Źródło: http://artreferencesource.deviantart.com/art/Free-Background-Old-Hospital-365325464

Nie wiem właściwie, czy piszę ku przestrodze, czy żeby się wyżalić, ale pora, bym jednak opowiedziała Wam trochę o naszych ostatnich problemach.
Syn na Szczycie przewlekle choruje od jakiegoś czasu. Sprawa jest dość poważna. Do tej pory zaliczyliśmy trzech różnych laryngologów i – uwaga – mamy w związku z tym trzy różne diagnozy.
Ale to jeszcze nic, to – jak wynika z moich doświadczeń – w zasadzie norma. Stosujemy leczenie wg diagnozy pani doktor ze szpitala, która zrobiła na mnie bardzo dobre i fachowe wrażenie.


Ale Synowi na Szczycie wczoraj się pogorszyło, co nas bardzo zmartwiło. Wysoka gorączka wskazywała na to, że obok stanu przewlekłego, pojawia się znowu stan zapalny.
No i się zaczęła kołomyja. Do szpitala, do „naszej” pani doktor nie dostaniemy się od zaraz, bo ostatnio nawet ze skierowaniem z dopiskiem „PILNE” mieliśmy problem z uzyskaniem natychmiastowego terminu. Poza tym – wiadomo – to cała procedura, najpierw trzeba iść po skierowanie do pediatry, a chcieliśmy by syn został zbadany jak najszybciej.
Pani doktor przyjmuje też prywatnie, ale tylko w wybrane dni tygodnia, a żaden z nich nie jest z tych najbliższych.
Kombinowanie więc, co zrobić, bo bardzo się niepokoimy i chcemy szybkiej diagnozy, zanim choroba bardziej się rozwinie.
Szukałam na pilnie lekarza dla Syna na Szczycie po sieci i rozpytując znajomych. Okazało się, że wszyscy lekarze z bardzo dobrymi opiniami, nawet w promieniu 100km, mają odległe terminy.
Samo szukanie, dzwonienie, rozpytywanie już było nieźle stresujące, a do tego okazało się, że efektów żadnych.


Po którymś z kolei telefonie, gdy usłyszałam, że termin jest najwcześniej w przyszłym tygodniu, w desperacji zdecydowaliśmy się na jakiegokolwiek lekarza, byle tylko ktoś, kto się na tym zna, syna obejrzał, bo bardzo się niepokoiliśmy pogorszeniem stanu zdrowia. I to był nasz błąd.


Może na początek wspomnę o wyrzuconych pieniądzach, bo to akurat najmniej istotny problem, ale jednak 100zł piechotą nie chodzi i wyrzucenie go w błoto nie jest niczym miłym. Zresztą nie – już lepiej byłoby wyrzucić, niż za własną stówę mieć stargane nerwy i zapewnić dziecku dawkę bólu…
Nie dowiedzieliśmy się właściwie nic, za to nieźle zestresowaliśmy. Pan doktor stwierdził, że syn nie słyszy, bo jak jeździmy autem po naszych górkach, to jest duża różnica wysokości i ciśnienia, w związku z czym zatykają mu się uszy.
Zastanawiam się więc, jak szaleńcze skoki ciśnienia musimy mieć na co dzień w domu, oraz jak niewyobrażalne są one w szpitalu, w którym ostatnio na profesjonalnym sprzęcie zdiagnozowano u syna niedosłuch.
Pan doktor stwierdził również, że syn zaczął niewyraźnie mówić, bo dopiero się uczy mówić (czterolatek!), a trzeci migdał nie jest przerośnięty, tylko rośnie, bo całe dziecko rośnie. Z tym ostatnim nie będę się kłócić, bo tu już nie mam odpowiedniej wiedzy na ten temat i się nie znam. Pani doktor w szpitalu stwierdziła chorobliwe przerośnięcie trzeciego migdała, tyle tylko wiem i na tym mogę się opierać. Nie wiem, który z lekarzy ma rację, ale pewne jest, że któreś z tej dwójki się myli, skoro diagnozy są sprzeczne…


Pan doktor kazał odstawić przepisany w szpitalu lek na obkurczanie trzeciego migdała.
Pan doktor zignorował moje trzykrotne pytanie o to, co może być przyczyną codziennych porannych ataków kaszlu u syna.
Gdy zapytałam, czy może problemy mają podłoże alergiczne, usłyszałam, że „nie wygląda na alergię„. Nie wiem, jak i co „wygląda” na alergię, ale znowu – nie mam fachowej medycznej wiedzy, więc nie polemizuję.
Ale najgorsze jeszcze przed nami.
Pan doktor postanowił przeczyścić synowi uszy, choć sam stwierdził, że jest faktycznie w jednym uchu stan zapalny. I tu mój błąd – mogłam się nie zgodzić! Ale wiecie, jest w człowieku takie głupie przekonanie, że lekarza trzeba słuchać, bo lekarz przecież wie, co robi i to on się zna, a nie pacjent.

Z uchem zdrowszym poszło bez problemu, nawet się syn śmiał, bo go to łaskotało. Przy chorym uchu nastąpiło jedno wielkie wycie. Byłam przerażona, bo syna nie dało się długo uspokoić i już omal nie zeszłam tam z nerwów, podejrzewając, że może lekarz uszkodził mu błonę bębenkową, która i tak jest u syna w kiepskim stanie.
Na szczęście chyba nie, bo w aucie już syna nic nie bolało, a ja o wiele dłużej od niego nie mogłam się uspokoić. Bo do jasnej cholery! Jeśli ucho jest chore, bolące, zapalne, to czy wpycha się coś głęboko do niego?!

Tak, moja wina. Bo w porę nie zareagowałam, ale naprawdę byłam przekonana, że lekarz wie co robi, a ja z kolei wiem, że mam skłonności do popadania w niepotrzebną histerię, więc tłumaczyłam sobie, że niepotrzebnie z góry panikuję. I moja wina, że jednak zdecydowałam się na niesprawdzonego lekarza!
Na koniec dostaliśmy receptę na antybiotyk – bez uzupełnionych danych syna, oprócz imienia i nazwiska. Myślę sobie, że się nie znam znów, ale wygooglałam – nawet przy założeniu, że ten konkretny lek nie jest refundowany, to musi być przynajmniej wpisany adres pacjenta i albo jego pesel, albo wiek. No, chyba że google mnie oszukuje, więc znów – upierać się nie będę.
Ale żeby było śmieszniej – recepta jest z datą 21 WRZEŚNIA! – co odkryliśmy już w domu, więc nawet jak bym chciała, to już leku nie wykupię…

Dodam też, że gabinet robił bardzo ponure wrażenie, a sprzęty wydawały się mocno przestarzałe, ale to już fakt bez większego znaczenia. Zdarzało mi się bywać u rewelacyjnych lekarzy w ponurych gabinetach, jak i u beznadziejnych w wypasionych przychodniach, więc to akurat o lekarzu nie świadczy, ale w tym konkretnym przypadku było częścią ponurej całości.

Ale pan doktor miał też dwa plusy – był sympatyczny i zgodził się na wizytę natychmiast, poza godzinami przyjęć, gdy usłyszał, że sprawa jest pilna i dotyczy dziecka. To jednak za mało plusów, bo w lekarzu najważniejsze są kompetencje i fachowość!
Teraz nadal nie wiemy co robić, bo to że z uchem jest źle, wiedzieliśmy już wcześniej. Jutro znów musimy szukać kolejnego lekarza, choć jest teraz jeszcze jeden problem – Syn na Szczycie po dzisiejszych doświadczeniach panikuje na samo słowo „doktor”, choć wcześniej lubił chodzić do lekarza i nigdy nie było z tym problemów.
Do tego jesteśmy biedniejsi o stówę, ale za to znacznie bogatsi w doświadczenia. Tylko niestety takie, w które akurat nikt by nie chciał być bogaty.
Po wszystkich rewelacjach pana doktora już nawet z nim nie polemizowałam, kiwając tylko głową i chcąc jak najszybciej stamtąd wyjść, szczególnie, że Syn na Szczycie spazmatycznie szlochał i uspokoił się dopiero na ulicy.

I powtarzam sobie tylko „moja wina, moja wina”, bo po długim szukaniu najlepszego lekarza zdecydowałam się na niesprawdzonego. Teraz myślę, że to, iż pan doktor zgodził się na wizytę natychmiast, też powinno dać mi do myślenia. Wszak najlepsi lekarze są zawsze oblegani i nie mają ot tak wolnych terminów. Zgodę pana doktora wzięłam to za dobrą monetę i przejaw życzliwości. I przejawem życzliwości na pewno było, tu nie mogę nic zarzucić, ale w przypadku lekarza życzliwość to trochę za mało. Zgodzicie się?