Nieprzewidywalność może być bardzo pozytywna. Gdy życie zaskakuje nas na plus, gdy spotykają nas miłe niespodzianki. Uwielbiam ten rodzaj nieprzewidywalności i nie umiałabym bez niego żyć. 
Ale jest i druga strona medalu, ciemna strona, która przeraża

I tej mrocznej strony nieprzewidywalności się boję. Nie umiem jej ogarnąć. 
Dramatyczne sytuacje, których się nie spodziewamy, tragiczne wydarzenia, którym nie jesteśmy w stanie zapobiec.
Co jakiś czas docierają do nas medialne doniesienia – dziecko zabite na pasach przez pijanego kierowcę; mężczyzna potrącony na parkingu przez panią, której podobno gaz pomylił się z hamulcem; rodzina zabita w wybuchu gazu, itd.
Przeraża mnie wrażenie stojącego za tym wszystkim chaosu, zdawałoby się – ślepy, okrutny los. Głęboko wierzę, że we wszystkim jest boży plan, lecz w chwilach, gdy ludzkie życie jest kończone przez czyjąś głupotę, nieodpowiedzialność lub całkowicie niezależny od nikogo wypadek, naprawdę trudno o istnieniu bożego planu pamiętać. 
 
Nagłe nieszczęście może spotkać każdego, wszędzie, w każdym momencie – podczas zakupów, odprowadzania dziecka do szkoły, w drodze do pracy, w domu… I nie można w żaden sposób zabezpieczyć się przed takimi sytuacjami. Słyszeliśmy już w ostatnich latach o samolotach znienacka spadających na budynki mieszkalne czy tirach wjeżdżających w dom pełen śpiących domowników. Choćbyśmy nie wiem jak uważali, choćbyśmy na każdym kroku zachowywali maksymalną ostrożność, nigdy nie wiemy, jaki los mogą zgotować nam inni.
A nawet, gdybyśmy byli w stanie uczulić wszystkich, uświadomić wszystkich i wszystkich zmienić, by – niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki – zaczęli zachowywać się odpowiedzialnie i rozsądnie, to zawsze pozostają jeszcze wypadki losowe, na które nikt nie ma wpływu. Wadliwa instalacja, felerny mechanizm, grom z jasnego nieba, nagła nawałnica…
 
Nawałnicy, jaka przeszła w sierpniu 2013 nad częścią Podhala także nikt się nie spodziewał, lecz jej wspomnienie ciągle jest tu żywe. Dzień  to był piękny, jasny, upalny. Ogrody pyszniły się feerią barw kwiatów w pełnym rozkwicie. Przed domami królowały parasole ogrodowe, dmuchane baseny, leżaki. Po kilkunastu minutach od momentu nadejścia nawałnicy nie zostało z tego nic, oprócz potrzaskanych śmieci. Była pełnia lata, a w jednej chwili przyszła zima – bez kwiatów, bez liści na drzewach, z pobielonym gradowymi kulami krajobrazem. Zerwane dachy, rozbite samochody, zabite zwierzęta gospodarskie.
Ludzie wciąż boją się tu, że co stało się raz, może się powtórzyć i pierwsze wiosenne burze nam o tym przypominają.
Nie znamy dnia ani godziny. Nie uświadamiamy sobie swej kruchości. Kruchości naszych najbliższych, kruchości misternie budowanych własnych światów, pełnych kochanych osób, ale też i drogocennych dla nas sprzętów i przedmiotów.
Utracenie absolutnie wszystkiego daje niesamowite poczucie wolności” – mówi bohaterka „Jesieni w Brukseli” – i odwrotnie – im więcej mamy, tym więcej się boimy, że możemy to stracić. Im nasze życie jest pełniejsze, piękniejsze, im więcej w nim ważnych ludzi, tym więcej los może nam nagle odebrać.
Jedna chwila, jedna sytuacja, może pozbawić nas części z tego lub absolutnie wszystkiego. 
 
Jeśli z tej historii wynika jakiś morał, to jedynie taki, że czasem warto to sobie uświadomić. Nie po to, by żyć w strachu. Nie po to, by czuć się maleńką łódeczką na mogącym się w każdej chwili wzburzyć morzu. Jedynie po to, by bardziej kochać i bardziej dbać. Bo, koniec końców, czy nieprzewidywalność jest naprawdę tak nieprzewidywalna? Wszyscy przecież wiemy, że nasz czas na tym świecie ma swój kres. Życie, to nie taryfa w Play, by było „bez limitów”.
 
Jest ktoś, kto pamięta drogę do waszych drzwi:
Możecie wymknąć się Życiu, lecz nie Śmierci.
                                                         T.S. Eliot
 
 
  • Mieszkam w Genui niecałe cztery lata, a już dwa razy byłam świadkiem przerażającej powodzi. Na szczęście byłam wtedy w domu, ale często zadaję sobie pytanie- co będzie, gdy powódź spotka nas bezpośrednio? Boję się tego po prostu, zwłaszcza że z wodą człowiek wielkich szans nie ma. A władze tutaj wydają się nie przejmować tym, że trzeci raz może nadejść, choć każda powódź przynosi milionowe straty. Nie chodzi o to, żeby żyć w strachu, ale tak, jak piszesz- pewne sprawy trzeba sobie uświadamiać.

  • Nie spotkały mnie jeszcze aż tak straszne rzeczy. Jednak to co się dzieje na świecie jest przerażające i potęguje mój strach o najbliższych. Tak trochę z innej beczki. Gdybym miała opuszczać moje mieszkanie w razie "w" to zabierałabym laptopa…nie wyobrażam sobie braku łączności ze światem 😉
    Tekst super!

  • Powódź to chyba jedyne, co nam na Szczycie nie grozi, chyba że byłby to potop na miarę tego biblijnego:)
    Ale rozumiem Cię doskonale. U nas większych kataklizmów nigdy nie było, a po tym gradobiciu już się każdy wszystkiego spodziewa. W jednej naszej wiosce ponad 70 dachów było zniszczonych, nie mówiąc już o sprzętach.
    Z powodzią jest jeszcze taka kwestia, że gdyby władze były myślące, to jako tako można jej zapobiegać (budując wały, zbiorniki retencyjne, itd.).
    Tyle tego jest wszystkiego – kataklizmów, nagłych nieszczęść, że człowiek aż czasami się boi, gdy jest za dobrze, bo wydaje się to jakieś nienormalne;)

  • Haha, dla mnie laptop to też bezapelacyjnie najważniejszy przedmiot:D

  • Niestety teraz jest tak, że zaskakują nas tylko negatywne informacje a i na nasze nieszczęście jest ich coraz więcej. Mam wrażenie, że nieprzewidywalność staje na równi z powiedzeniem "nie znasz dnia ani godziny" :/

  • Niestety, negatywnych informacji jest sporo, ale i cuda się dzieją. Dnia i godziny nie znamy, ale tak samo nie wiemy kiedy coś dobrego nas nieoczekiwanie spotka, więc zawsze można mieć nadzieję na te pozytywne zaskoczenia:)

  • Doskonale rozumiem o czym piszesz. Odpukać- na szczęście jeszcze nic strasznego nas nie spotkało, ale od jakiegoś czasu (odkąd pojawiła się Pola?) mam taką trudną świadomość kruchości życia. Często wyobrażam sobie takie dramatyczne sytuacje, aż mnie to prześladuje, zabija beztroskę.
    Nienawidzę niezaplanowanego. Wszystko planuję- domowe obowiązki, wyjazdy, zakupy, co zjem, jak spędzę dzień. Nienawidzę jak pociąg się spóźnia, bo mój plan już się zmienia. Drobne niespodziewane- jak niemożność zapłacenia w sklepie kartą, nieplanowane wydatki czy niezapowiedziani goście- denerwują mnie okropnie.

  • co wiosnę proszę Boga po nocach żeby oszczędził nam takich atrakcji; dziś w nocy też tak było – wybudził mnie łomot deszczu i wiatru, do samego rana budziłam się co chwilę i zastanawiałam czy nie narobi nam szkód. Tak samo jest w życiu, nie znasz dnia ani godziny i jedyne co pozostaje to modlić się po cichu żeby los nas oszczędził.

  • To chyba właśnie o to chodzi – gdy zostaje się matką, nagle świat staje się jednocześnie piękniejszy i dużo bardziej przerażający, bo dostrzega się miliony zagrożeń, o których wcześniej nie miało się pojęcia. Ja wolę o nich za dużo nie myśleć, ale fakt, gdzieś tam w każdej matce ten strach siedzi, pewnie już na zawsze.
    A ja nic nie planuję, nie potrafię, a nawet jak czasem coś mam zaplanowane, to i tak zawsze okazuje się, że sprawy potoczyły się inaczej;)

  • I to jest najlepszy sposób, przynajmniej ja tak uważam – modlitwa, ma niesamowitą ochronną moc, o czym wiele razy w życiu się przekonałam:)

  • U nas zdarzają się powodzie, ale na szczęście rzadko. Wszelkie inne nieszczęścia raczej nas nie nawiedzają, ale u Was to nieprzewidywalnie musi być na co dzień.

  • Haha, no tak, na Szczycie to można się wszystkiego spodziewać (szczególnie jeśli dodać do tego mój charakter;p), ale jedyne co nas raczej na pewno nie spotka to powódź;)

  • No tak, z powodziami macie spokój:-) Na Podkarpaciu zdarzają się często w północnej części województwa. Ale i u nas bywają, z tym, że do mnie akurat nie sięgają:-)

  • Najlepiej by wszystkie kataklizmy omijały nas z daleka, no ale niestety życie jest… nieprzewidywalne, co jest jednocześnie i jego wadą i zaletą, w zależności od tego, co nas spotyka:)

  • Niestety, ale mam ten sam problem. Strasznie często, pewnie nawet zbyt ciężko zastanawiam się nad tym, co by było gdyby i wyobrażam sobie różne straszne rzeczy. Nienawidzę latać samochodami, unikam windy, często, kiedy jadę samochodem, przychodzą mi dziwne rzeczy do głowy. Przeżyłam mini trzęsienie ziemi podczas pobytu na Majocie i alarm tsunami i wtedy to mi dopiero nie było do śmiechu. Oczywiście ten alarm był na wyrost, ale jednak ja już miałam czarne wizje przed oczami…Rzeczywistość i media niestety nie ułatwiają życia osobom ze zbyt wybujałą wuobraźnią…
    Mam nadzieję, że taka nawałnica i wszystkie inne nieszczęścia będą Was już omijać!

  • O widzisz, a ja myślałam, że jestem jedyna, co się windy boi:) Samolotami kiedyś uwielbiałam latać, a teraz chyba bym już nie wsiadła. W ogóle stałam się dużo bardziej bojaźliwa odkąd jestem matka i nazbyt świadoma wszelakich zagrożeń. Z jazdą samochodem to samo – zawsze gdzieś z tyłu głowy czai się świadomość, jak niewiele potrzeba do tragedii, jedna chwila, jeden nierozważny ruch… Najbardziej przeraża mnie to, że można jechać spokojnie i rozważnie, ale to niczego nie gwarantuje, bo zawsze może znaleźć się jakiś szaleniec na drodze, zawsze może nagle coś trzasnąć w silniku… Milion możliwości, ale pozostaje jedynie ufać, że nic złego się nie stanie.