– zapytano mnie, gdy szłam sobie Krupówkami. No to opowiadam:)
Spodnie kupiłam w sh (jak większość moich ciuchów) za kilka złotych. Ostatnio miałam je wrzucić do wora z ubraniami do wydania, bo mi się znudziły. I nawet już w worze wylądowały, ale coś sprawiło, że je stamtąd wyciągnęłam i zyskały całkiem nowe życie.


A wszystko to stało się za sprawą dziewczyn z bloga Modnie pod Giewontem, które pokazały u siebie, jak za pomocą decoupage ozdabiać buty i ubrania (TUTAJ).
Efekt ich działań mnie oczarował i postanowiłam także spróbować. Poczytałam trochę o decoupage, poszperałam w necie i – wydawało mi się – już wszystko wiedziałam.
Ta metoda zdobienia wydała mi się totalną rewelacją. Z artykułów, blogów i doniesień, na które natrafiłam, wynikało, że decoupage można robić praktycznie na wszystkim. Miałam już przed oczami całą swoją przyszłość w tej dziedzinie, niczym Wyspiański swój „teatr ogromny”:) Widziałam oczyma wyobraźni ozdobione przeze mnie buty, torebki, deseczki, pudełka, ramki i ubrania;) Zachwyciła mnie też ilość wzorów chusteczek dostępnych na Allegro, a co jeszcze ważniejsze dla mnie – mnóstwo z nich miało ludowe motywy. 


Zrobiłam wielkie zaopatrzenie i przystąpiłam do działania. I tu spotkało mnie rozczarowanie, które właściwie powinnam była przewidzieć. Bo decoupage to zajęcie dla osób precyzyjnych i cierpliwych. Tych cech zdecydowanie mi brakuje, więc po pierwszych dniach wiedziałam już, że świetlanej wspólnej przyszłości nie będzie;)

Próbowałam najpierw na deseczkach, co jest chyba najprostsze. Kilka razy zapomniałam rozdzielić warstwy serwetki. Innym razem za mocno przycisnęłam pędzlem rozrywając wzór. Przy jeszcze innym podejściu nakleiłam go całkiem krzywo. No, powiem Wam, że miałam ochotę rzucić to w cholerę!
Ale zawzięłam się, by doprowadzić sprawę do końca. Deseczki wyszły mi średnio, przede wszystkim dlatego, że nie mam cierpliwości do dokładnego wycinania wzorów i zdolności do ich komponowania. Zresztą, od początku bardziej kręciło mnie ozdabianie ciuchów i butów, więc deseczki szybko poszły w odstawkę. 


Z butami wyszło całkiem nieźle. Spróbowałam na takich, które już i tak były do wyrzucenia. Skóra była porysowana i zniszczona, więc zachlastałam je białą farbą i  ozdobiłam kogutami:)
Efekt – całkiem spoko;) Może rewelacji wielkiej nie ma, ale buty, które skazane były na wyrzucenie, przeszły metamorfozę i pewnie od czasu do czasu je ubiorę. 


No i wreszcie przechodzę do głównego wątku – decoupage na tkaninach.
Tu także było wiele nieudanych prób. Jedynie z jeansami wyszło;)
Teraz już wiem, że im jaśniejszy i sztywniejszy materiał, tym lepiej. Na cienkich bawełnianych bluzeczkach wzory nie chciały się dobrze rozprowadzać i kleić.
Raczej więcej czasu na decoupage marnować nie będę, bo to nie moja dziedzina, ale dla tych spodni warto było przeprowadzić całą akcję;) 


No, to po kolei – jak to zrobić.
Potrzebne jest niewiele – klej do decoupage na tkaninach, pędzel, chusteczka, z której wytniemy wzór, folia aluminiowa i oczywiście ciuch do ozdobienia. 


Z chusteczki bierzemy tylko górną warstwę ze wzorkiem, oddzielając pozostałe dwie (o czym ciągle zapominałam).
Pod ozdabianą warstwę materiału wkładamy folię aluminiową, by klej nie przesączył się na warstwy kolejne i nie posklejał nam całego ciuszka.
Gdy mamy już wycięty wzór i podłożoną folię, klejem smarujemy miejsce, gdzie ma być ozdoba. Nie trzeba się szczególnie starać, by zachować dokładne granice w tym smarowaniu. Szczególnie w przypadku bardzo jasnej tkaniny – po wyschnięciu kleju nie widać.
Na nasmarowaną klejem powierzchnię przyklejamy wzór i ostrożnie nakładamy na całość drugą warstwę kleju, delikatnie wygładzając pędzelkiem nierówności i wypychając spod serwetki bąbelki powietrza.
Czas schnięcia zapewne zależy od rodzaju używanego kleju – na moim było napisane, żeby odczekać 12 godzin.
Po tym czasie warto przeprasować całość przez szmatkę lub papier do pieczenia.
I gotowe.
Co jeszcze ważne – wzorków nie ma sensu umieszczać w miejscach, które cały czas są zginane, pocierane – np. na tylnych kieszeniach spodni, na których siadamy, bo nie wytrzymają presji;) 

 

 


Wątpię, czy zdobienie moich spodni będzie bardzo trwałe, ale nawet jeśli się okaże, że wytrzyma tylko kilka wyjść, to warto – w przypadku ciucha, który i tak był do wyrzucenia, a dzięki decoupage  stał się „nowy” i oryginalny.


Ale to wcale nie jedyna opowieść z zakresu DIY na Szczycie:) W następnym wpisie opowiem Wam więcej o moich rękodzielniczych i twórczych działaniach – i to takich, które wychodzą mi znacznie lepiej niż nieszczęsny decoupage;)
Będzie między innymi o tym, jak zafundować sobie takie folkowe buty.


Będzie też o torebce, bo Wam obiecałam.
Torebka oczywiście nie mojego autorstwa, bo żeby chociaż spróbować ją wykonać, musiałabym chyba zamontować sobie kroplówkę z relanium. Podobno tworzy się ją tygodniami, z ogromną dozą cierpliwości i precyzji. Tak mówił jej twórca, który – tak na marginesie – wczoraj rozkręcił nieziemską imprezę na Szczycie i jest przyczyną tego, że wszyscy dziś oczy zapałkami podpieramy;) Ale zabawa była pierwszorzędna!:)

  • Super! Bardzo mi się wszystko podoba 🙂 Cieszę się, że w jakiś sposób Cię zainspirowałyśmy :))Na blogu miał również pojawić się wpis, ale wróciwszy dziś rano z pracy o godzinie 6.20 postanowiłam przełożyć publikację na poniedziałek lub wtorek 😉

  • Spodnie super, buty też. Podziwiam, bo ja jestem kompletnie bez cierpliwości, więc się nawet za takie rzeczy nie zabieram.

  • Z pracy o takiej godzinie?! To faktycznie wyśpij się i wypocznij, wpisy poczekają, a wręcz – będą bardziej wyczekiwane:)

  • Ja też nie mam cierpliwości, ale jestem zawzięta, więc jak coś sobie do głowy wbiję, to muszę spróbować;)

  • Gdybym ja się za to wzięła, to spodnie nadawałyby się jedynie do wyrzucenia :).

    Ta torebka śni mi się po nocach normalnie…

  • U mnie straty były spore – dwie bluzki i sukienka, na których nie udały mi się wzorki;) Jedynie na spodniach wyszło:) Na szczęście, przytomnie do prób wybrałam rzeczy, na których mi już i tak nie zależało:)

    Co do torebki, to właśnie wczoraj zamówiłam w odcieniu nude, a za kilka dni wybieramy się odwiedzić pracownię tego pana i aż się boję, co tam jeszcze wypatrzę;)

  • Przyznam, że nawet nie wiedziałam, że można serwetki przyklejać do tkanin. Kiedyś robiłyśmy z córką kolczyki, pudełka, ale koniecznie muszę wypróbować na tkaninach. Napisz później, jak po praniu zachował się wzór. 🙂

  • A że tak nieśmiało zapytam- jaki to kolor, ten odcień nude :)? Pojęcia bladego nie mam :).

  • Nie wiedziałam, że z ubraniami można zrobić taki cuda 🙂 Podoba mi się to…ale ja nie mam cierpliwości żeby się tym zająć 🙂 Nacieszę chociaż oko u Ciebie

  • To taki bardzo jaśniutki beż, cielisty, coś w tym stylu;)

  • Ja w ogóle jeszcze do niedawna nie wiedziałam, o co w tym całym decoupage biega;)
    Dziewczyny z Modnie pod Giewontem piszą, że nawet farbowały bluzkę tak ozdobioną i też się nic nie stało, ale ja obawiam się, że u mnie jednak w końcu wzorki się zniszczą. Pewnie jest różnica w klejach, jakich się używa – ja wybrałam najtańszy, bo nie było sensu inwestować od razu w wypasione produkty, jeśli chciałam tylko spróbować;)

  • Ja też więcej raczej się zajmować nie będę, chyba że mnie coś niespodziewanie najdzie, bo serwetek mi mnóstwo zostało;)
    Ale przynajmniej już wiem z czym to się je i mogłam sobie opinię na ten temat wyrobić;)

  • Fantastyczne spodnie!!! A te buty z czerwonymi kokardkami…..cuda 🙂 Dobrze, że jednak nie wyrzuciłas tych spodni!!Co do roboty z tym całym decoupage…ja się do tego nie nadaję 🙁 Nie mam ani zdolności manualnych ani cierpliwości 😉

  • A mnie ciekawi, jaką farbą malowałaś buty? Jakąś specjalną?
    Ja nie mam żadnych zdolności manualnych:-( Nawet pismo ręczne mam paskudne i uczę się go na nowo, o czym kiedyś napiszę:-)

  • Haha, dzięki, ale ja też właśnie ani cierpliwości, ani zdolności manualnych wielkich nie mam. Jedynie czasem, jak mnie coś zafascynuje, to się spinam w sobie i staram;)

  • Zwykłą, akrylową. Pewnie z czasem popęka, ale to i tak buty do wyrzucenia były i chciałam bardziej sobie na nich poćwiczyć. Na przyszłość, gdybym miała jeszcze jakieś buty tego typu robić, to myślę, że dobrym rozwiązaniem byłaby farba w sprayu. Kiedyś sprayowałam wszystko, co się dało. Fajne meble zrobiłam ze starych taką metodą;)

  • P.S. Z butów z kokardkami jestem bardzo zadowolona, a robi się je banalnie akurat. Opiszę w następnym wpisie;)

  • super 🙂 może odratuje jakies stare pantofle!!

  • Zawsze warto próbować:)

  • Bardzo mi się Twoje spodnie podobają Kasiu i przebrnęłam przez całą Twoją instrukcję, ale ona tylko mnie utwierdziła w przekonaniu, że tonie jest hobby dla mnie. Mnie na pewno nie starczyłoby cierpliwości…:)

  • Asia, jak to – to nie dla Ciebie??? Ty takie obrazy robisz, że głowa mała, a spodni nie przerobiłabyś? Co innego ja:-) Ja to klasyczny przykład człowieka, którego zdolności manualne ograniczają się do prowadzenia samochodu:-) Co zresztą lubię.

  • Może i ja spróbuję:-) Ja znowu kiedyś dużo rzeczy farbowałam na czarno:-) Wyprawiałyśmy z siostrami trochę:-) Taka zwykła farba w sprayu?

  • E… tam, obrazy to coinnego 😛
    Prowadzenie samochodu to bardzo ważna zdolność, w takim Paryżu na przykład to nie wystarczą sprawności manualne albo u Sabiny w Genui… mój Boże, jak ja tam kiedyś na rondo wjechałam, to przez dziesięć minut zjechać nie mogłam 😛

  • Ha, ha, mnie wielkomiejskie problemy omijają, ale powiem Wam, że u nas do jeżdżenia to nie tyle zdolności potrzeba, co odwagi i zimnej krwi, szczególnie zimą, gdy mamy oblodzoną drogę i przepaść z jednej strony;)

  • Cóż, Rzeszów, gdzie pracuję, ma tę zaletę, że prawie znam go na pamięć:-) No i nie ma u nas tramwajów, do Krakowa już nie odważyłabym się wjechać właśnie ze względu na tramwaje;-) A Paryżu to podróżowałabym metrem, jak na turystkę przystało:-) Genui też się boję. Ciekawie też jeździ się w takiej np. Hurghadzie w Egipcie, drogi szerokie, jednokierunkowe, samochody pędzą przez progi zwalniające (raz uderzyłam głową w dach taksówki, tak facet jechał), ale jak te drogi się kończą i jest np. centrum miasta albo targowisko, to ciągłe trąbienia, machanie rękami itp.

  • A ja się zastanawiam skąd się bierze u miastowych ogłupienie na rondzie? Przecież kto, jak kto, ale ludzie z miast jazdę po rondzie powinni mieć opanowaną. Tymczasem to, co oni czasem wyprawiają na naszym bukowiańskim malutkim rondzie pokazuje coś całkiem przeciwnego;)

  • Maluch w domu

    Naprawdę świetnie to wygląda.