Może to wina lata, które działa rozleniwiająco. Może mojego charakteru. A może Szczytu, na którym wszystko jest inne. Ale, serio, nie chce mi się spinać.
W dzisiejszych czasach wszystko jest towarem. Książka, blog, zdjęcie. Zamykane są w statystyki, raporty sprzedaży, zasięgi. Liczby, liczby, liczby…
W liczbach ukryła się pasja, w liczbach ukryli się ludzie.

Przyznam, że przez jakiś czas od założenia bloga, sprawdzałam statystyki. Cieszyłam się z pierwszych okrągłych liczb. Teraz już tego nie robię. Nie mam pojęcia, ile mam dokładnie odsłon bloga, z jakich krajów do mnie zaglądacie, ani nawet po jakich wyszukiwanych frazach tu trafiliście.
Może, jak mnie najdzie ochota, to sobie znowu sprawdzę, może się nawet tym pochwalę, ale nie czuję potrzeby, by to na bieżąco monitorować. Czy to ważne?
Większość blogerów odpowie – oczywiście, że ważne!
A dlaczego? Bo to dobrze brzmi i wygląda? Bo inni blogerzy będą zazdrościć? A może dlatego, że oszałamiające statystyki są powodem, dla którego ważne firmy zaproponują lukratywne współprace?
Może tak, może nie.
Ja najlepszą propozycję współpracy otrzymałam, gdy mój blog był w powijakach. Istniał jakiś miesiąc i – co oczywiste – nie mogłam pochwalić się powalającą liczbą odsłon. O tej najlepszej współpracy możecie przeczytać TUTAJ, TUTAJ i TUTAJ.
Była to dla mnie wspaniała przygoda, którą pewnie na zawsze zapamiętam. Od tamtej pory moje statystyki wciąż rosły, a mimo to, nie otrzymałam już tak dobrej i ciekawej propozycji od żadnej innej firmy.

Trzeba się pokazać, trzeba zaistnieć – mówią. Tak, zgodzę się z tym, bo siedząc w mysiej dziurze (czy też na Szczycie) nie zdziałasz niczego. Ale nie za wszelką cenę, nie sztucznie.
W dzisiejszych czasach pokazać się, znaczy w dużej mierze – komentować, udostępniać, wrzucać linki… gdzie popadnie, a nuż ktoś udostępni i nabije nam dodatkowych odsłon. W tym nie ma nic złego, przybyło do mnie wiele czytelników, dzięki innym blogerkom i fp. Ale wszystko z umiarem. Bo nachalne promowanie siebie i swojego dzieła raczej zniechęca niż przyciąga.
Gdy ktoś wyskakuje mi z mikrofali i lodówki, to naprawdę nie chcę go już oglądać. Jest tak dla mnie na przykład z pewnymi pisarzami, których książek nie czytałam i nie przeczytam. Podobno są bardzo dobre, ale już na wstępie zostałam nimi zmęczona, bo zalały mnie z każdej strony, wręcz zaatakowały. A ja jestem przekorna – gdy wszyscy mnie zachęcają (a czasem mam wrażenie, że wręcz zmuszają), to mówię: nie.

Wiem, że promocja jest ważna. A jest ważna dlatego, że w dzisiejszych czasach wszystkiego jest za dużo. Bez promocji każde dzieło – książka, blog i inne – ginie w odmętach nadprodukcji.
Pewna pisarka bardzo dobrze wyszła na agresywnej promocji swych książek. Osiągnęła oszałamiające wyniki sprzedaży, jest na…  – no, nie, nie powiem, że na szczycie, bo Szczyt jest mój;) – na topie.
Warto? Warto!
Ale… mnie się nie chce spinać. To pewnie zła moja cecha, bo w dzisiejszych czasach o wszystko trzeba walczyć, a ja robię tylko to, co lubię i na co mam ochotę. Czasem gdzieś się pokażę, czasem po-promuję, ale nic na siłę. Jak mi się nie chcę, to zaszywam się na Szczycie i czekam na przypływ sił.
Mówię Wam o moich powieściach,bo to dla mnie ważne, a poza tym – tak – chcę, byście się o nich dowiedzieli (gdybym nie mówiła, to ile osób wypatrzyłoby je gdzieś na dolnej półce w księgarni?).
Jak już powiedziałam – promocja jest ważna, ważna w swoim informacyjnym zakresie. Robię dla niej tyle, na ile to jest dla mnie prawdziwe, na ile to czuję. Na ile wypływa to z mojej pasji. Wierzę w marketing i jego moc, ale jednocześnie nie potrafię działać sztucznie, działać wymuszenie. Spinać się nie będę.

Jest mi niezwykle miło, że ze mną jesteście. Bardzo cenię każdy komentarz, każdą Waszą opinię i nawet każdy lajk, który jest wyrazem Waszej sympatii. Niesamowitą nagrodą są dla mnie maile od czytelników moich powieści, w których znajduję wiele ciepłych słów. Cieszy mnie każda książka, którą przygarniacie do siebie i czynicie częścią swego świata, pozwalając jednocześnie, by mój świat zawitał do Was.
Ale nie będę wyskakiwać Wam z lodówki, machać z bilbordów, straszyć z każdego fp, rozdawać kawy na dworcu i reklamować bloga z głośnika przypiętego na dachu Szczytowozu (bo, Szczytowóz, jak wiecie, jest kontuzjowany;p).
Nie chce mi się spinać
. Bo niby po co?

A jakie jest Wasze zdanie? Myślicie podobnie, czy może oburzyło Was podejście Matki na Szczycie?:) Podzielcie się swoimi opiniami!

  • Oj Kasiu, nawet nie wiesz, jak utożsamiam się z tym tekstem! Też mi się nie chce spinać i nie robię nic, by się wypromować, bo nie mam na to ochoty. Piszę, ponieważ to lubię i to jest w blogowaniu najważniejsze. Kiedy zakładałam bloga, byłam bardzo naiwna sądząc, że blogosfera to przyjazne miejsce i wszyscy są tam równi. Niestety, jak i w życiu, tak i tutaj istnieją podziały wytworzone właśnie przez statystyki i blogową sławę. A mało kto potrafi się jej oprzeć i sporo o gwiazdorzeniu niektórych słyszałam. Dla mnie wyznacznikiem każdego bloga (obojętnie, czy znanego, czy nie), są tylko i wyłącznie teksty, a nie odsłony i lajki. Sama mam u siebie pokazaną liczbę wyświetleń, ale w szczegóły statystyk się nie wgłębiam, choć na początku tak robiłam. Bloguję ponad dwa lata i dużo przez ten czas zrozumiałam, zwłaszcza jaki przyświeca mi cel.

    Blogerki Nie-Spinaczki, łączmy się!

  • Trudny temat. Bo z jednej strony też mnie nie obchodzą statystyki na blogu, ważniejsze są dla mnie komentarze i udział w dyskusji, poznanie opinii innych, nawiązanie relacji. Jednak z drugiej, jeżeli piszę książki, to chciałabym, żeby się sprzedawały (oczywiście nic na siłę), czasami dam się więc ponieść emocjom i na przykład prosić o głos w jakimś konkursie (bo to wciąga). Wydawca prosi o napisanie o promocji cenowej, więc piszę na blogu czy na FB. Nie widzę w tym nic niewłaściwego, rynek wydawniczy jest trudny. I nie miałabym nic przeciwko, by zainteresowały się nimi media. A żeby coś się sprzedawało, niestety potrzebna jest promocja. I tak koło się zamyka. A pewnie najchętniej nie robiłabym tego wszystkiego, tylko siedziała przy swoim biurku i spokojnie pisała.

  • Tak, jak napisałam – wiem, że promocja jest ważna i nie da się w dzisiejszym świecie bez niej obejść, ale chodzi mi o przypadki, w których się – mówiąc zwyczajnie – przegina. Warto mówić o swoim dziele, bo w końcu jest się z niego dumnym i jest to ważna część życia; warto informować i zachęcać, chodzi mi jedynie o to, że nie warto robić tego na siłę, sztucznie i za wszelką cenę:)

  • Mam wrażenie, że niektórzy dają się zwariować, zaczynają żyć w zaklętym kręgu nabijania statystyk, lajków, odłon. Jasne, jeśli ktoś podchodzi do bloga bardzo serio i chce z niego uczynić źródło utrzymania, to może po prostu nie ma innego wyjścia (nie wiem). Ale to nie moja ścieżka i nie mój styl.
    Blogerki Nie-Spinaczki, bardzo mi się podobają, dołączam do tego klubu!:)

  • Świetny tekst 🙂 W końcu ktoś odważył się o tym napisać…
    Ja lubię pisać, sprawia mi to przyjemność, a jeszcze większą radochę sprawiają mi pozostawione przez czytelników komentarze. Nie spinam się. Od dawna już się nie spinam 🙂 Na początku zależało mi na liczbie wejść w ciągu dnia. Przyszedł jednak taki moment, w którym stwierdziłam, że to nie ilość wejść świadczy o jakości bloga, o jakości wpisów. Moje wpisy nie są codziennie, nie są co drugi dzień… wpis pojawia się raz na tydzień i nie jest jakiś "wymuszany", jak większość wpisów u innych blogerów, do których zachęci mnie czasem tytuł wpisu.
    Moje wpisy się pojawiają, gdy naprawdę mam coś do powiedzenia. A gdy jeszcze Dorota Zawadzka udostępni wpis na swojej tablicy to jestem z siebie dumna, ponieważ utwierdzam się, a także powinno utwierdzać czytelnika, że nie ilość wpisów w tygodniu, a ich jakość świadczy o blogu.
    Ostatnio też zauważyłam, że niektórzy do swojej promocji wykorzystują uczestnictwo w blogerskich spotkaniach- Poznań, Gdynia. Instagram zalany falą zdjęć z See blogers, FB zawalony sweet fociami na ściance… Nie mam nic przeciwko, sama zapewne bym skorzystała, gdybym miała tylko możliwość, ale to już jest trochę męczące… dwa tygodnie przed eventem, dwa tygodnie po evencie… wszędzie tylko dudnią o tym. Jakby sam udział w evencie świadczył o tym, że jest się blogerem z prawdziwego zdarzenia…

  • Hmmm… ja ostatnio bywam w wielu miejscach, wykorzystując trochę swoje blogowe możliwości (jak np.wejściówki na tyły Woodstocka) ale czy to spina?! Chyba nie 🙂 Nie dla mnie strojenie się i bywanie, nie dla mnie lizanie tyłka za długopis ani udawanie gwiazdy wielkiego komputera.
    Ale na spotkaniach blogowych być lubię. Bo to czas gdy mogę poszaleć z Wygodną, daleko od domu i dzieci 🙂

  • Uważam, że najważniejsze to nie stracić pasji 🙂 czy fanów jest 5, czy 1297547890 najważniejsza jest pasja 🙂 chęć zdrowego dzielenia się nią 🙂 co jeśli jej zabraknie? Co jeśli nigdy jej nie było, a promocje od samego początku? Gdzie radość? Gdzie chęć tworzenia rzeczy nowej,kolejnej wypełnionej miłością i całą sobą? Trzeba być szczerym w tym co się robi, prawdziwym 🙂 ludzie to wyczuwaja i uciekają przed fałszem (ja też nie lubię wyskakiwania z lodówki). Czy bez pasji nie stajemy się frustratami ? Właśnie wiecznie zagladajacymi w statystyki poszukując kolejnego choć minimalnego wzrostu? Ja prowadząc str i udostępniając różne treści czasami zastanawiam sie,czy nie wariuję 😉 wszystko wydaje mi się bardzo ważne 🙂 ,ale staram się ograniczać,żeby nie przytłoczyć czytających. Szanuję każdą osobę,która jest ze mną na profilu, bo wiem że nie jest tam obojętnie 🙂 chce,żeby każdy czuł się ze mną dobrze i nie uciekał czymś zrazony,czy zniesmaczony 🙂 a str jak każdy wie powstała z głębi serca 🙂 Z drugiej str każdy musi z czegoś żyć, pisząc książki liczymy na zysk i to jest zupełnie normalne 🙂 zdrowa promocja ma sens, a chorobliwa odstrasza..przynajmniej normalnych ludzi 🙂 A ja Panią bardzo lubię i cieszę się na każdy nowy wpis 🙂 wiec odstraszona nie zostałam w żaden sposób 🙂 a to o czymś świadczy 🙂 Zdrowa promocja jest jak sumienne wykonywanie obowiązków w każdej innej pracy, a przesadzona jak włażenie w tyłek szefowi, który sam takiego zachowania nie może znieść 🙂 1szy pracownik utrzyma posadę dłużej:) przepraszam za porównanie 😀 mam nadzieję, że nikogo nie uraziłam,a jedynie dobrze przekazałam swoją myśl 🙂

  • Rozumiem, podzielam, zgadzam się w całej rozciągłości z tym o czym piszesz. Ja w ogóle nie spinam się blogiem. Cieszę się jak ktoś czyta, bo daje mi to satysfakcję, że nie piszę pamiętnika na kłódkę. Lubię jak ktoś pośmieje się czy moich tekstach lub skłonię go nimi do refleksji. Ale nie mam planu marketingowego, nie piszę wszędzie, nie wyskakuję z lodówki. Owszem udostępniam swoje posty w różnych społecznościach na g+ i na fejsbuku, ale zwyczajnie nie mam ochoty nachalnie wyłaniac się z każdego kąta. Nie będę udawać że podoba mi się czyjś tekst, tylko po to żeby polubił mój. Czytam to co lubię i komentuję to co wydaje mi się warte skomentowania. Nie mam tez czasu na czytanie wszystkiego. Życie jednak wypełnia mi większą część dnia. Blog to dla mnie miejsce rozładowania napięcia lub podzielenia się moimi stanami.
    Nie wiem czy to dobrze, czy niedobrze, że nie stosujesz nachalnej reklamy, być może przekreślasz tym swój sukces, ale z pewnością nie tracisz tożsamości 😉
    Pozdrawiam

  • Ten komentarz został usunięty przez autora.

  • Ten komentarz został usunięty przez autora.

  • Wiesz, że mam tak samo. Na początku jarały mnie cyferki, sprawdzałam statystyki…ostatnio chyba się trochę wypaliłam i serio już mnie to tak nie kręci. Oczywiście cieszy mnie każdy komentarz. Każda osoba, która do mnie zagląda ale jak Sabina napisała patrząc jak niektórym sodówka uderzyła- mówię to nie dla mnie

  • Miałam już kłaść się spać, ale muszę zabrać głos. Znowu przyznaję Ci rację, co może być dla nas wszystkich tu nudne:-) Obserwuję blogi, które mają tysiące fanów, miliony wejść. Wiele z nich to wartościowe blogi czy szerzej osoby publiczne, od których się dużo dowiaduję. Ale jeśli ktoś zwyczajnie "jest fajny", robi dzióbki, pisze teksty, do pisania których niepotrzebna jest żadna wiedza (!), a własne wybujałe ego itp., to zwykle nie chce mi się tam zaglądać, bo się zwyczajnie nudzę. Rozrywka rozrywką, nie można być cały czas na imprezie.
    Z moich skromnych jak na blogowe standardy statystyk bardzo się cieszę. Ale nie myślę pokazać się topless (tzn. odsłaniać braku szarych komórek w przyzwoitej ilości), żeby mieć więcej lajków. Kiedyś myślałam, że robię coś źle, że nie mam 5 tys fanów na fb czy po kilka tysięcy wejść dziennie na bloga. Teraz wydaje mi się, że słusznie podążam swoją drogą. Nie będę się wygłupiać, skoro mam czytelników, którzy mnie widzą na co dzień, i wiedzą, że taka nie jestem:-)
    Co do Ciebie Kasiu, i innych pisarek, które nie wyskakują z lodówki: ja z największą przyjemnością oglądam, jak dzielicie się swoją pasja pisania.
    p.S. Ostatnio jedna osoba napisała mi w mailu, że szukała wartościowego bloga o książkach. Wybrała mój. Dla mnie cenne jest też to, że poleca mnie "Cała Polska czyta dzieciom", dzięki czemu czasem dostaje różne propozycje współpracy.

  • Witaj w założonym przez Sabinę klubie Blogerek Nie-Spinaczek:)
    Na początku to chyba normalne, że każdy jara się cyferkami, gdy blog powstaje, gdy się kształtuje dopiero, to wszystko jest nowe i ekscytujące, a Ty odkrywasz, że czyta go nie tylko sąsiad i babcia;)
    Ale działanie tylko po to, żeby nabić statystyki to już całkiem inna bajka.

  • Piąteczka dla Ciebie! Najważniejsze to robić coś z pasji i w zgodzie ze sobą, a wszystko inne to dodatek.
    Co do spotkań blogerskich, to mam co do nich mieszane uczucia. Z jednej strony, lubię wszelkie imprezy i rozumiem to, że ktoś chce na takie spotkanie jechać, choćby po to, by spotkać znajomych z blogosfery, ale z drugiej strony z wielu tych spotkań robi się parodia, a po każdym wybucha jakaś większa lub mniejsza afera.
    No i doszłam do wniosku, że tego nie potrzebuję. Kiedyś żałowałam, że ze Szczytu wszędzie mam daleko i nie mogę w takich spotkaniach uczestniczyć, a teraz się z tego cieszę. Wolę spotkać się w małym gronie niż na oficjalnej imprezie z lansem, bansem i niesnaskami.

  • Marta, nie zauważyłam żebyś się spinała w jakiejkolwiek kwestii (no może tylko czystości w domu;p). W bywaniu nie ma nic złego, a jak masz możliwość na wykorzystanie blogerskich możliwości, to tylko dodatkowy plus i dlaczego miałabyś tego nie robić.
    Co innego, gdybyś robiła to tylko dla lansu, typu: nienawidzisz takich imprez, ale jedziesz żeby się pokazać. Za dobrze Cię jednak znam, żebym uwierzyła w taką wersję;)

  • Tak, też uważam, że najważniejsza jest pasja. Szkoda, gdy cyferki (czy to w statystykach, czy to na koncie) zaczynają pasję przesłaniać. Robi się wtedy z człowiekiem coś złego, zresztą już kiedyś o tym pisałam w osobnym wpisie, więc nie będę się powtarzać.
    Co do książek, oczywiście, że chciałabym zarabiać na nich jak najwięcej (kto by nie chciał zarabiać jak najwięcej na swojej pracy?), ale wiem, że tu też jest rozgraniczenie. Czasem pisanie z pasji, nie idzie w parze z pisaniem by zdobyć rynek. Można napisać bestseller, naprawdę można – pisząc dokładnie taką książki, jakie obecnie najbardziej są pożądane i najchętniej czytane. Wpisać się (dosłownie) w potrzeby rynku. Ale czy to nie czyni książki produktem takim samym, jak szminka albo płyn do naczyń?
    Dla mnie pisanie to przede wszystkim pasja, a w drugiej kolejności zawód i zarobek.

  • Trafiłaś w sedno z tym komentowaniem. Już jakiś czas temu zauważyłam na niektórych blogach tendencję "komentarz za komentarz", ale wydaje mi się, że to już tak głęboko zakorzeniona w blogosferze praktyka, że nie ma co jej poruszać i z nią walczyć.
    Jasne, że udostępniać na swoich tablicach można, a nawet trzeba – w końcu pisze się po to, żeby ludzie czytali, a żeby przeczytali, to muszą się o tekście dowiedzieć. Ale – jak słusznie zauważyłaś – jest różnica między informowaniem i udostępnianiem, a nachalną promocją z każdej strony.
    Co do planu marketingowego, to kiedyś przeraziło mnie, gdy dowiedziałam się, że niektórzy blogerzy takowe posiadają;) Tzn. nie mam nic przeciwko temu, że ktoś chce zarabiać na blogu i traktuje go jak biznes do rozkręcenia. Jeśli umie, pasuje mu to i to jego droga, to ok. Ale dla mnie byłoby to sztuczne, a sztuczna być nie potrafię.

  • Spokojnie, może jeszcze kiedyś uda nam się nie zgodzić, ku uciesze czytających;)
    Fajnie, jeśli popularny blog pozostaje prawdziwy, a jego autor nie zblazowany. Zdarza się, ale niestety bywa i w drugą stronę. Łatwo się zatracić, a w wirtualnej rzeczywistości jest to chyba jeszcze łatwiejsze. Warto pamiętać o swoich priorytetach i założeniach. Jeśli ktoś zakłada sobie promocje za wszelką cenę, to spoko, nie mam nic przeciwko temu, żeby się promował, gdzie i jak się da. To jego ścieżka. Mnie ona nie musi się podobać.
    A takie maile od czytelników bardzo cieszą, zgadza się. Dla mnie to chyba najmilszy aspekt blogowania i pisania – gdy dowiaduje się, że swoim tekstem albo książką poruszyłam kogoś, zmieniłam jego świat (choćby na chwilę), to takie wręcz intymne przeżycie.

  • Przez pierwsze trzy miesiące sprawdzałam ilość odsłon blogu codziennie. Od tygodnia przestałam. Jakoś tak mi się nie chce. Wcale mnie to nie interesuje za specjalnie. Od samego początku, wchodzić w GA raz na 2-3 tygodnie, bo nie czułam potrzeby więcej. Inna sprawa, że kompletnie nie potrafię tego obsługiwać i wiele rzeczy to dla mnie ciemna masa.
    Cieszy mnie każde polubienie, komentarz, udostępnienie, bo to znak, że ktoś docenia moją pracę, starania.
    A współprace? Kompletnie mnie to nie interesuje, bo nie po to ten blog mam.
    Wrzucam linki do postów w grupach dla blogerów, z tym że, umówmy się. Tam każdy je wrzuca i liczy na zasięgi a nikt tych postów raczej nie czyta, jeśli już to rzadko kiedy.
    Wystarczy poluzować poślady, robić to, co się lubi i będzie się miało więcej satysfakcji i radości niż przy niejednych liczbach na fejsie czy w statystykach blogu.

  • To prawda. całkowicie się zgadzam. 🙂

  • 🙂

  • Mnie też przerastają szczegółowe analizy i jakoś mi do szczęścia nie są potrzebne:)
    Dokładnie – największą nagrodą są komentarze, dyskusje, jakie się wywiązują i – tak jak wspomniałam – maile od czytelników. To dzięki nim czuje się, że to pisanie ma sens. Choć wiem też, że jest dużo osób, które czytają z ukrycia;) Nie zostawiają śladu, ale potem przypadkiem dowiaduję się, że dowiedziały się z mojego bloga tego, czy tamtego.
    Co do współpracy, to dla mnie fajna sprawa. Fajna dlatego, że podejmuje tylko takie, które mnie interesują, są tematycznie związane z moimi pasjami, a dzięki temu mam szansę zrobić coś ciekawego, rozwinąć się, poznać nowe obszary. Na przykład dzięki wspomnianej w tekście współpracy z Urzędem Marszałkowskim miałam okazję zobaczyć od kuchni jak kręci się film i wiele dowiedzieć się o tego typu produkcjach.

  • Wydaje mi się, że ludzie zaczynają się spinać kiedy w grę wchodzą pieniądze. Jeżeli ktoś prowadzi bloga z pasji, bo uwielbia to robić to raczej nie interesują go statystyki,odsłony i takie tam, przynajmniej tak mis się wydaje..:) Jeżeli natomiast liczymy na lukratywne współprace i zysk to sprawa ma się całkiem inaczej. Oczywiście są osoby, które swoją pasję przekuły w pracę i zarabiają na tym pieniądze. To bardzo dobrze, bo o to chodzi, żeby robić w życiu to co się kocha. Tacy ludzie jednak nie muszą się na siłę promować, zwiększać non stop swoją popularność, przyjmować byle jakie oferty od firm, byle tylko zarobić ile się da. Po prostu myślą innymi kategoriami a zysk i uznanie innych przychodzi samo naturalnie, bo są w tym co robią autentyczni.

  • Tu masz chyba rację, na pewno chodzi o kasę… Najlepsze jest to, że ja dopiero niedawno zczaiłam, że ludzie na blogach zarabiają pieniądze (no taaa wyobraźcie sobie,że są takie łosie na świecie, co nie wiedzą… choć może byłam wyjątkiem), co więcej nawet mnie to lekko zdziwiło, ale i wyjaśniło mi wiele rzeczy (np to zbieranie lajków na siłę wśród ludzi, którzy totalnie tematem bloga nie mogą być zainteresowani… Wiedziałam, że są reklamy, ale inne rzeczy..?). Ja zaczęłam pisać bloga po wyemigrowaniu za granicę, z nadzieją, że ktoś nań zajrzy i dzięki moim doświadczeniom uniknie kilku problemów, z którymi ja się musiałam borykać z niewiedzy i braku informacji… Blog jest też dla mnie miejscem do wygadania się, gdyż z powodu nieznajomości tutejszego języka nie mam do kogo pyska otworzyć, a lubię gadać… przeto piszę…. Nie ukrywam, że ja też chciałabym swojego bloga wypromować trochę, by ludzie zaglądali, komentowali, gdyż bez tego nie osiągnę całkowicie tego pierwszego celu, którym jest stworzenie miejsca pełnego ciekawych informacji na temat Belgii, bo tam dziś toczy się moje życie… Jednak zależy mi na czytelnikach zainteresowanych tematem, którzy by wnieśli coś nowego, coś zasugerowali, podzielili się swoimi doświadczeniami w tej materii, tudzież o coś zapytali, to bowiem zmusza mnie do szukania, pytania, a co za tym idzie, pozwala mi samej czegoś nowego się dowiedzieć i potem przekazać dalej w świat. Cieszę się więc z nowych odwiedzin i komentarzy. Dla mnie nie bez znaczenia jest też statystyka odnoście tego skąd ludzie najczęściej zaglądają, lubię obserwować jak zmienia się ilość wyświetleń z Polski/z Belgii zależnie od tematyki wiodącej postu. Przeto ja piszę bloga, bo lubię pisać, lubię opowiadać, dzielić się wrażeniami, chciałabym też, by na coś się przydały te moje wypociny, skoro już siedzę i marnuję czas przy kompie. Blog to też dobry sposób na poznanie ludzi – tego też nie wiedziałam przed rozpoczęciem pisania, ale potem dzięki blogowi poszerzyłam swoje grono znajomych na obczyźnie. Ale jeśli ktoś ma szanse na swoim pisaniu zarobić, to wcale mnie nie dziwi, że wpycha się na siłę wszędzie, czy go chcą, czy nie i liczy skrupulatnie odwiedziny i statystyki, bo to biznes…. Dla niektórych jednak – mam nadzieję – to ciągle po prostu hobby, forma spędzania wolnego czasu i poznawania ludzi 🙂

  • Dla mnie nie ma nic złego w zarabianiu na blogu. Tak, jak napisała Ania – to wielkie szczęście robić to, co się kocha i jeszcze na tym zarabiać. Chodzi tylko o podejście danej osoby do tematu. Ja cieszę się, gdy przy okazji prowadzenia bloga, trafi mi się ciekawa współpraca, ale nie jest to mój główny cel. Ważne, by nie dać się zwariować i zachować prawdziwość w tym, co się robi.
    A jest też tak, że nawet Ci, którzy nie zarabiają walczą na siłę o lajki i statystyki, bo dopiero wtedy, gdy uzbierają ich jak najwięcej, czują się dowartościowani. Tylko to jest taki zaklęty krąg, wciąż chcą więcej i więcej.

  • A ja się czuję dowartościowana tym, że ludzie u mnie komentują :). Gdyby nie było reakcji na moje teksty, to na pewno nadal pisałabym, ale z mniejszą chęcią. A tak i Matka na Szczycie do mnie wpadnie, i Antyradykalistka, tylko Matka Joanna od Bachorów jakoś mnie olewa (zdradzę Ci, że to nowa postać w moim opowiadaniu ;)).

  • Jasne, że tak. Tak jak napisałam – komentarze cieszą, bo gdyby nie reakcje czytelników, to równie dobrze mogłybyśmy sobie w pamiętniczkach pisać:) Ale nie chodzi Ci o to, żeby mieć tysiące lajków i miliony odsłon za wszelką cenę (nawet za cenę ich zakupu;p), a takie przypadki miałam na myśli.
    Na nową część opowiadania czekam przebierając palcami i tupiąc nóżkami, więc proszę mi ją jak najszybciej wrzucać!:)

  • :-):-) dyskutujmy, dyskutujmy, a nuż się uda:-) Właśnie takie małe, pojedyncze gesty są najcenniejsze:-)

  • 🙂