Zdarzają się takie sytuacje, w których, mówiąc potocznie, baraniejemy. Nie wiemy, jak zareagować, jak się zachować, co odpowiedzieć.
Nie, nie mówię o tych przypadkach, gdy ktoś zrobi nam jakąś przykrość. Nie mówię o sytuacjach, gdy ktoś wepcha się przed nas do kolejki, rzuci niemiłe słowo, krzywo spojrzy, wyładuje na nas złość, zachowa się wobec nas agresywnie… Wszyscy już chyba doskonale nauczyliśmy się, jak w takich sytuacjach reagować. Spotykamy je nazbyt często. Społeczeństwo jakieś takie dzikie, jeden na drugiego wilkiem patrzy i już chyba podświadomie nie spodziewamy się po innych niczego dobrego.
Ano właśnie, tu dochodzimy do sedna dzisiejszego wpisu. Bo sytuacje, o których dziś chcę pisać, to momenty, w których zostałam zaskoczona… dobrem!

*


Któregoś dnia odebrałam telefon. Z początku zupełnie nie wiedziałam, o co chodzi panu po drugiej stronie. W końcu zrozumiałam, że sprawa dotyczy zajęć w Miejskim Domu Kultury w Nowym Targu, na które rok wcześniej przez krótki czas chodziłam z synem.
Byłby to bardzo fajne artystyczne zajęcia dla maluszków. Zaczynały się od września, tak jak rok szkolny. Jednak już jakoś z końcem października z nich zrezygnowaliśmy. Syn na Szczycie był jeszcze na nie ciut za mały, a dojazdy stały się zbyt trudne wraz z pierwszym śniegiem. Tyle historii.
Jakie więc było moje zdziwienie, gdy po roku zadzwonił do mnie pan, mówiąc, że ma dla nas książeczkę z bajkami, którą miało otrzymać na Mikołajki każde dziecko uczęszczające na zajęcia.
Zaczęłam tłumaczyć, że my już do Mikołajek na zajęciach nie dotrwaliśmy, że na pewno nam nie przysługuje, ale pan się upierał. I tak książeczkę otrzymaliśmy, wysłaną pocztą do domu.
I nie umiałam wyjść z podziwu, że panu się chciało! Chciało się nas odszukać, ustalić, że my to my, dzwonić, a potem jeszcze wysyłać książkę! 

*


Inna sytuacja – poczekalnia u lekarza. Syn na Szczycie już duży chłop, więc siedzi i czeka, scen specjalnych nie robi. Trochę tylko się pokłada i trochę pojękuje, bo źle się czuje. Przed nami w kolejce kilka raczej starszych osób. Drzwi gabinetu się otwierają i wtedy… wszystkie osoby przed nami mówią – „niech państwo z dzieckiem wejdą pierwsi” !!!

*


Kolejny epizod. Jak wiecie, Syn na Szczycie ostatnio choruje. W dniach, w których było bardzo źle i zagrażało mu pójście do szpitala, pojechałam do kościoła pomodlić się o jego zdrowie. W kościele podchodzi do mnie siostra zakonna, kładzie rękę na ramieniu i pyta z ciepłym uśmiechem:
– Przepraszam, jak pani na imię?
– Kasia – odpowiadam zaskoczona.

– Ja jestem Dorota. Pani Kasiu, ja też się pomodlę w pani intencji. Będzie dobrze.
Powiem Wam, że patrzałam na siostrę Dorotę zaszklonymi oczyma. Tak niewiele, a tak wiele! Drobny gest, przejaw dobroci, który jest nieraz ważniejszy niż tysiące gładkich, wzniośle brzmiących słów! I to właśnie w momencie, w którym bardzo takiego życzliwego gestu potrzebowałam, przygnieciona moimi problemami.

*

Sytuacja wczorajsza. Nieznajomy młody mężczyzna z telefonem w ręku, przypadkowy przechodzień na Rynku w Nowym Targu. Podchodzi i pyta, czy nic się dziecku nie stało, czy nie potrzeba pomocy. Byłam w tamtej chwili zbyt roztrzęsiona, by docenić jego gest. Pewnie nigdy nie trafi na tego bloga i nie będzie miał szans tego przeczytać, ale nie mam innej możliwości podziękować mu za ten piękny, ludzki, pełen troski odruch. 


Sytuacje, które opisałam mają różny ciężar gatunkowy – od zabawnych i banalnych, po bardzo poważne. Ale łączy je to, że w każdej z nich nie wiedziałam, jak zareagować, bo zwykłe „dziękuję” wobec przejawu bezinteresownego dobra wydaje się niewystarczające. Ale tylko tyle mamy w zamian do zaoferowania.
Dobro nas czasami i przeraża. Przygniata swoim ogromem, bo jest czymś tak niecodziennym w świecie, w którym jest towarem deficytowym.

Myśląc o gestach, które obcy ludzie bezinteresownie wykonali wobec mnie i ja chcę być lepsza!
Tak niewiele potrzeba – czasami jedno dobre słowo, jeden gest, uśmiech, chwila naszego czasu i uwagi, dostrzeżenie potrzeb innych.
Po przemyśleniu chyba już wiem, jak reagować na otrzymane dobro – podawać je dalej! 

* I podam Wam konkrety przypadek, w którym możemy podzielić się dobrem, choć takich przypadków jest oczywiście mnóstwo.
Syn mojej koleżanki, uroczy mały chłopiec potrzebuje pomocy w zgromadzeniu sumy potrzebnej na operację jego serduszka. Zbiórka trwa TUTAJ.
Można też wysłać sms – to kosztuje naprawdę niewiele, myślę, że większość z nas niezbyt boleśnie odczuję utratę kilku złotych z własnego budżetu, a dla Franka każdy taki sms jest kroczkiem przybliżającym go do upragnionego zdrowia!