Pewnego dnia otrzymałam maila. Ale nie takiego zwykłego maila, bo pochodził z samej Miśkolandii. Dzięki temu mailowi przybył do nas Oskar, a dzięki Oskarowi poznaliśmy świat niezwykłych misi. 

Ale od początku – o co tak właściwie chodzi z tymi misiami? Gdzie ta wyjątkowość w czasach, w których misia można kupić nawet w spożywczaku i na stacji benzynowej?
Za misiami z Miśkolandii stoi idea, a to już bardzo dużo. Idea stworzenia wartościowej zabawki w świecie pełnym tandety. Kiedyś pisałam Wam (TUTAJ) o tym, jak niebezpieczne mogą okazać się chińskie zabawki. Jeśli nie widzieliście tamtego wpisu, to polecam zajrzeć, bo temat naprawdę warty poznania – przez chińskie autko omal nam wtedy chałupa z dymem nie poszła. A to i tak byłby mniejszy problem niż, gdyby dziecko miało zatruć się toksynami z rozlanych baterii, co mogło nastąpić, gdybyśmy w porę nie spostrzegli co z autkiem się stało. 

Wracając do tematu – misie z Miśkolandii wykonywane są w Polsce, z atestowanych, wysokiej jakości materiałów. To na pewno ważny aspekt, który docenią szczególnie rodzice małych alergików, czy dzieci o nadwrażliwej skórze.
Nawet jeśli dziecko problemów alergicznych nie posiada,  to zawsze dobrze wiedzieć, że to, czym się bawi jest bezpieczne.


Kolejnym punktem, który wyróżnia misie jest zbudowana wokół nich historia. Oskar – miś, który trafił do nas, jest naukowcem. Ale w misiowej rodzinie mamy też Louisa – podróżnika oraz Matyldę – artystkę.
Za pośrednictwem strony Miśkolandii (TUTAJ) oraz profilu firmy na Facebooku (TUTAJ) dzieci mogą poznawać przygody z życia misi, śledzić ich działania i dowiadywać się ciekawostek z zakresu misiowych zainteresowań. 

I pora na punkt trzeci – ten, który mnie podoba się najbardziej – budowanie więzi z misiem. I to na kilka sposobów. Miś bowiem dociera do odbiorcy wraz z metryką (do której wpisuje się jego dane), paszportem* – z miejscami na opisy wspólnych przygód misia i jego właściciela, torbą* – w której można go wszędzie ze sobą zabrać oraz serduszkiem. Serduszko zaszywa się w misiu (jest na nie specjalny otwór) po tym, jak dziecko „napełnia je” swoimi marzeniami, nosząc jakiś czas w swojej kieszonce.

 

Cały pomysł budowania więzi z pluszowym przyjacielem bardzo mi się spodobał. Pamiętam, jak ja, jako dziecko, wszędzie jeździłam z moim ukochanym pluszowym psem. Miałam nawet dla niego wielki koszyk, czym budziłam konsternację przechodniów, którzy myśleli, że niosę w nim prawdziwego szczeniaka. Rysowałam także „zdjęcia” tego pluszaka, wymyślałam mu rodzinę i stworzyłam drzewo genealogiczne jego rodu. Gdybym wtedy otrzymała misia z paszportem i metryką, to oszalałabym ze szczęścia, ale zastanawiam się, czy w dzisiejszych czasach takie zabawy mogą porwać dzieci, które przyzwyczajone są do gier, robotów, oraz migających, świecących i grających gadżetów…

 

 

Tyle teorii na temat Miśkolandii. A teraz szczypta praktyki, czyli jak to było u nas. 
Syn na Szczycie nigdy jakoś specjalnie nie lubił pluszaków i byłam ciekawa, czy miś Oskar może to zmienić. Gdy syn miał jakieś niecałe dwa lata, przez pewien czas czuł większą więź z Dzikiem. Dzik wszędzie z nami jeździł, towarzyszył na każdym kroku, a gdy szliśmy na badania do lekarza, doktor bywał często zmuszony, by zbadać również dzika. Poniżej prezentuję Wam archiwalne fotki Dzika;)


Ale Syn na Szczycie to takie 110% chłopca w chłopcu. Jak tylko troszkę podrósł, porzucił dzika na rzecz aut i robotów.
Dlatego wiem, że moje dziecko nie jest reprezentatywne w tym przypadku, bo mając cztery lata ma obsesję na punkcie Transformersów i niewiele innych zabawek go interesuje;)

 

 

Wracając do serduszka, to był to element, który chyba najbardziej zainteresował Syna na Szczycie. Dziura w misiu, zaszywanie serca – to zabrzmiało dostatecznie makabrycznie, by zainteresować 110cio procentowego chłopca;)

Syna na Szczycie ucieszyło też bardzo pudło (którym od tamtej pory wciąż się bawi) i spodobał mu się znaczek z misiem (mnie też – lubię takie drobne akcenty, które czynią całość dopracowaną w każdym szczególe). Syn na Szczycie odkrył też, że miło się do misia przytula, ale – jako, że miś nie jest Transformersem – wielkiego zachwytu nie wzbudził. Dopiero, gdy otrzymał góralski kapelusz i ciupagę, został przyjęty do szczytowej ekipy;)

 

 

Myślę, że misie z Miśkolandii są dobrym pomysłem na wyjątkowy prezent oraz wartościową (też przez to, że tak bardzo tradycyjną!) zabawką dla dzieci, które lubią pluszaki. Przypominają o tym, że najprostsze zabawki są najlepsze i niepotrzebnie przez ostatnie lata udziwniliśmy ten świat, tworząc wymyślne gadżety, które cieszą dzieci tylko przez chwilę.
Zastanawiam się tylko nad tym, czy stosunkowo wysoka cena nie będzie dla niektórych zniechęcająca do zakupu? Wiadomo, że certyfikowane, wysokiej klasy materiały i indywidualne projektowanie podnosi koszt produkcji. To zrozumiałe. Ale nie każdy może sobie na taki wydatek pozwolić. Jednak na polu cenowym te misie mają poważną konkurencję w postaci tańszych, łatwo wszędzie dostępnych pluszaków.

U nas Oskar, choć uroczy, nie do końca został przez Syna na Szczycie doceniony, dlatego – Miśkolandia, zwracam się teraz do Was – zróbcie model Misia-Transformersa;)