Nie, to nie będzie wpis pro-ekologiczny, nastawiony na ratowanie naszej planety przez oszczędzanie energii elektrycznej. To pewnie też ważny aspekt, ale ja patrzę na temat w skali bardziej mikro. A wszystko wzięło się z mojej niedawnej wymiany komentarzy z Antyterrorystką

Pisała ona o przerwie w dostawie prądu, która przydarzyła się w jej mieszkaniu, co przypomniało mi sytuację, jaka miała miejsce na Szczycie ubiegłej zimy.
W pewien grudniowy dzień nastąpiła awaria i do późnego wieczora pozbawieni byliśmy energii elektrycznej. Wiadomo, w grudniu wcześnie robi się ciemno. Do tego piec ogrzewający nasz dom działa na prąd. Podobnie jak kuchenka, czajnik, router i wszystkie inne możliwe sprzęty. Baterie w laptopach i tablecie szybko się rozładowały.
Bez ogrzewania, zmuszeni byliśmy do skupienia się całą rodziną w salonie przy kominku, który był jedynym źródłem światła i ciepła. W wszechobecnym mroku (prądu nie było w całej okolicy), rozświetlonym jedynie blaskiem od kominka i chybotliwymi płomieniami świec, opowiadaliśmy Synowi na Szczycie bajki, bawiliśmy się w teatrzyk cieni i dawanie sygnałów latarkami.
Dziś noszę w sobie wspomnienie tego dnia, jako czegoś absolutnie wyjątkowego

I to wspomnienie pokazuje mi też niestety, że od tamtego czasu stałam się gorsza. Wtedy specjalnie się nie staraliśmy, po prostu musieliśmy przeczekać ten dzień bez prądu, a naturalnie wyszło nam spędzenie go nie tylko w cieple kominka, ale i w rodzinnym cieple.
Gdyby taki dzień zdarzył się dziś, pewnie odruchowo dałabym synowi telefon, żeby pograł w jakąś grę i się nie nudził (rok temu był jeszcze za mały na gry komputerowe, ale teraz już bardzo je lubi). Nie doceniłabym daru, jakim taka sytuacja może się stać.

Tak wiele złodziei czasu wkrada się w nasze życie. Przoduje im oczywiście komputer do spółki z internetem. Na Szczycie nie oglądamy telewizji jako takiej, ale w innych rodzinach często takim złodziejem czasu jest też właśnie telewizor. Telefon. Tablet. Wszelkie prądożerne potwory. Nawet zwykła żarówka, która pozwala nam wieczorami pracować, zamiast pozwolić odpocząć z rodziną.

Ale jest i dobra wiadomość, bo zdawszy sobie z tego wszystkiego sprawę odkryłam, że taki dzień, jaki zdarzył nam się przed rokiem, możemy w każdej chwili powtórzyć. Nie trzeba czekać na awarię, wystarczy pójść do skrzynki z bezpiecznikami i wyłączyć prąd
Najlepiej po zmroku. Jesień jest idealnym momentem na taki eksperyment. Zapalmy świece, lampiony, kominki zapachowe, czy co tam mamy w domu i choć przez godzinę cieszmy się tylko sobą – bez hałasu z telewizora i radia, bez wyskakujących w telefonie powiadomień, bez sygnałów nadchodzących maili, bez bajek, gier komputerowych, mikserów, czajników, suszarek.

Jest jeden warunek w tej zabawie – nie przerywamy. Załóżmy sobie np. godzinę „awarii” prądu. Gdy w tym czasie przypomni Ci się, że nie wysłałaś ważnego maila, trudno, przecież nie ma prądu. Gdy dziecku przypomni się, że zaraz będzie bajka, trudno, przecież nie ma prądu.
Jesteśmy tak uzależnieni od energii elektrycznej, tak do niej przyzwyczajeni i na nią zdani, że chwila bez tych wszystkich elektrycznych udogodnień może być naprawdę ciekawą przygodą, a do tego wspaniałą okazją do wspólnej zabawy z dzieckiem i momentów prawdziwej, niczym nie zakłócanej bliskości rodziny.
To, jak? Wyłączamy?:)