wykrzyknęła dziewczyna, gdy już uściskali się, niczym starzy, dobrzy znajomi. – Ona szukała pana po całym świecie!
– Nie przesadzasz? – zaśmiał się.
– Nie! Do dziś myśli tylko o panu!
Nina zaprosiła Artura na kawę, przy której opowiedziała mu, co działo się od czasu ich pierwszego spotkania. Pieniądze, które od niego otrzymały, pozwoliły im wyjechać do Wiednia, gdzie Sylvia znalazła pracę jako krawcowa. Pracę, którą mogła wykonywać w domu. Okazało się, że ma wielki talent, zamówienia spływały jedno za drugim, a w końcu zatrudnił ją ekskluzywny dom mody. Obecnie Sylvia nie była już krawcową, a uznaną projektantką. Ich życie odmieniło się, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.
Na drugi dzień, pod pensjonat podjechało drogie, eleganckie auto, z którego wysiadła kobieta w niczym nieprzypominająca tamtej zagubionej i znękanej, rozczochranej przez wiatr, Sylvii.
– Artur! Nareszcie!
– Witaj, Sylwio.
Koniec:)