No i stało się – na blogu Matki na Szczycie pojawił się pierwszy wpis gościnny. I to od razu wpis z grubej rury;) 
Szczerze, nie ze wszystkim w tym tekście się zgadzam, ale czyż to nie pokazuje właśnie jego prawdziwości? Bo – jak to mawiał znany moim czytelnikom Wiktor – „my, kobiety” nigdy nie będziemy umiały spojrzeć na sprawy z punktu widzenia mężczyzny. A i faceci nigdy nas do końca nie zrozumieją, bo nasze sposoby patrzenia na świat naprawdę bardzo się różnią.
Dziś oddaję więc głos facetowi, dla mnie – najwspanialszemu facetowi na świecie, szarej eminencji Szczytu, Ojcu na Szczycie.


P.S. W miejscach, w których znajdują się fioletowe teksty w nawiasach, znajdziecie wtrącenia Matki na Szczycie – no, nie byłabym sobą, gdybym nie wtrącała się w wypowiedź męża swego nawet w formie pisemnej;)
P.S. 2. Ponieważ Ojciec na Szczycie swego tekstu nie zatytułował, tytuł wpisu wybrałam sama. 
 

Chyba pierwszy raz w życiu przeczytałem tekst z bloga innego, niż blog mojej żony, a to tylko dlatego, że autorkę tego bloga (i jej męża) miałem przyjemność osobiście poznać. Tak, przyjemność, bo okazali się bardzo fajnymi ludźmi. Oboje.
Ogólnie nie czytam blogów – przepraszam autorów, nie czytam nawet bloga mojej żony (
przynajmniej nie wszystko i nie na bieżąco), jednak temat poruszony przez Karolinę z Cukromania mnie zainteresował i skłonił do przemyśleń. (przyp. MnS – wpis, o którym mówi Ojciec znajdziecie TUTAJ).

Czy jesteście winne tego, że w Waszych małżeństwach się nie układa? No oczywiście, że JESTEŚCIE! Ale „kij ma dwa końce” a powody „rozkładu w czasie więzi małżeńskiej” są głębsze. Wy, kobiety zazwyczaj o nich nie wiecie, wasza romantyczna dusza nie pozwala ich dostrzec, a oni – mężczyźni – się nad nimi nie zastanawiają, więc spróbujmy zastanowić się razem
Dwoje ludzi – mężczyzna i kobieta – decydują się na małżeństwo.
Jak wtedy wygląda ich sytuacja życiowa? Otóż oni się tak bardzo kochają, decydują się na wspólne życie razem, na założenie rodziny, no i na pewno się nie zdradzają, bo przecież gdyby było inaczej, to nie zdecydowaliby się na złożenie przysięgi.
A no właśnie – PRZYSIĘGI.
Ja (super macho, z planami na przyszłość) biorę ciebie (wybraną spośród tysięcy, najwspanialszą kobietę na świecie, przy której chcę się budzić każdego ranka) za żonę i ślubuję ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz że cię nie opuszczę aż do śmierci. Tak mi dopomóż Panie Boże wszechmogący w Trójcy Jedyny i wszyscy święci.”
No i vice versa:
Ja (skromna +choć nie zawsze+, ale za to zawsze, zakochana po uszy kobieta) biorę ciebie (mojego wybranego spośród tysięcy obrońcę, rycerza w srebrnej zbroi, z ognistym rumakiem, mojego macho, z którym chcę spędzić resztę życia, bo tylko przy tobie czuję się bezpieczna, tylko Ty jesteś mi pisany, Ty jesteś ten jedyny i Ty jesteś ten najlepszy, najbardziej zaradny i najbardziej opiekuńczy) za męża i ślubuję ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz że cię nie opuszczę aż do śmierci (…).”
A na potwierdzenie prawdziwości i zrozumienia treści złożonej przysięgi oboje zakochanych w sobie ludzi zakłada obrączki. Pamiętacie? „Przyjmij tę obrączkę jako znak mojej miłości i wierności, w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego.” 
AMEN. Stało się. W bogactwie i w biedzie … w zdrowiu i chorobie… na dobre i na złe… Ale przecież Ci młodzi ludzie zawsze będą bogaci, zdrowi, a ich ścieżki życia zawsze będą proste i zawsze z górki.
ONA: Do tej pory było cudownie, więc teraz będzie jeszcze lepiej. Do tej pory on mnie słuchał, on mnie rozumiał (nawet bez słów), on mnie bezgranicznie kochał, on patrzył głęboko w moje oczy, trzymał za dłoń, którą często całował, kupował kwiaty, zabierał na randki, do kina, na wycieczki, do restauracji, był zawsze, kiedy go potrzebowałam, był moim jedynym oparciem, a teraz… teraz ON jest wyłącznie mój! I zawsze będzie wyłącznie mój!
ON: Do tej pory było bosko, więc teraz to już będzie raj na ziemi. Ona się starała (baa, nawet nie musiała się starać, ona po prostu jest taka zajebista), ona dogadzała, ona rozumiała i ona wybaczała, ona przytulała i ona słuchała, a teraz… teraz ONA jest tylko moja. Wreszcie zdobyłem
No i po pewnym czasie (krótszym lub dłuższym, choć z obserwacji wygląda, że coraz krótszym), może się okazać, że do tego cudownego małżeńskiego worka miłości, wierności i uczciwości małżeńskiej wkradnie się ZONK (młodsi mogą wygooglać, lub zapytać starszych). Zastanówmy się więc, dlaczego? 
Pierwszym powodem był całkowity brak refleksjiprzy składaniu przysięgi. Zakochani ludzie podeszli do niej zupełnie nieodpowiedzialnie, nie zastanowili się ani przez chwilę, jakie tak naprawdę jest jej znaczenie.
Poważnie. Przecież się tak bardzo kochali i chcieli być już małżeństwem (ONA: I zawsze będzie mój, ON: Wreszcie zdobędę!), więc mogli sobie powiedzieć naprawdę wszystko, a jak już przysięgli sobie utarte od lat zobowiązania, to szybko wyleciały im z głowy, bo nie one były najważniejsze (ONA: I zawsze będzie mój, ON: Wreszcie zdobyłem!).
No ale przecież brak refleksji nad wypowiedzianymi słowami nie doprowadziłby do „wewnętrznego rozkładu”. Prawda? No nie mógł, bo gdyby nie pojawił się ten „ZONK”, to byłoby wszystko ok, a przysięga by obowiązywała będąc miłym wspomnieniem.
Ano właśnie nieprawda, bo gdyby oboje składając przysięgę wiedzieli co robią, to miłość, wierność i uczciwość małżeńskaoraz to, że się nie opuści, aż do śmierci, nawet w biedzie, chorobie, i gdy będzie im źle, to takie solidnie realizowane zobowiązanie nie dopuściłoby nawet w pobliże żadnego „ZONKa”.
No, ale pojawił się. Skąd? Ano stąd:
ONA: I zawsze będzie mój.
ON: Wreszcie zdobyłem!
OBOJE: Mam, więc nie muszę robić nic, by mieć dalej, a przede wszystkim wreszcie nie muszę się już tak bardzo starać.
Tak bardzo starać – czyli po trochu udawać kogoś, kim tak naprawdę nie jestem.
I po pewnym czasie ona ma wrażenie, że on już jej nie rozumie bez słów, baaa, on już jej prawie w ogóle nie rozumie, nie dostrzega jej problemów (a co gorsze, wydaje się jej, że on nie chce nawet słyszeć o jej problemach), ona podejrzewa, że on jej nie słucha, a do tego nie przytula, nie kupuje kwiatów, a randki – hmmm, ona może o nich zapomnieć. On już nie jest rycerzem w lśniącej zbroi, wręcz przeciwnie, jego zbroja rozciągnęła się na kolanach, na tyłku i wokół szyi. A jego rumak? No cóż…
On natomiast zaczyna się zastanawiać i dochodzi do wniosku, że ona go przestała kochać (a może kiedyś tylko udawała, że go kocha,  by go zdobyć?), bo przecież kiedyś była dla niego zupełnie inna. Ona cała była zupełnie inna! A teraz, z premedytacją przestała się starać, nie rozumie w ogóle jego problemów, więc nawet nie będzie jej o nich mówił, ona na pewno ma śmiertelne pretensje, że on jej nie zabierze w podróż dookoła świata, że nie kupi nowego rodzinnego samochodu, ona go już nie przytula, ona go nie chce słuchać, ona ma do niego wieczne pretensje o wszystko, a w łóżku… w jakim cholera łóżku?
Oboje mają wrażenie, że się od siebie oddalają, że drugie pierwszego nie zrozumie i nie chce zrozumieć, że nie ma między nimi tego żaru miłości, który kiedyś był, a teraz zgasł, że oboje przestali się starać, bo są przecież zupełnie inni, a może oboje kiedyś udawali kogoś zupełnie innego, by tylko zdobyć?
No i oboje zamykają się w sobie obwiniając się nawzajem za zaistniałą w ich małżeństwie sytuację. Czasami taki stan rzeczy trwa miesiącami, nawet latami i ciągle narasta, aż w końcu któreś nich spotyka kogoś, kto słucha. Rozumiecie, tylko tyle: KOGOŚ, KTO SŁUCHA. No i ZONK tak przybrał na wadze, że w małżeńskim łożu pozostało już tylko jedno miejsce. Nie ma miejsca dla obojga, niegdyś tak bardzo kochających się ludzi.
I gdyby w tym miejscu małżonkowie przypomnieli sobie słowa złożonej przysięgi, że ślubowali miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz to, że nie opuszczą się, aż do śmierci, to byłaby jeszcze szansa, ale przecież do tej przysięgi oboje podeszli zupełnie na luzie i teraz nawet nie pamiętają jej treści. Ale w głowie zaczyna być widoczne światełko w czarnym tunelu nieudanego małżeństwa – rozwód. 
Niestety w dzisiejszym świecie raczej nie próbuje się niczego naprawiać. Naprawa jest nieopłacalna, opłacalna staje się wymiana na nowy, wydawać by się mogło, że lepszy model. Ale czy na pewno lepszy? To się kiedyś okaże. Bo przecież „stary model” był kiedyś tym wymarzonym, wybranym spośród tysięcy, tym jedynym. No ale to chyba jednak była życiowa pomyłka co nie?
DZIECKO– no i pojawiło się.
OBOJE: cóż za wielkie szczęście.
ONA: dlaczego on się nim tak mało zajmuje, dlaczego to ja muszę wstawać, dlaczego to ja muszę karmić, dlaczego to ja muszę kąpać, dlaczego to ja muszę… 100 różnych prawdziwych powodów.
ON: dlaczego ona chce, abym się nim właśnie teraz zajął, przecież to jej zadanie, dlaczego ono akurat teraz chce się ze mną bawić, przecież teraz muszę… 100 różnych powodów, z czego 50 prawdziwych, a 50 udawanych.
Przy wychowaniu dziecka obowiązki domowe naprawdę się zmieniają (przecież o tym doskonale wiecie), no i zaczyna się.
ONA: dlaczego to ja muszę zawsze zmywać naczynia, dlaczego to ja w tym domu tylko sprzątam, dlaczego tylko ja robię pranie, dlaczego tylko ja… wiele różnych czynności.
ON: a właśnie dlatego, że przecież zawsze się starałaś, aby dom był czysty, abym miał co jeść, abym miał w czym wyjść, abym był zadowolony, więc zupełnie nie rozumiem, dlaczego miałabyś teraz tego nie robić. 
Ponadto na późniejszym etapie rozpadu: 
ON sobie jeszcze myśli: przecież to ja zarabiam i utrzymuję całą rodzinę, czego ona jeszcze chce. Chce, żebym utrzymywał całą rodzinę i jeszcze zajmował się dzieckiem i ogarniał cały dom. To ja jestem macho, bo gdyby nie ja, to co ona by zrobiła… Zawsze sprzątała, a teraz chce, abym to ja jej w tym pomagał? Chyba oszalała, a właśnie, że nie pomogę, mogę się „tarzać” w brudzie, ale nie pomogę, przecież ona i tak w końcu posprząta.
RUTYNA– kurcze, przecież jest. 
ONA: codziennie muszę się ze wszystkim męczyć sama. 
ON: codziennie muszę wstawać do pracy, a gdy wracam nic nowego mnie nie czeka. 
OBOJE: nie tak miało wyglądać nasze wspólne życie.
ZDRADA– no i pojawiła się. 
W JEJ przypadku: on słucha, wreszcie mam kogoś, kto mnie rozumie, nie traktuje mnie jak przedmiot, jestem dla niego ważna, ale czy go kocham – chyba nie, ale przecież „stary model” kochałam i co mi z tego przyszło? 
W JEGO przypadku: przecież ona mnie już w ogóle nie kocha, jest jej wszystko jedno co, gdzie i z kim robię. Nigdy mi niczego nie zabraniała. Nawet nie pyta, ma wszystko w nosie. Czy kocham „nowy model”? Oczywiście, że nie, ale przecież „stary model” kochałem i ten „stary model” skutecznie to uczucie wygasił. Już nie jestem w stanie go w sobie rozbudzić. A nowy model mnie pożąda!
OBOJE: a może nawet kiedyś pokocham ten nowy model? Może, ale NA PEWNO będzie mi z nim (tym nowym modelem) lepiej.
Drogie Panie, mógłbym tutaj nadal rozpisywać różne życiowe aspekty wpływające na ten niepożądany w małżeństwie rozkład, ale nie będę tego robił, może lepiej podam receptę na… Receptę, która zadziała na wielu mężczyzn, nie na wszystkich, ale na zdecydowaną większość. Recepty dla kobiet nie będę Wam pisał, bo przecież każda z Was wie, czego oczekuje od swojego dawnego księcia z bajki, czego oczekuje od małżeństwa i od rodzinnego domowego ogniska…
Otóżrecepta jest prostsza, niż by się wydawało. Chodzi o ROZMOWĘ! Poważnie, o zwykłą codzienną małżeńską rozmowę. I o ZAKAZY. Ano tak, właśnie o zakazy. I o przezwyciężenie RUTYNY. Tylko tyle i w wielu przypadkach sprawa rozwiązana. Spróbujcie. 
W „psujących się małżeństwach” brak jest rozmowy.
OBOJE: przecież on/ona mnie już w ogóle nie rozumie, nie chce mnie nawet słuchać, nie obchodzą go/nią moje problemy, moje uczucia są nie ważne, odnoszę wrażenie, że już mnie nie kocha!
A może nie? Może po prostu oboje nie są Duchami Świętymi i niestety przestali rozumieć się bez słów. Nie słyszą już niewypowiedzianych żali i pretensji, a przecież tak bardzo się kochali, że byli w stanie wszystko dla siebie zrobić, a problemy, które narosły nie są przecież nie do pokonania.
Kiedyś potrafili się starać i wybaczać, dlaczego oboje myślą, że już teraz nie potrafią? Bo przecież skąd ona ma wiedzieć, że on potrzebuje być nadal macho, a nie kurą domową, a skąd on ma wiedzieć, że ona potrzebuje, aby on jej pomógł w ich wspólnych zobowiązaniach domowych i rodzicielskich, a przede wszystkim, aby on docenił codzienny, ponadludzki wysiłek, który ona wkłada w to ognisko domowe.
Brak rozmowy jest główną przyczyną, ale nie jedyną. Przynajmniej w rozumowaniu mężczyzn. Chodzi o ZAKAZY, a właściwie o ich brak. 
Tak, drogie Panie, mężczyźni potrzebują zakazów. Dziwne, prawda?
Również mężczyzna musi czuć, że jest kochany przez swoją kobietę. I nie wystarczy mu, że będzie to od niej słyszał, po prostu musi czuć. A czuje, jak prawdziwy macho, poprzez pojawiające się zakazy i rozsądną zazdrość.
Mężczyźni odczuwają inaczej, niż kobiety. Kobieta myśli, że musi pozwolić mężczyźnie wychodzić z kolegami z pracy (wystarczy jej zapewnienie, że to koledzy), bo inaczej on będzie się czuł zaszufladkowany. Myśli, że jak mu pozwoli, to okaże się dobrą, wyrozumiałą żoną. Oczywiście, powinien wychodzić, ale takie bezwarunkowe pozwolenie jest źle odbierane przez mężczyznę. Pojawia się w jego męskiej głowie myśl: „Pozwoliła, nie wnika co będę robił, nie docieka z kim idę, nie pyta, gdzie idę”. Ta myśl skutkuje dedukcją: „skoro nie pyta, to jej zupełnie nie zależy. Ma w nosie, gdzie idę, z kim idę i co będę robił. Przykra sprawa”. 
Kobieta, często mając najlepsze intencję, pozwala mężczyźnie prawie na wszystko. Tylko niestety te intencje są inaczej odbierane przez mężczyznę. Na początku się cieszy: „wszystko mi wolno, ten związek mnie nie ogranicza”. No ale przecież związanie się z drugą osobą niesie ograniczenia, mężczyzna o tym wiedział decydując się na ślub, a jeżeli zapomniał, to należy mu to uświadamiać. 
Umiarkowana zazdrość – też jest dobrze odbierana przez mężczyzn. Czują się wtedy samcami alfa. Przecież zdobyli wybraną kobietę, a ona jednak ciągle jest zazdrosna. Z tą zazdrością jest tak, że skoro jej nie ma, to mężczyzna sądzi, że przestał być atrakcyjny dla swojej kobiety, że ona uważa, że inna kobieta nie jest w stanie się nim zainteresować. No i chyba musi to sprawdzić, bo samiec alfa musi być pożądany, musi czuć, że jest przywódcą tego domowego ogniska. Musi czuć, że kobieta uważa, że on jest najwspanialszy na świecie, choćby nawet tak nie uważała 😉
Drogie Panie, rozmawiajcie ze swoimi mężami codziennie, oni naprawdę myślą inaczej i nie są w stanie domyślić się, co jest nie tak w waszych związkach, a ich zatwardziała męska duma często nie pozwala na zrobienie tego pierwszego kroku (pamiętacie: Wreszcie zdobyłem!). Skoro zdobył (przecież zdobył i to nic złego), to ma też swoje obowiązki. Ustalajcie to między sobą. Mężczyzna chce mieć obowiązki, on ich potrzebuje. Mężczyzna potrzebuje zazdrości w małżeństwie, potrzebuje tych zakazów. On musi zdobywać, nie może być zdobywany, nie może być dzikim wolnym koniem (przyp. Matki na Szczycie – w tym momencie parsknęłam śmiechem, zapluwając sobie ekran;p). Przecież on zawsze będzie małym dzieckiem, które trzeba prowadzić za rękę. On już zdobył i wydaje mu się, że nie musi nic robić, ale gdy jego kobieta go poprosi, to przecież macho nie odmówi. Spróbujcie, tylko nie przesadźcie, bo mężczyzna nie zniesie chorej zazdrości i średniowiecznych zakazów. A przed każdą rozmową, zastanówcie się dokładnie, czego Wy oczekujecie i tak prowadźcie rozmowę, aby to osiągnąć.
Kobieta osiągnie z mężczyzną wszystko. Musi tylko chcieć. Przecież o tym wiecie. Więc zastanówcie się, czego tak naprawdę chcecie, jak mają wyglądać wasze związki i pokierujcie tymi samcami tak, aby związki wyglądały, jak Wy tego chcecie. Wasi mężczyźni będą zadowoleni, że choć trochę przejmujecie inicjatywę, i że to nie oni muszą o wszystkim myśleć. Zabijajcie rutynę, zabijajcie ją pomysłami, a realizacją tych pomysłów niech zajmą się wasi mężowie. 
Przyzwyczajcie mężczyzn, że odkurzają w poniedziałki, środy i piątki, a naczynia zmywają we wtorki, czwartki i soboty, że dzieckiem zajmują się w określonych godzinach. Spróbujcie, bo naprawdę warto. Warto, bo przecież byłyście kiedyś pewne, że ten leżący teraz obok was facet, w zniszczonej zbroi, milczący i leniwy, to miał być, nie, to był przecież wymarzony książę z bajki. Sprawdźcie, czy potrafi znów nim być. W wielu przypadkach, gdy tylko zostanie doceniony, będzie potrafił. A, i zatroszczcie się też o rumaka, jeszcze Wam sprawi radochę 😉
Kiedyś stare modele były dobre, naprawdę dobre, a teraz… teraz nowe modele są dziwne, najczęściej nie nastawione na budowanie rodzin, a pierwsze problemy w związku kończą się szukaniem kolejnego, jeszcze nowszego modelu, ale czy warto?
Żono moja, ten tekst oparty jest w większości na obserwacji doświadczeń osób trzecich. Jeśli chcesz go opublikować, to proszę Times New Romanem, bo mój telefon masakruje czcionkę z Twojego bloga i nie mogę go czytać. 
* * *
Matka na Szczycie: Mężu mój, niepokoi mnie ta „większość„, która zakłada, że nie CAŁOŚĆ😉
Wedle życzenia jest Times New Roman, co mi nawet ułatwiło pracę, bo zmiana czcionki w tak długim tekście wymagałaby ode mnie sporo czasu (robię to zawsze jakąś niemal średniowieczną metodą, męcząc się z moją średnią znajomością HTML’u).
A odpowiedź Matki na Szczycie na całość tego tekstu pojawi się niebawem. Na razie jestem ciekawa Waszej opinii, drogie czytelniczki!
  • Google ostatnio zżera moje komentarze, jakby się wściekło.
    Więc jeszcze raz.
    Zgadzam się z Ojcem na Szczycie i mam dokładnie takie same przemyślenia co on.

  • Niestety Ojciec na Szczycie na hejta u mnie nie zasłużył. Przykro mi bardzo, obiecuję poprawę- może przy następnym tekście jaki napisze będę mogła się z Nim kłócić:) Piątka!

  • No, kurcze, tak się po prostu zgadzasz?;) A ja tu na jakąś ostrą wymianę zdań liczyłam!;)

  • To muszę go podpuszczać, by dalej pisał:)
    Długo prosiłam o wpis gościnny, ale nie chciał, a wystarczył jeden tekst Karoliny z Cukromanii i się zaraz za pisanie zabrał!;)

  • Kochana…….ale ten Twój mąż się rozpisał!!! Powiem jedno – namawiaj go częściej na pisanie!! Może nieco krócej , bo moje oczęta okularnicy lekko się zmęczyły, ale dał czadu! Świetny wpis 🙂

  • Ojej… Muszę się całkowicie, całkowicie zmienić… Nie wymagam, nie zakazuję, ustępuję, robię za niego wszystko i na wszystko pozwalam i w efekcie czego widzę, że poszło to wszystko w złą stronę. Niestety tak to jest jak się "siedzi" w domu, z wyrzutami sumienia żony- utrzymanki, żony nie dokładającej się do budżetu. Zapędziłam się w kozi róg, bo wydawało mi się, że cóż ja mogę żądać skoro nawet do pracy nie chodzę. Rozpieściłam sobie faceta i niestety już za to płacę… Dzięki za zaproszenie na ten post, był mi potrzebny.

  • Świetnie napisane, brawo! Większość z nas zapomina w codziennym zabieganiu o zwykłej rozmowie. Po powrocie z pracy każde ucieka do swoich zajęć: komputery, laptopy, fejsbuki i inne internety zabierają nam czas. PamiętaM, że gdy byłam dzieckiem siadaliśmy do stołu razem z rodzicami, każdy z każdym porozmawiał: jak było, w szkole, w pracy, co ciekawego się wydarzyło… Teraz większość je w biegu lub przed telewizorem, bo nie ma czasu. Potem jest zdziwienie [po jakimś czasie, że oddaliliśmy się od siebie i nie mamy już o czym ze sobą rozmawiać…Tak bywa niestety, dlatego lepiej zapobiegać i starać się! Dal siebie , dla niego, dla dziecka…

  • Całkiem udany debiut Męża na Szczycie. 🙂 Gratuluję. I prawda, że w związku potrzebna jest rozmowa, pewnie wszyscy doskonale o tym wiedzą, tylko gorzej jest z wprowadzeniem tego w życie.

  • Sorry, Ojciec hejtu nie uświadczy. Jestem całą sobą za jego przemyśleniami.

  • Ja bym w paru punktach pewne zastrzeżenia miała, ale to jak się ogarnę z zajęciami, to siądę do pisania posta-odpowiedzi;)

  • No rozpisał się facet konkretnie;) Jak już, to już;) A ja nie chciałam skracać, bo mogłoby to być ze szkodą dla całości tekstu.

  • A mnie jest bardzo dobrze w roli (prawie) niepracującej żony:) Ale chyba też muszę pewne sprawy przemyśleć, bo gdzieś tam na pewno coś w tym tekście mnie także dotyczy (no, dobra, nawet wiem co:))

  • Dokładnie, masz rację – kiedyś po prostu razem spędzało się czas, a teraz jak nawet jesteśmy razem, to jakby każdy w swoim świecie. Nawet planując rodzinny dzień, wymyśla się jak najwięcej aktywności i atrakcji. Chyba sami staramy się nie mieć chwili na tę rozmowę i refleksję, boimy się jej, bo jedyne co znamy, to ciągły bieg do przodu.

  • Bo najczęściej to rozmowa jest taka w stylu: "kupiłeś chleb?", "o której musimy wyjść", "trzeba zatankować auto", itd.;) A takie rozmowy to niestety nie wystarczają do budowania udanego związku;)

  • Nie no skracać to by było niedobre i zniechęcające ojca do kolejnych wpisów 🙂

  • Czytałam tekst Cukromanii i bardzo mi się podobał- prawdziwy aż do bólu i bez upiększania rzeczywistości, jak to bywa na niektórych blogach.

    Tekst Ojca na Szczycie również mi się podoba i podpisuję się pod nim. Trzeba rozmawiać, bo brak dialogu między mężem, a żoną może doprowadzić i do rozwodu. Nigdy nie jest tak, że tylko jedna strona jest winna.

    Ja ostatnio się przeraziłam, bo gdzieś z miesiąc temu wieczorem zauważyłam scenę w naszym domu (Gaja już spała): ja przy moim laptopie coś pisałam, mąż na służbowym robił te swoje eksperymenty, odwróceni byliśmy do siebie plecami, zero rozmowy i w ogóle reakcji, Od tamtej pory zadecydowałam, że to musi się zmienić. Teraz wieczory spędzamy razem i to jest piękne :).

  • Trochę racji jest, ale jednak widać, że to facet pisał,
    że mąż to pisał też czuć,
    z tą zdradą, hmmm, polemizowałabym chyba, chociaż nie mam doświadczenia, ale myślę, że punkt widzenia na sprawy zdrady zależy od związku, wieku i różnych innych czynników
    W ogóle opisana jest strasznie jakaś taka dziwna para, bo to chyba nie Wy 😉 smętna taka jakaś, niemrawa
    zdarza mi sie czasem marudzić na narmiar obowiązków domowych, ale bez przesadyzmu, kobieta nie skupia się tylko na pierdołach bo życie polega na czymś innym 😉
    zmęczenie jest siłą napędową dla marudzenia – to jest fakt

    no długi tekst, więc polemika moja byłaby dłuższa pewnie, ale chwilowo czas ograniczony mój, wiec na razie tyle, ale może jeszcze tu wrócę 😉

  • Co do rozmawiania, to się zgadzam
    chociaż trudno czasem wydobyć z introwertyka to, co go męczy
    ale na pewno warto postępować tak, żeby druga osoba wiedziała, że może na Ciebie liczyć, że interesują Cię jej radości i zmartwienia
    oczywiście nie warto też z codzienności robić wielkiego problemu, bo życie to te chwile wciśnięte między codzienność

  • ekhm… Matko na Szczycie pamiętasz, jak powiedziałaś w Bukowinie, że ja i Ojciec na Szczycie mamy podobne charaktery i podejście do życia (tak, przy okazji oszczędności itp). No więc właśnie zastanawiam się czy ja przypadkiem nie jestem facetem w kobiecej skórze… Fajnie to napisał. Chodziło mi dokładnie o to samo (OnS uzupełnił temat o ważną rzecz: rozmowę). I zrobił to na zimno. Rozwalił system! I idealnie się odniósł do tego co i ja myślę: "Kiedyś stare modele były dobre, naprawdę dobre, a teraz… teraz nowe modele są dziwne, najczęściej nie nastawione na budowanie rodzin, a pierwsze problemy w związku kończą się szukaniem kolejnego, jeszcze nowszego modelu, ale czy warto?". To co? Stosujemy kolejną prowokację, żeby nakłonić go do kolejnego wpisu?? haha 😉

  • No i strasznie mi miło Ojcze na Szczycie, że mnie odwiedziłeś 😀

  • Mam nadzieję, że takie będą, bo odsłon mi Ojciec nabił więcej niż mam zazwyczaj z moimi wpisami;)

  • Kiedyś jedna z recenzentek (Ania Dutka – pozdrawiam, jeśli tu zaglądasz) określiła mnie jako specjalistkę od widzenia szklanki w połowie pełnej. I chyba tak właśnie mam. Może przez to moja rzeczywistość może się wydawać z boku upiększona, nie wiem, ale ja zawsze patrzę w miarę optymistycznie i wydaje mi się, że nie jest jednak tak całkiem źle z tymi facetami;) Zawsze widzę jakieś dobre strony.

    Co do wspólnych wieczorów, to mają one swoją wartość! My od jakiegoś czasu, jak tylko syn zaśnie, wskakujemy z Ojcem do łóżka i… oglądamy seriale;) Haha, brzmi strasznie, jak z pamiętnika emerytów, nigdy nie sądziłam, że z taką pasją będę seriale oglądać, bo nigdy ich nie lubiłam. Ale Ojciec wyszukał kilka tak fascynujących, że teraz z niecierpliwością czekam na każdy wieczór:) Na szczęście mamy taki sam gust filmowo-serialowy. Teraz oglądamy "The Last Ship" – polecam, super świetny serial, chyba najlepszy, jaki w życiu oglądałam (no, oczywiście oprócz mojego ukochanego "Komisarza Reksa;p).

  • Ja trochę bałabym się pisać tak zdecydowanie i jednoznacznie jak Ojciec na Szczycie, bo temat jest wieloaspektowy i cholernie złożony, a do tego każdy jest inny i inną ma historię. Ale chyba jakoś tak ogólnie to trafnie to wszystko podsumował.

    Z tym rozmawianiem, to dodam od siebie tylko tyle, że to też nie do końca takie łatwe. Tak, jak piszesz, niektórzy są z zasady zamknięci w sobie, np. ja, gdy mi źle, to się chowam, chcę być sama, tak już mam. A czasem rozmowa toczy się tak, że w końcu dochodzi się zupełnie gdzie indziej niż się chciało. Zastanawiam się, czy napisanie listu do męża/żony nie jest dobrym pomysłem. Można by w takim liście na spokojnie wszystko wyłożyć, co leży na sercu:)

  • Karolina, koniecznie! Kolejna prowokacja mile widziana!:)
    Ja go tak długo namawiałam do napisania wpisu gościnnego, a on nic, dopiero Twój tekst Ojca ruszył;) No i teraz rozkręca mi tu bloga, ruch się wreszcie zrobił po wakacyjnym rozleniwieniu statystyk;)
    Ty już będziesz wiedziała, jaki temat teraz podjąć, dzięki Waszym podobieństwom już na pewno natrafisz na coś, co Ojca na Szczycie znowu ruszy;)

  • U nas działa to tak, że ja czytam, a Myster Pi ogląda te jego dokumenty, a razem patrzymy tylko wtedy, gdy jest jakiś fajny film :). Ale ważne, że jesteśmy obok siebie, a nie przy kompie.

  • Dokładnie! Bo potem dochodzi do sytuacji, że mąż do żony (albo żona do męża) na fb pisze, a siedzą w tym samym pokoju;)

  • Do tego etapu na szczęście nie doszliśmy. Nic mnie fejs męża nie obchodzi, mój jego tak samo, chociaż fp mi lajkuje :). Ale żeby przez fejsa gadać, co to, to nie ;).

  • Zgadzam się, podsumował nieźle.
    W ogóle szapoba, że się podjął tematu i tak sumiennie do niego podszedł. Zdolnego masz męża.
    Ja jakoś nie lubię uogólniania za bardzo, bo wiadomo, co człowiek to charakter, historia, czy tam – background ;).
    Dlatego tez nigdy w ogólnie rozumianym parentingu się nie zmieszczę, bo jakoś nie potrafię obiektywizować rzeczywistości 😉

  • A Ojciec na Szczycie raz na ruski rok na fb wchodzi. Dostaję wtedy ponad 100 powiadomień, bo jak już wchodzi, to wszystko hurtem lajkuje;)

  • Idealnie ujęłaś to, czego nie bardzo potrafiłam nazwać w poprzednim komentarzu. Często mam tak, że za jakiś wpis się zabieram, a potem z niego rezygnuje, bo nachodzą mnie wątpliwości typu "ale przecież nie zawsze tak jest", "ale z drugiej strony, jak się spojrzy", itd. Różnorodność. Różnorodność charakterów, ludzi, zjawisk. Podobno nieźle udaje mi się ją ogarnąć w moich książkach (wg recenzentów:)), ale ciężko ją zamknąć w niezbyt długim wpisie.

  • Dokładnie tak, jak piszesz Kasiu. Ciężko w krótkim wpisie zmieścić temat/problem tzw. ogólny.
    Dlatego ja piszę o sobie, swoich doświadczeniach takich śmakich 😉 nie umiem radzić, pouczać, punktować 😉
    Swoją drogą nie czytałam jeszcze Twoich książek, a powiem szczerze, mam wielką ochotę.
    To jest idealny pomysł na kolejny książkowy zakup 😉

  • To jest całkiem fajne, że nie czytałaś, bo oznacza, że wszystko w tej kwestii jeszcze przed Tobą:) Koniecznie podziel się ze mną potem Twoją opinią, jestem ciekawa, czy Ci się spodobają:)

  • Dokładnie. Tylko że czasami ludzie tłumaczą, że nie mają czasu. To jest przerażające, bo czas na rozmowę zawsze jest!!!

  • Fajnie napisał, zwłaszcza o tej przysiędze. Jest ślub w kościele, biała sukienka, garnitur i huczne wesele, ale zero refleksji. Ja tam w sumie podpisałam kontrakt w urzedzie stanu cywilnego i nic aż do śmierci nie obiecywałam, ale staram się godnie żyć w zgodzie z jego założeniami-tego kontraktu;)

  • Wystarczy wyłączyć na chwilę wszystkich tych złodziei czasu (nie mylić ze złodziejami marzeń;p) 🙂

  • My mamy to szczęście, że bardzo poważnie podchodzimy do przysięgi małżeńskiej i teraz to już nie ma wyjścia;) Na dobre, czy złe, ucieczki nie ma;)

  • Ma Ojciec dużo racji. A ja chciałabym mieć czasem męskie spojrzenie na świat. Takie proste, nieskomplikowane……:-)

  • To fakt – kobiety sobie same wiele spraw komplikują:)