Przez większość życia nie miałam zbyt wielkich szpitalnych doświadczeń, chyba że te, gdy w dzieciństwie babcia czasem zabierała mnie ze sobą do pracy i akurat miała w planie kontrolę jakiegoś szpitala 😉
Potem jednak na świecie pojawił się Syn na Szczycie, co samo w sobie wiązało się z wizytą w szpitalu. No i się zaczęło.
W połogu jeszcze dwa razy trafiłam do szpitali (dwóch różnych). Jakiś czas później zaliczyliśmy wizytę na SORze w jeszcze innym szpitalu, a także operację syna w prywatnej klinice.
Wszystkie te doświadczenia były raczej z gatunku tych nieciekawych, choć to na SORze było zdecydowanie najgorsze.

Nawet w prywatnej klinice nie było specjalnie różowo, choć czepiać się szczególnie też nie ma czego.

I jest coś, co łączy wszystkie te moje szpitalne doświadczenia – czynnik, który sprawiał, że były one przykre – ludzie tam pracujący. Opryskliwi, traktujący pacjenta jak zło konieczne, a każdą jego prośbę lub pytanie jak bzyczenie natrętnej muchy. Oczywiście nie twierdzę, że cały personel we wszystkich szpitalach, do których trafialiśmy, był właśnie taki, ale jednak było to zachowanie dominujące.
W prywatnej klinice wprawdzie nikt nieuprzejmy nie był, ale także zostaliśmy przez pielęgniarki potraktowani oschle, aż w końcu kazano nam zabierać dziecko, bo trzeba było przygotować łóżko dla następnego pacjenta. Fakt, uprzedzono nas wcześniej do kiedy mamy/możemy zostać, ale jednak myślę, że fakt opuszczenia szpitala powinien być podyktowany stanem pacjenta i potwierdzony badaniem lekarza, a nie koniecznością przebrania pościeli przez salowe.

Wszystkie moje doświadczenia w tym temacie sprawiały, że na samo słowo „szpital” dostawałam gęsiej skórki i drgawek. Dlatego teraz, gdy okazało się, że syn ponownie ma mieć operację, znów rozważaliśmy wybór prywatnej kliniki. Wiadomo, w takiej to ładnie, elegancko, pachnąco, „płacisz, więc wymagasz” (przynajmniej w teorii). Ale życie potoczyło się inaczej.
Nie będę rozwodzić się nad przyczynami, bo to historia długa i zawiła (zresztą uważam teraz, że jest w niej Boży Palec), w każdym razie syn trafił na Oddział Otolaryngologiczny Szpitala Specjalistycznego w Nowym Sączu. Bałam się strasznie, co nas tam spotka. Gdy weszliśmy do środka, od razu chciałam uciekać. Oddział wygląda chyba tak samo, jak wyglądał 100 lat temu, gdy szpital zbudowano. Całe wyposażenie stare, obdrapane, robiące ponure wrażenie (oczywiście nie piszę o sprzęcie medycznym tylko wystroju, meblach, itp.). Spokojnie można by tam kręcić film o dziewiętnastowiecznym sanatorium dla gruźlików.

Ale…
…wiecie, że to wszystko nie ma najmniejszego znaczenia?! Nie ma, ponieważ pracuje tam najwspanialszy personel szpitalny, jaki kiedykolwiek spotkałam!
Byłam wręcz w szoku, bo nastawiałam się na najgorsze, a spotkała mnie troska, ciepło i życzliwość! A przy tym – pełen profesjonalizm!

Tylko dzięki temu życzliwemu podejściu personelu, mój syn dobrowolnie, bez histerii i wielkich płaczów, pożegnał się z rodzicami i poszedł z panią pielęgniarką, choć wiedział, że idzie na salę operacyjną (tak na marginesie – jestem z niego mega dumna!).
W każdej chwili można było zgłosić się z prośbą i pytaniem, i zostać dokładnie wysłuchanym oraz poinformowanym. Żadnych zniecierpliwionych burknięć, żadnych przejawów irytacji.
Podejście do małego pacjenta – rewelacja! Np. wenflony nazwano tam „motylkami” i gdy panie pielęgniarki przychodziły z kroplówką, mówiły, że przyszły „dać pić motylkowi”. Podejście do rodziców – rewelacja! Żadnych pretensji, żadnego krzywego patrzenia, a za to uśmiech i życzliwość. Zaglądanie z pytaniami o samopoczucie dziecka. Zaglądanie wieczorem z pytaniem, czy mamy czegoś nie potrzebują. Mogłabym jeszcze długo wymieniać!

Ale nie tylko pielęgniarki wykazywały tyle życzliwości. Lekarz prowadzący, mimo że zagoniony, również nikogo nie odsyłał z kwitkiem, wszystko wytłumaczył, a potrafił i zażartować, by rozładować atmosferę.
A do tego – jeszcze raz podkreślam – wszystko wykonywane z profesjonalizmem i dbałością.

Nie wiem, być może akurat mieliśmy szczęście i trafiliśmy na tak wspaniałe zmiany personelu, ale nie zmienia to faktu, że jestem głęboko wdzięczna za to, ile zwykłej ludzkiej życzliwości i troski nam okazano – czegoś, czego wcześniej w żadnym szpitalu nie doświadczyłam, choć większość z tych szpitali była pięknie odnowiona, elegancka i pomalowana na wesołe kolory. Dlatego – jeśli mam wybierać – stanowczo wolę stare kafelki i obdrapane łóżka, bo to nie one tworzą szpital, a właśnie ludzie tam pracujący! A zespół z Oddziału Otolaryngologicznego Szpitala Specjalistycznego w Nowym Sączu udowadnia, że można stworzyć miejsce, w którym – mimo strachu i bólu, a także mimo mało komfortowych warunków, pacjent będzie czuł, się otoczony dobrą, profesjonalną opieką i życzliwością!

  • Ja też niestety miałam okazję się przekonać, ze wygląd szpitala zupełnie o niczym nie świadczy. W przepięknie odremontowanym Oddziale Patologii Ciąży w szpitalu wojewódzki w Bielsku-Białej męczyli mnie cały tydzień i bezskutecznie wywoływali poród, traktowali mnie okropnie, a na koniec zwlekali z cesarką i w efekcie Melania urodziła się z niedotleniem i zakażona E-Coli. Na dzień dobry dostała dożylnie antybiotyk, a później rozpeczeła się seria trudnych rehabilitacji i wizyt u specjalistów. Potem wylądowałam tam na Laryngologii i też był dramat- wyłącznie ze strony lekarzy (panie pielęgniarki na tym oddziale wręcz uratowały mi życie :P, jak lekarze podali mi zły lek i cukier tak mi skoczył, że mogłam usnąć na wieki 😉 a oni zupełnie olali fakt, że śpię od trzech dni :P), ale to już historia chyba na książkę…

    • No, niestety też bym mogła opowiedzieć kilka takich przerażających szpitalnych historii, ale na szczęście i kilka bardzo pozytywnych mnie spotkało. Najgorzej, że nigdy nie wiadomo, czego się w danym szpitalu spodziewać, bo nawet w obrębie jednej placówki na jednym oddziale może być strasznie, a na drugim świetnie, wszystko zalezy od tego, jacy ludzie tam pracują.