This is my time to shine 
I’ve got the scars to prove it
„The Pride”, FFDP
 

Mam trochę opory w pisaniu, że jestem szczęśliwa. Bo w społeczeństwie jakoś nie bardzo wypada być szczęśliwym. Mówienie o własnym szczęściu jest postrzegane, jako coś w złym tonie. Co innego narzekanie na wszystko dookoła, to jak najbardziej wolno robić…
Nie dość, że u niektórych jednostek szczęście innych powoduje ból różnych części ciała, to dodatkowo, taka deklaracja o radości z życia, budzi podejrzenia lub fałszywe opinie. A poza tym, czy ktokolwiek ma prawo być szczęśliwy, gdy tyle nieszczęścia dookoła? 

Jednak ja nie zawsze byłam szczęśliwa. Większość życia było u mnie wręcz odwrotnie. Nie lubię wspominać dzieciństwa i wczesnej młodości. Te czasy były smutne nie dlatego, że ktoś to sprawił. To ja sama, czyniłam siebie smutną. Żyłam w dziwnej klatce, którą sama sobie zbudowałam, szamocząc się nie wiadomo z czym. Zamknięta w swoich zranieniach, osamotniona, niedostosowana do świata. 
Byłam bojaźliwym i zamkniętym w sobie dzieckiem, nastolatką zmagającą się z chorobą, która zabrała mi fragment życia, zagubioną młodą kobietą popełniającą mnóstwo błędów.
Bardzo długo poszukiwałam swojej drogi, wiecznie czując się nie ma miejscu, zanurzona w smutnej pustce. Któregoś dnia moje działania doprowadziły mnie na skraj przepaści (w przenośni oczywiście), z którego zostałam cudownie uratowana. I wtedy moje życie tak naprawdę się zaczęło.
Jednak i wtedy nadal wszystko było skomplikowane – walka o miłość życia, potem walka o upragnione dziecko, którego omal nie straciłam… 

Dlaczego Wam to wszystko piszę? 

  

Bo oto stoję tu teraz – szczęśliwa jak cholera, na swoim własnym szczycie wśród spełnionych marzeń.
Kochająca żona i mama, spełniona pisarka, zadowolona z życia, w pełni akceptująca samą siebie kobieta. Uwielbiająca swoje życie.
Kiedy patrzę wstecz, mam wrażenie, że cała moja smutna przeszłość nigdy nie istniała. Jestem daleko o lata świetlne od osoby, którą wtedy byłam. 

Piszę Wam to dlatego, żeby pokazać, jak zawiłe i nieprzewidywane mogą być ścieżki życia. Jak wiele kłód może nam być rzucanych pod nogi. Ale nigdy nie można rezygnować z walki o marzenia, nigdy nie wolno tracić sił i nadziei. 

 

Piszę Wam to dlatego, byście nie oceniali po pozorach, bo los wykonuje zadziwiające salta. Ludzie często widzą tylko efekt, a nie widzą drogi, która do niego doprowadziła. 
Ten, kto się stoczył, niekoniecznie zasłużył na poniżające oceny z naszej strony. Ten, kto wiele osiągnął, niekoniecznie jest obłudnym karierowiczem, lub niekoniecznie spadło mu to z nieba. Ktoś, kto był na dnie, może później być na szczycie. I na odwrót. Ja długo czekałam na swoje szczęście. 

 

Oczywiście, i teraz u mnie pojawiają się mniejsze i większe problemy, bo nie da się ich uniknąć. Szczęśliwe życie wcale nie polega na jego bezproblemowości. Kłopoty zawsze będą, ale to, jak sobie z nimi poradzimy zależy już od nas samych. 
Możliwe, że przyszłość znów przyniesie smutek, bo nigdy nie wiemy, co może nam się przydarzyć. Wszystko jest tak niewiarygodnie kruche. Ale jestem tu i teraz. Nie wczoraj, nie jutro. TERAZ. This is my time to shine
I ufam. Tak bardzo ufam! Bo „będzie, co ma być, a to co będzie, będzie dobre” * 

 

Żeby wiele zyskać, trzeba wiele ryzykować. Po drodze można się nieźle poobijać, ale wszystko – każde doświadczenie, dobre czy złe – w jakiś sposób nas kształtuje
Jak we fragmencie piosenki, który zamieściłam na początku – mam „blizny” dowodzące tego, że moja droga nie była usłana różami, ale ostatecznie doszłam do upragnionego miejsca.
Życie jest albumem, a nasze przeżycia naklejkami, które do niego wklejamy. Nie oglądam starych stron, tych z brzydkimi naklejkami, choć wiem, że tam są. Teraz mam same piękne naklejki i tego i Wam życzę!:)

p.s. A dokładnie za tydzień będę jeszcze szczęśliwsza, trzymając w rękach moją kolejną powieść, z której w tym wpisie przytoczyłam Wam moje ulubione zdanie (*) 🙂
Przy tej okazji przypominam Wam, że jeszcze do najbliższej soboty trwa konkurs, w którym możecie ją zdobyć – szczegóły TUTAJ.