Wpis bez lukru – tragikomedia w dwóch aktach.

AKT PIERWSZY

Noc z dzieckiem w szpitalu. Sala sześcioosobowa, ale na szczęście tylko trzy łóżka zajęte. Na nieszczęście – łóżka na oddziale niewyposażone w boczne bariery, chroniące dziecko przed spadnięciem (i matkę przy okazji). Do tego łóżka jakieś takie wyjątkowo wąskie, ale przynajmniej matka też wyjątkowo wąska. Gdyby matka była szersza, problem byłby jeszcze większy.
Włazi więc matka do tego łóżka, próbuje się jakoś wkomponować obok półprzytomnego dziecka. Kładzie głowę na poduszce poplamionej krwią i przesiąkniętej ropą wypływającą z drenów. Głaszcze mokre od potu najdroższe ciałko świata. Poprawia kocyki, by nie przykrywały rurki od kroplówki. Przyjmuje przedziwną pozycję na samym skraju, z jedną nogą i półdupkiem w powietrzu, ale nie śpi. Matka czuwa.
O 22giej zakładają nową kroplówkę, więc matka czuwa. By syn nie zgiął rączki z wenflonem, by rurka się gdzieś nie zaplątała, itd.
O 23ciej matka kładzie kocyk pod główką dziecka na całkiem mokrej poduszce i głaska pojękujące dziecko. Matka czuwa.
O 24tej dziewczynka leżąca w sali zaczyna płakać. Potem ktoś przejeżdża wózkiem po szpitalnym korytarzu. W dyżurce pielęgniarek rozlega się alarm dzwonka. Matka czuwa.
O pierwszej matka przekłada mokry kocyk spod główki na drugą, suchą stronę. Matka czuwa.
O drugiej matka, która na chwilę przestała czuwać, budzi się cała mokra. Okazuje się, że łóżko też jest całe mokre. To nowy rodzaj mokrości. To wina matki, bo nie przyszło jej do głowy, że wycieńczony po operacji czterolatek może się nie zorientować, gdy w nocy zachce mu się siku (mało przewidująca ta matka).
Przebiera więc syna w nową piżamkę (na szczęście, jest choć na tyle przewidująca, że ma piżamkę na zmianę), doprowadza łóżko do porządku (na szczęście można cichaczem zabrać pościel z wolnego łóżka obok). Niestety matka nie ma przy sobie ubrań na zmianę dla siebie (jednak mało przewidująca).
Po wszystkim, matka znów próbuje jakoś ułożyć się w łóżku – by nie spaść, by ochronić dziecko przed spadnięciem, by nie uszkodzić wenflonu, by od czasu do czasu przekładać dziecko na drugi boczek (by z obu drenów równomiernie spływało). Matka czuwa.
Jakoś tak między trzecią a czwartą matka przestaje czuwać i zapada w sen, przebudzając się tylko, gdy zaczyna spadać z łóżka, lub gdy cierpną jej kończyny ułożone pod dziwnymi kątami.
O czwartej drugi chłopiec na sali zaczyna wymiotować. Zbiegają się pielęgniarki, zapalają światła. Matka dochodzi do wniosku, że nie ma już sensu tej nocy próbować zakosztować rozkoszy snu.
I słusznie, bo o piątej przynoszą nowe kroplówki.
Po tej nocy matka jest pół żywa, oblepiona najróżniejszymi (nie swoimi) płynami ustrojowymi, połamana i obolała, z lekkim obłędem w oczach, ale SZCZĘŚLIWA.
Szczęśliwa, że najgorsze już minęło; szczęśliwa, że mogła być obok dziecka w tych trudnych chwilach i że ono tak dzielnie to wszystko zniosło; szczęśliwa, że wszystko dobrze się kończy, a przede wszystkim szczęśliwa, że dla dziecka ta noc była SPOKOJNA, że nic złego mu się po operacji nie działo i całą noc przespało, nie budząc się nawet podczas zmiany piżamy.

AKT DRUGI

Następny poranek, po nocy spędzonej już we własnym domu i we własnym łóżku. Syn spał z rodzicami, by mogli go w nocy monitorować i natychmiast reagować, gdyby coś jeszcze się działo.
O poranku ojciec stwierdza dramatycznym tonem:
– Ale miałem wyjątkowo ciężką noc!
– Dlaczego? Co się stało? – pyta matka, podejrzewając, że pewnie stres ostatnich dni dał mu o sobie znać, objawiając się jakimś bólem i nie pozwalając spać.
I dlatego, w świetle wszystkich powyżej opisanych wydarzeń, naprawdę nie wiesz, czy masz się śmiać, czy płakać, czy walnąć głową w ścianę, albo walnąć ojca w głowę, gdy słyszysz odpowiedź:
– Strasznie mnie w nocy kopał!

  • Nas póki co ominęły wizyty w szpitalach…Dlatego gdy czytam opisy takie jak Twój ciarki przechodzą po plecach…To uczy pokory. Trzeba mieć sporo siły, żeby to wszystko cierpliwie znosić. Wiadomo wszystko dla dziecka, ale mimo wszystko

    • Tak się wydaje, jak się czyta, ale gdy jest się w takiej sytuacji, to się po prostu daje radę, bo co innego można zrobić? Choć, wiadomo, bywa ciężko…
      Życzę, żeby wizyty w szpitalach dalej Was omijały! Ja do czasu, jak zaszłam w ciążę, w życiu w szpitalu jako pacjentka nie byłam, a przy dziecku to już trochę tych szpitali pozwiedzałam :/