Może to wina lata, które działa rozleniwiająco. Może mojego charakteru. A może Szczytu, na którym wszystko jest inne. Ale, serio, nie chce mi się spinać.
W dzisiejszych czasach wszystko jest towarem. Książka, blog, zdjęcie. Zamykane są w statystyki, raporty sprzedaży, zasięgi. Liczby, liczby, liczby…
W liczbach ukryła się pasja, w liczbach ukryli się ludzie.

Przyznam, że przez jakiś czas od założenia bloga, sprawdzałam statystyki. Cieszyłam się z pierwszych okrągłych liczb. Teraz już tego nie robię. Nie mam pojęcia, ile mam dokładnie odsłon bloga, z jakich krajów do mnie zaglądacie, ani nawet po jakich wyszukiwanych frazach tu trafiliście.
Może, jak mnie najdzie ochota, to sobie znowu sprawdzę, może się nawet tym pochwalę, ale nie czuję potrzeby, by to na bieżąco monitorować. Czy to ważne?
Większość blogerów odpowie – oczywiście, że ważne!
A dlaczego? Bo to dobrze brzmi i wygląda? Bo inni blogerzy będą zazdrościć? A może dlatego, że oszałamiające statystyki są powodem, dla którego ważne firmy zaproponują lukratywne współprace?
Może tak, może nie.
Ja najlepszą propozycję współpracy otrzymałam, gdy mój blog był w powijakach. Istniał jakiś miesiąc i – co oczywiste – nie mogłam pochwalić się powalającą liczbą odsłon. O tej najlepszej współpracy możecie przeczytać TUTAJ, TUTAJ i TUTAJ.
Była to dla mnie wspaniała przygoda, którą pewnie na zawsze zapamiętam. Od tamtej pory moje statystyki wciąż rosły, a mimo to, nie otrzymałam już tak dobrej i ciekawej propozycji od żadnej innej firmy.

Trzeba się pokazać, trzeba zaistnieć – mówią. Tak, zgodzę się z tym, bo siedząc w mysiej dziurze (czy też na Szczycie) nie zdziałasz niczego. Ale nie za wszelką cenę, nie sztucznie.
W dzisiejszych czasach pokazać się, znaczy w dużej mierze – komentować, udostępniać, wrzucać linki… gdzie popadnie, a nuż ktoś udostępni i nabije nam dodatkowych odsłon. W tym nie ma nic złego, przybyło do mnie wiele czytelników, dzięki innym blogerkom i fp. Ale wszystko z umiarem. Bo nachalne promowanie siebie i swojego dzieła raczej zniechęca niż przyciąga.
Gdy ktoś wyskakuje mi z mikrofali i lodówki, to naprawdę nie chcę go już oglądać. Jest tak dla mnie na przykład z pewnymi pisarzami, których książek nie czytałam i nie przeczytam. Podobno są bardzo dobre, ale już na wstępie zostałam nimi zmęczona, bo zalały mnie z każdej strony, wręcz zaatakowały. A ja jestem przekorna – gdy wszyscy mnie zachęcają (a czasem mam wrażenie, że wręcz zmuszają), to mówię: nie.

Wiem, że promocja jest ważna. A jest ważna dlatego, że w dzisiejszych czasach wszystkiego jest za dużo. Bez promocji każde dzieło – książka, blog i inne – ginie w odmętach nadprodukcji.
Pewna pisarka bardzo dobrze wyszła na agresywnej promocji swych książek. Osiągnęła oszałamiające wyniki sprzedaży, jest na…  – no, nie, nie powiem, że na szczycie, bo Szczyt jest mój;) – na topie.
Warto? Warto!
Ale… mnie się nie chce spinać. To pewnie zła moja cecha, bo w dzisiejszych czasach o wszystko trzeba walczyć, a ja robię tylko to, co lubię i na co mam ochotę. Czasem gdzieś się pokażę, czasem po-promuję, ale nic na siłę. Jak mi się nie chcę, to zaszywam się na Szczycie i czekam na przypływ sił.
Mówię Wam o moich powieściach,bo to dla mnie ważne, a poza tym – tak – chcę, byście się o nich dowiedzieli (gdybym nie mówiła, to ile osób wypatrzyłoby je gdzieś na dolnej półce w księgarni?).
Jak już powiedziałam – promocja jest ważna, ważna w swoim informacyjnym zakresie. Robię dla niej tyle, na ile to jest dla mnie prawdziwe, na ile to czuję. Na ile wypływa to z mojej pasji. Wierzę w marketing i jego moc, ale jednocześnie nie potrafię działać sztucznie, działać wymuszenie. Spinać się nie będę.

Jest mi niezwykle miło, że ze mną jesteście. Bardzo cenię każdy komentarz, każdą Waszą opinię i nawet każdy lajk, który jest wyrazem Waszej sympatii. Niesamowitą nagrodą są dla mnie maile od czytelników moich powieści, w których znajduję wiele ciepłych słów. Cieszy mnie każda książka, którą przygarniacie do siebie i czynicie częścią swego świata, pozwalając jednocześnie, by mój świat zawitał do Was.
Ale nie będę wyskakiwać Wam z lodówki, machać z bilbordów, straszyć z każdego fp, rozdawać kawy na dworcu i reklamować bloga z głośnika przypiętego na dachu Szczytowozu (bo, Szczytowóz, jak wiecie, jest kontuzjowany;p).
Nie chce mi się spinać
. Bo niby po co?

A jakie jest Wasze zdanie? Myślicie podobnie, czy może oburzyło Was podejście Matki na Szczycie?:) Podzielcie się swoimi opiniami!