Tej jesieni, w październiku, minął rok, odkąd prowadzę tego bloga. Rocznica przeszła niezauważona bez fanfar i fajerwerków, głównie dlatego, że inne sprawy miałam na głowie.
Nie miało też sensu robienie z tej okazji żadnych podsumowań. Nie miało dlatego, że w dużej mierze musiałabym pisać to samo, co pół roku temu – w TYMwpisie (z okazji półrocza bloga).
Nie znaczy to, że przez kolejne pół roku nic się nie zmieniło. Blog bardzo przekształcił się wizualnie, poszerzyłam zakres tematów, przekroczyłam setkę wpisów i znacznie przybyło mi odsłon i czytelników.
Ale moje uczucia, przemyślenia, to, co doceniam i to co uważam, że dał mi blog – to wszystko niewiele zmieniło się przez ten czas. Nadal odbieram blog jako bardzo pozytywny aspekt w moim życiu, który przyniósł mi wiele dobrego.
A sam blog, jak wiele innych radości mojego życia, przyniosła mi jesień – kolejny powód, by lubić tę porę roku:)


A inne powody to:
Astry i chryzantemy.
Złote i czerwone drzewa.
Najpiękniejsze jesienne złote światło.
Mgły.
Melancholia, zaduma i atmosfera przemijania (tak, lubię ją!).
Zaduszki, które od dziecka wydawały mi się niesamowitym i magicznym dniem.
Nagie gałęzie drzew, jak z obrazów Bruegel’a (które uwielbiam).
To, że można znów nosić botki i kozaki.
Zapach dymu z palonych liści.
Spokój po letnim szaleństwie.
Makrony i kostka piernikowa na straganach przy cmentarzach (to tylko Ślązacy zrozumieją).
Leniwe wieczory.
Winogrona.
Zapowiedź czegoś… sama nie wiem czego, ale jesień zawsze wydawała mi się czasem oczekiwania. Może wynika to stąd, że jako dziecko zawsze czekałam na urodzinowe prezenty😉


Tak, urodziłam się też jesienią
(co jest całkiem szczęśliwym wydarzeniem w moim życiu);) 

Po latach także jesienią, niemal w ten sam dzień narodziłam się ponownie – duchowo.  
Syn na Szczycie także urodził się jesienią – kalendarzową, bo początek grudnia to wciąż oficjalnie jesień.
I była też pewna bardzo magiczna jesień w moim życiu, która przyniosła mi inspirację do napisania „Jesieni w Brukseli” – kolejnej bardzo ważnej jesieni mojego życia. 

Dziś Dzień Zaduszny, zwany potocznie Świętem Zmarłych. Większość z Was zapewne pogrążona jest w zadumie, czując melancholię i ciężar smutku tego dnia.
A u mnie, jak co roku, ten dzień wygląda całkiem inaczej – życzenia, kwiatki, prezenty… Tak, dziś jest także święto Matki na Szczycie

Urodziłam się  w „święto zmarłych”, czym tłumaczę to, że jestem nieco dziwna i pełna sprzeczności;) Bo, jak urodziny i śmierć mogą iść w parze? Przychodzi mi do głowy fragment starego hitu Alanis Morissette – „Isn’t it ironic… don’t you think?”.

Dokładnie, co do dnia, 33 lata chodzę już po tym świecie. I z tej okazji, chciałam Wam pokazać Matkę na Szczycie, jakiej nie znaliście🙂 Pora na przerażające opowieści z krypty, czyli bardzo archiwalną mnie:)
Niestety, nie posiadam żadnego swojego zdjęcia z wczesnego okresu niemowlęcego, ale jako małe bobo wyglądałam tak:

Niestety, kolejne zdjęcie każe mi sądzić, że nie byłam zbyt inteligentnym dzieckiem;) Przynajmniej w tej minie inteligencji nie widać;)

Za to, gdy patrzę na tę fotkę, to widzę, że Syn na Szczycie uśmiech ma po mnie! Nawet tę szparę między jedynkami miałam taką samą!:) Miałam też skrajnie krzywy zgryz, czego już na szczęście syn po mnie nie odziedziczył!

A to zdjęcie dowodzi, że od zawsze miałam bardziej męskie zainteresowania i lubiłam klimaty militarne (tylko, gdzie zdjęcie na niszczycielu?!) 🙂

Jako dziewczynka miałam śliczny kolor włosów! Szkoda, że z czasem ciemniał i ciemniał, by zatrzymać się na nieokreślonym brązie. Bynajmniej nie czekoladowym. Takim bez żadnego odcienia. Totalnie nijakim.

Dwie poniższe fotki mnie totalnie rozwaliły! No, cóż ja mogę powiedzieć, miało się stajla 😉 A do tego super fury i wyrafinowane otoczenie 😉 ;p

A teraz duży przeskok czasowy. Tutaj, po lewej tuż po skończeniu liceum (z moimi kochanymi dziadkami), a po prawej – trzy miesiące później, już na studiach w Szwajcarii. Stoję w stroju kuchennym… NA SZCZYCIE, ponad Jeziorem Genewskim. I tak sobie myślę, że na ten Szczyt to ja chyba zawsze byłam skazana;)

I na koniec fotka już nie tak dawna, sprzed 9 lat, a pokazuję Wam ją dlatego, że to była moja ulubiona fryzura. Prosta, wygodna, łatwa w obsłudze;) Ale cóż z tego, skoro Ojciec na Szczycie po latach wyznał mi, że wybitnie mu się nie podobała;) 

  
A pozostając w klimacie Zaduszek, wczoraj przypomniałam sobie, jak będąc małą dziewczynką lubiłam bawić się na cmentarzu roztopionym woskiem ze zniczy. Inne dzieci także się nim bawiły. Może to zabawa mało stosowna, ale była fantastyczna 😉
Czy teraz jakiekolwiek dziecko bawi się roztopionym woskiem? Teraz są najróżniejsze ciastoliny, ciasta plastyczne, masy kreatywne, wszystko, co kto chce… Chyba właśnie, kończąc 33 lata, doszłam do momentu, w którym zaczyna się mówić – „za moich czasów było lepiej” 😉