Bo ja się poczułam. Ale od początku.
Pisanie blogaprzeważnie zaczyna się niewinnie. Jasne, pewnie są i tacy, którzy już na wstępie mają dalekosiężne plany i marzą o zbudowaniu własnej blogerskiej marki. Ale najczęściej chce się po prostu w ten sposób coś wyrazić, mieć tę swoją wirtualną przestrzeń. Wpada Ci fajny pomysł na tekst, więc siadasz i piszesz. Bez spiny.
Mijają miesiące, masz już wiernych czytelników, masz wyrobione określone nawyki (np. publikowanie wpisów w konkretne dni tygodnia) i nagle, nie wiadomo skąd, pojawia się presja. Bo oto jest ten konkretny dzień, w którym Twoi czytelnicy oczekują nowego tekstu, a ty… A ty czujesz, że nic z tego. Może jesteś zagoniony, może zmęczony, może masz inne sprawy na głowie. Nagle gdzieś ucieka radość tworzenia i spontaniczność, a pojawia się ciężar – by sprostać wymaganiom, by utrzymać standardy, by nie zawieść czytelników.

Ja zawsze traktowałam bloga, jako jedną z moich pasji. Nigdy nie miałam ciśnienia na zdobywanie rzeszy fanów, lukratywnych kontraktów i zawojowanie blogosfery. Nie lubię się spinać (zresztą pisałam o tym TUTAJ). Dla mnie prawdziwe jest tylko to, co niewymuszone, co wypływa z twórczych potrzeb, porywów kapryśnej weny. 

Jednak ostatnio i ja zaczęłam odczuwać presję. Zaatakowało mnie pasmo problemów, może nie ogromnych, ale upierdliwych. Ciągle trzeba było się z czymś użerać – a to zepsuta kanalizacja, a to zerwany kabel z prądem, a to brak internetu. Śniegi i mrozy także nie nastawiają mnie optymistycznie, a najbardziej martwi dziecko, które przewlekle choruje. Skutkiem tego wszystkiego – zapał mi siadł.
I poczułam, że Was zawiodłam. Że nie jestem już tak wesoła i pełna humoru, jak przeważnie bywam. Że treści, które wrzucam, nie są tak dopracowane, jak powinny być. Że wpisy pojawiają się za rzadko. Że nie wzięłam udziału w kilku akcjach, do których mnie zapraszano. Że nie napisałam kilku tekstów, które planowałam napisać i w ogóle wszystko nie tak.
I poczułam się zmęczona, bo blog zamiast jako rozrywkę, zaczęłam postrzegać, jako kolejne zadanie do wykonania.
Na szczęście szybko to sobie uświadomiłam i przewietrzyłam swoje myśli. Bo takie podejście, to nie dla mnie!

To właśnie ja. Bez licencji na wiecznie dobry humor. Z czasami gorszymi i lepszymi, a przede wszystkim prawdziwa.
Ostatnio Ojciec na Szczycie (w żartach, żeby nie było!:p) nazwał mnie „Zacofaną blogerą z wioski” i zastanawiam się właśnie, czy nie zmienić nazwy bloga na tę powyższą 😉
Bo tak, jestem zacofana – nie mam konta na Twitterze i Instagramie, a na Youtub’a wrzuciłam w życiu tylko kilka filmików. Nie tworzę memów i nie rozwijam swojej marki (w ogóle nie uważam, żebym miała markę ;)).
I nie chcę tego robić. Dobrze mi tak, jak jest. I tak – dobrze mi na tej wiosce, coraz lepiej. Dobrze w moim zacofaniu, które przejawia się także tym, że nie chcę poddawać się żadnej presji.

To nie dla mnie wyskakiwać z każdej lodówki i podłapywać każdy modny temat. Nie dla mnie czytanie o tym, jak wypromować bloga. Nie zamierzam uczynić z niego źródła dochodu i sposobu na życie. Absolutnie nie neguję takich pomysłów u innych – bo, tak, to super sprawa zamienić pasję w sposób na życie, ale ja to już uczyniłam w innych dziedzinach, a blog to dla mnie tylko dodatek.
Chcę się po prostu z Wami dzielić tym, co uważam za warte pokazania; chcę czerpać radość z tej mojej pasji, dawać upust twórczym potrzebom.
Gdy mam coś ciekawego do opisania, to to opisuję. Gdy mam tworzyć wpis na siłę, to odpuszczam. Gdy coś mnie zafascynuje, to o tym mówię. Na mnóstwo tematów nie mam zdania, więc ich nie poruszam.

I presji mówię: nie. Być może wpisy faktycznie będą pojawiać się u mnie mniej regularnie. Nie wiem. Być może nie zawsze dam radę do wszystkich zajrzeć i przeczytać Wasze teksty. Nie wiem. Być może będę czasem znikać. Nie wiem. A nie wiem tego wszystkiego, bo to właśnie ja, nie żadna „marka”, tylko spontaniczna i prawdziwa osoba, zanurzona w swoim realnym życiu, w którym raz lecę na skrzydłach, a innym razem czołgam się przez zaspy 🙂


A jak to jest u Was? Traktujecie blog jak pasję i odskocznię, czy może jak pracę, w której ważna jest staranność i sumienność? Odczuwacie jakąkolwiek presję, czy macie wszystko pod kontrolą? 🙂