A myślałam, że jest. Serio, muszę się przyznać. Oczywiście nie jestem szalona – zawsze  woziłam dziecko w foteliku, nie wyobrażam sobie inaczej, jednak całe gadanie o najlepszych jakościach, o wymianach, o testach uważałam już za nieco naciągane.

W październiku na wielu blogach pojawiały się wpisy dotyczące samochodowych fotelików dziecięcych – w ramach akcji KOCHAM ZAPINAM.
Co i rusz migały mi te posty na fb. I myślałam sobie – naciąganie ludzi. Tak, tak właśnie myślałam.
Uważałam, że producenci chcą wyciągnąć od nas jak najwięcej pieniędzy; że chcą byśmy ciągle kupowali nowe i lepsze modele.
Gdzieś przeczytałam, że nawet po niewielkiej stłuczce należy wymienić dziecięcy fotelik, bo mogą w nim powstać, pod wpływem siły uderzenia, niewidoczne gołym okiem mikropęknięcia, które sprawiają, że fotelik nie jest już dłużej bezpieczny. „Hm, jasne, mikropęknięcia – świetny sposób, żeby skłonić ludzi do wydania pieniędzy na nowy…” Taka była wtedy moja myśl.

Do czasu… Polak mądry po szkodzie.  Dopiero, gdy na własnej skórze doświadczy, wtedy zrozumie.
I ja zrozumiałam.

Na szczęście fotelik zdał egzamin. To znaczy, o tyle, o ile. Gdybyśmy mieli lepszy model, pewnie zupełnie nic by się nie stało. Ten, który posiadaliśmy nie był zapinany na ISOFIX. A nie był dlatego, że w momencie, w którym go kupowaliśmy, nie znaliśmy się zupełnie na temacie.
Pani w sklepie wytłumaczyła nam, że jest to tylko różnica w sposobie montażu, więc zdecydowaliśmy się na fotelik zapinany pasami. Wydawało nam się to lepszą opcją, bo jeździliśmy wtedy wieloma różnymi autami (były ciągle zmieniane auta służbowe, były auta różnych członków rodziny) i uznaliśmy, że byłby problem, gdybyśmy akurat trafili na takie, które wpięć ISOFIX nie posiada.
Prawdopodobnie, gdyby nasz fotelik miał ISOFIX, nie rzuciłoby nim w bok w momencie stłuczki. Pasy jednak aż tak sztywno fotelika nie trzymają i syn poleciał z całym fotelikiem, uderzając głową w szybę.
Tylko tyle i aż tyle! Dziękować Bogu, skończyło się na guzie. A mogło skończyć dużo gorzej. Bo sam fotelik się z boku ułamał! A była to stłuczka przy naprawdę niewielkiej prędkości. 

Zawsze wydawało mi się, że w razie wypadku jakoś zareaguję. Przeważnie (jeśli to nie ja kieruję oczywiście) siedzę z tyłu z synem i myślałam, że w razie czego osłonię go własnym ciałem, rzucę się, przytrzymam. O naiwności! To była sekunda! Usłyszałam huk i własny krzyk, a potem płacz syna. Nawet nie wiedziałam w pierwszej chwili, co się właściwie stało!

Może trafi tu ktoś z rodziców, którzy uważają, że dobry fotelik to fanaberia. Może trafi tu ktoś z rodziców – bo, o zgrozo!, są i tacy – którzy w ogóle nie przewożą dzieci w fotelikach!
Ja, mimo że, tak jak napisałam, uważałam temat za trochę naciągany, nie umiem sobie wyobrazić, jak można nie zapiąć dziecka w foteliku! To potworne kuszenie losu! To straszny grzech rodzica!
Słuchajcie, to jest sekunda! Tego nie przewidzicie! Możecie jechać najostrożniej na świecie, możecie jechać ślimaczym tempem, ale nigdy nie wiecie, jak zachowają się inni kierowcy. Nigdy nie wiecie, kto i skąd nagle wyskoczy! A siły działające przy wypadku, nawet, gdy jedziecie z niewielką prędkością, są ogromne!
Stawką jest życie i zdrowie Waszych dzieci! Czy jest na świecie jakakolwiek wyższa stawka?!
My jutro jedziemy po nowy fotelik – i choćbym miała stanąć na rzęsach lub się zapożyczyć, będzie on najlepszy z możliwych, bo teraz już wiem, jak ważna jest wysoka jakość fotelika!

  • z tym sposobem montażu – pasy czy isofix sporo osób tak myśli, że to kwestia tylko montażu a nie stabilności. jest też problem innego typu – nie wszystkie auta są wyposażone w isofix, niemniej jeśli się go posiada – warto

    • Mamy teraz porównanie, bo poprzedni był bez isofixu, teraz mamy z isofixem i jak dla mnie różnica jest ogromna! Ogólnie teraz bardzo jesteśmy z fotelika zadowoleni 🙂