Fejk (od angielskiego słowa „fake” – sztuczny, podrabiany) to słowo, które ostatnio jest powszechnie używane przez internautów na określenie czegoś udawanego
Są „fejkowe konta”, czyli profile zakładane na zmyślone nazwisko; „fejkowe wpisy”, czyli informacje wrzucane do sieci w celu siania fermentu; są „fejkowe fotki”, czyli coś, co w dawnych czasach było określane słowem „fotomontaż”.
Podobno ostatnio fejk szerzy się coraz zuchwalej. Do tego stopnia, że przypisuje się go już nie tylko rzeczom i zjawiskom, ale i osobom. W ostatnich dniach przeczytałam kilka tekstów na temat tego, że – w skrócie – ludzie w sieci udają kogoś, kim nie są.
 
Żadne mi odkrycie, nie tylko w sieci tak przecież jest. A może jednak? Albo może to tylko kolejny fejk?
Gdzie jest granica między rzeczywistością istniejącą realnie, a rzeczywistością kreowaną. I czy w ogóle ona istnieje? 
 
Ksiądz profesor Tischner w swej znakomitej „Historii filozofii po góralsku” pisze: „Co innego widzisz, a co innego jest”. Przeważnie widzimy to, co chcemy widzieć. Przepuszczamy zdarzenia przez własne filtry. To tak, jak w fotografii – wystarczy nakręcić na obiektyw inną nakładkę i zdjęcie się zmienia, zyskuje nowe kolory, jaśnieje lub ciemnieje (pisałam o tym TUTAJ). To samo czynimy filtrując rzeczywistość przez własny punkt widzenia.
 
A w drugą stronę? Czy dobieramy te „nakładki” do nas samych, przybierając różne barwy zależnie od okoliczności?
Czy tego chcemy, czy nie, kreujemy własną rzeczywistość. Tyle, że według mnie, nie ma w tym nic złego. Powinniśmy wręcz to robić. W końcu to od nas samych, w dużej mierze zależy, jak wygląda nasze życie.
To, czy rozpoczniemy dzień uśmiechem, miłym słowem skierowanym do sąsiada, uściskiem bliskiej osoby, czy też naburmuszeni będziemy tylko kląć pod nosem. Tak, nawet takie, zdawałoby się drobiazgi, są właśnie tą kreacją, kształtującą nasze życie bardziej, niż nam się wydaje.
To nie fejk.
 
Co w takim razie fejkiem jest? W internecie chyba, mimo wszystko, łatwiej to rozpoznać. Jest fejk oczywisty, jak na przykład zamieszczenie „zdjęcia z wakacji”, na których nigdy się nie było i fejk bardziej subtelny, jak staranne dobieranie publikowanych treści tak, by odbiorcy odnieśli złudne wrażenie o wspaniałości życia ich autora.
Jest też fejk… fejkowy. Czyli dopatrywanie się fejku tam, gdzie go nie ma.
I ten ostatnio, zauważyłam, staje się coraz bardziej popularny. „Życzliwi” próbują doszukać się luk w obrazie życia danej osoby, pragnąc jej na siłę udowodnić, że wcale nie jest tak fantastyczne, na jakie wygląda.
 
Co więc jest fejkiem, a co nim nie jest? Pora odpowiedzieć na pytanie z tytułu. Bo tak naprawdę fejk dotyczy każdego z nas.
Myjemy samochód, przed wyjazdem na rodzinną uroczystość, choć na co dzień nie bardzo dbamy o jego czystość. W święta wkładamy najlepsze ubrania, choć zazwyczaj chadzamy w rozciągniętym dresie. Sprzątamy przed domem, choć z tyłu, tam gdzie wzrok sąsiadów nie sięga, króluje wielki bałagan. Uśmiechamy się do nielubianej znajomej z pracy. Mówimy, że wszystko w porządku, gdy akurat zbiera nam się na płacz. Przykłady można by jeszcze długo wymieniać.
Powiecie, że to przecież normalne, że takie są zasady życia w społeczeństwie, że tak wypada. A może wszyscy jesteśmy w takim razie fejkowi?
 
*A jako ilustrację do tego tekstu wrzucam Wam absolutnie nie-fejkową wersję Matki na Szczycie. Bez retuszu, bez filtrów, nawet bez makijażu;) 
 
Matka na Szczycie bez makijażu
 
  • Trochę pewnie każdy jest fejkowy, jakieś maski na co dzień zakładamy. 🙂 Ale to już Gombrowicz próbował walczyć z Formą i niestety przegrał. 🙂 😉 My malutcy więc chyba musimy być trochę fejkowi. 😉

  • Myślę, że to zależy od interpretacji i tego, co kto jako fejk postrzega. Czy nie-fejkowa jestem, gdy siedzę w dresie na kanapie, a fejkowa, gdy maluję oczy, układam włos i w najlepszych ciuchach wychodzę do ludzi? Moim zdaniem i to, i to jest równie rzeczywiste, ale wiem, że nie wszyscy tak to postrzegają…

  • Odnośnie tego co piszemy- nie każdy chce się publicznie żalić ze wszystkiego. Opisuje dobre momenty itp. Przecież nie każdy musi wiedzieć co się u nas dzieje (złego)- podobnie jest w życiu. Gdy Ci się "powodzi" jest dużo dobrych dusz a zarazem znajdzie się ktoś, kto będzie szukał dziury w całym…gdy jest źle znajdzie się kilka dobrych dusz a rzesze tych, którzy będą kopać leżącego…a tego chyba nikt nie lubi. Z resztą jak się chcesz przyczepić to można w każdej sytuacji znaleźć jakiś detal 😉

  • Może i to trochę udawanie…może dozowanie informacji dla ludzi 😉

  • Ja także zgadzam się z takim poglądem, że wolę pisać o rzeczach radosnych niż smutnych. Jeśli dzieje się coś fajnego, chcę się tym podzielić, a o smutku wolę po prostu szybko zapomnieć. Nie sądzę też, żeby czytelników interesowały wpisy w stylu "ale boli mnie brzuch", "smutno mi od rana", "znowu mi smutno i znowu boli mnie brzuch"…;)

  • Czasem jak przeglądam zdjęcia zagranicznych blogerek na instagramie, widząc ich idealnie skomponowane śniadania, notki z dalekich podróży okraszonych przefiltrowanymi, pięknymi sefie to zastanawia mnie czy faktycznie mają takie bajeczne życie? Czy może którejś z nich zdarza się wstać lewą nogą z łóżka, włosy wtedy nie wyglądają tak perfekcyjnie i śniadanie wcale nie jest takie pyszne na jakie wygląda…Ale czy kogoś by to zainteresowało? Chyba nie.. każdy po ciuchutku zazdrości i wyobraża sobie jakby to było na jej miejscu 🙂

  • Jak zwykle chyba, sztuką jest znaleźć złoty środek. Pewnie zależy to od gustu, ale mnie nie podobają się blogi wyidealizowane, na których wszystko jest perfekcyjne i od linijki. Za bardzo perfekcyjne od razu wieje sztucznością. Ale tak samo nie interesowałby mnie blog, gdzie autorka jedynie wylewałaby swoje żale i przedstawiała życie do bólu realistycznie.
    Wiadomo, że pewna doza kreacji zawsze być musi, to wynika samo z siebie, bo jeśli np. chcę zrobić zdjęcie podłogi, by wrzucić je na bloga, to najpierw z tej podłogi zabiorę brudne skarpetki:) I nie znaczy to, że brudne skarpetki na mojej podłodze nigdy nie leżą, ani nie znaczy to, że pozuję przed światem na osobę, która nigdy skarpetek na podłogę nie rzuca. To tak samo, jak nie podaje się obiadu na brudnym talerzu, czy nie wychodzi na imprezę w poplamionym ubraniu, tak samo doba się o swój blog/fp itp.

  • Bez makijażu też ładnie:).

    Wszyscy udajemy, a już w dobie portali społecznościowych niektórym serio bije. Też czasami zakładam maskę, gdy tego wymaga okoliczność, niemniej staram się zawsze być sobą, ale czasem jest to trudne.

    Prywatnych zdjęć na fejsa ostatnio wrzucam mało, a jeśli to robię, to nic nie retuszuję:). Zresztą to, co się tam dzieje, trochę mnie przeraża:).

    A nowy wygląd bloga świetny:).

  • Myślę, że trzeba być zawsze sobą, ale też wiedzieć, co to określenie właściwie znaczy. Bo to "jestem sobą" także jest obecnie nadużywane. Mam wrażenie, że wielu uważa, że takie "jestem sobą" zwalnia właściwie ze wszystkiego. Każdy nietakt czy głupie zachowanie, takie osoby tłumaczą właśnie tym zwrotem.

  • To fakt, wiele osób tak uważa i tłumaczy się właśnie "byciem sobą" lub (w przypadku świadomego nietaktu) brutalną szczerością.

  • Tak to jest mieszkać na wsi. W ogóle tego słowa nie znam!!!! Ale gombrowiczowską gębę już tak:-) Mnie najbardziej drażnią nie udawane zdjęcia, z retuszem – taka już ludzka próżność – ale zdjęcia nagminne pączka przed zjedzeniem, palców u nogi w każdym zakątku świata itp. To jakiś obłęd. Nie rozumiem, jak ktoś może myśleć, że obchodzi mnie jego śniadanie…. Jeśli to pojedyncza historia – każdemu może się zdarzyć – to wybaczam. Ale jak to widzę co drugi dzień, nie rozumiem…
    Widzę, że wiosna u Ciebie i zmiany. Na plus:-)
    8 marca robiłam sesję zdjęciową (mocno fejkową;-) i mam nadzieję, że zmiany u mnie będą przed świętami;-)

  • Albo znów pokłóciłam się z mężem, chyba mnie już nie kocha itp 😉

  • Takie czasy. Kiedyś było się chamem, teraz jest się sobą:D

  • Oj, tak… To dla mnie w ogóle bardzo odstręczające. Rozumiem, że wiele osób zakłada blogi z potrzeby wygadania, wyrzucania z siebie emocji, itd., ale uważam, że są pewne sprawy, które zawsze powinny pozostać sprawami osobistymi.
    Ok, można coś kiedyś tam wspomnieć, jeśli to ma pomóc danej osobie, ale codzienne opisywanie z detalami problemów małżeńskich jest dla mnie czymś przerażającym.
    Nie pamiętam już, która to była blogerka, ale swego czasu, któraś ciągle żaliła się na męża, że tego nie pozwala, że to i tamto jej powiedział, że krzywo na nią spojrzał. Czytanie tego było dla mnie żenujące i szybko przestałam obserwować ten blog.

  • Jestem oczywiście ogromnie ciekawa tej sesji zdjęciowej i będę z niecierpliwością wyglądać zmian:)

    Jeśli chodzi o zdjęcia z retuszem, to przyznaję się otwarcie, że jednej poprawki dokonuję zawsze na swoich fotkach. Pewnie to nieładnie z mojej strony, ale nic nie poradzę, to taka moja obsesja. Nie robię tego, by oszukać świat, bo każdy kto mnie zna, wie jak wyglądam. Robię to, bo inaczej nie potrafię patrzeć na swoje zdjęcie i zamiast fajnej fotki widzę tylko ten jeden denerwujący detal;)

    Co do śniadań, obiadów i kolacji, to rzadko wrzucam takie fotki, zdarza mi się tylko, gdy akurat potrawa jest z jakiegoś względu wyjątkowa. Ale fakt – codzienne dodawanie zdjęcia owsianki czy jogurtu jest dość idiotyczne;)

    Mnie właściwie niewiele rzeczy denerwuje w innych blogach, fp, profilach, bo z reguły mało zwracam uwagę. Jeśli jakiś blog lubię, to znaczy, że mi się podoba, a jeśli mi się nie podoba, to nie lubię i z głowy;)

    Jedyne co mnie osobiście denerwuje, to wrzucanie w kółko zdjęć męczonych zwierzątek. Wiem, że Ci ludzie robią to w dobrej wierze, by nagłaśniać takie przykłady bestialstwa, ale wszystko ma swoje granice i temat wałkowany w kółko raczej męczy i odstręcza niż przyciąga. Do tego ja traktuję fb rozrywkowo, chcę w spokoju wypić przy nim kawę i przeczytać coś ciekawego, a tu co chwile wyskakuje mi pies bez głowy, czy kot z wydłubanymi oczami. Nie potrzebuję tego oglądać, dlatego osoby, które nagminnie wstawiały takie foty poblokowałam.

  • P.S. Źle napisałam – nie na każdym zdjęciu poprawiam, tylko na tych, na których ten szczegół widać;)

  • Moja koleżanka też mówiła, że ciągle widzi jakieś zwierzęta na fb i ją to strasznie drażni. Mnie to jakoś omija. Wiesz, jeszcze jest jedna kwestia: jeśli prowadzisz bloga, to jest to zrozumiałe, że musisz zainteresować czytelników, fanów. Tym bardziej, jeśli piszesz o jedzeniu. Ale są takie osoby prywatne, które po 10 razy na dzień aktualizują status, że je to, pije to, idzie tu, ogląda to i to, czuje się tak i tak. Ja sama czasem mam ochotę coś takiego dodać w ważnej chwili. Nic w tym złego. Ale przestaje mi się to podobać jak widzę 10 razy dziennie. Tu jest różnica.
    Dla mnie fb to także narzędzie pracy. Tutaj czasem znajduje się tematy, inspiracje do codziennej pracy;-) Tak to fb ułatwia życie dziennikarzom.
    Co do retuszu, póki co nie występujemy na okładkach i nie oszukujemy tysięcy ludzi, że wyglądamy na 18 lat;-) Zresztą jeśli czujesz się pewniej, bo coś ci przeszkadza, to po co się katować zdjęciami, które tę niedoskonałość uwidaczniają.
    A naleśniki super!

  • To chyba najważniejsze, by wszystko robić z umiarem. A czasem jest to trudne, sama łapię się na tym, że zdarza mi się z czymś przesadzać, za dużo napiszę, za dużo zdjęć wrzucę, ale ważna jest umiejętność zachowywania równowagi między mną a odbiorcami. Bo z jednej strony, często ludzie powtarzają "moja przestrzeń, więc robię, co mi się podoba", ale z drugiej strony – jeśli coś się wrzuca do neta to z założeniem, że kogoś to zainteresuje, więc nie ma sensu tak do końca "robić, co mi się podoba", trzeba też myśleć o odbiorcach:)

  • I tak fajna jesteś 😛 Czy w makijaży, czy bez 🙂
    A co do masek… To chyba norma, byle nie przesadzić. A o to nie trudno…

  • Dawno, dawno temu, zagłębiając się w blogowe poradniki i rzekome blogowe perełki, zwróciłam uwagę na nagminnie powtarzającą się złotą radę, brzmiącą mniej więcej tak: jeżeli chcesz odnieść blogowy sukces nie możesz pisać prawdy, musisz pisać to, co Twoi czytelnicy chcą przeczytać, nawet jeżeli jest to wbrew Twojej rzeczywistości, Twoim przekonaniom, wbrew prawdzie – wówczas na pewno zarobisz na blogu! Wtedy wiedziałam, że blogerem na pewno się nie nazwę 🙂
    Fejk zawsze był i zawsze będzie. Moim zdaniem najważniejsze jest to aby nie być fejkowym wobec samego siebie bo inni i tak zobaczą to co będą chcieli widzieć 🙂

  • Dzięki:)
    Dokładnie – wszystko z umiarem:)

  • Teraz to mnie mega zaskoczyłaś! Nigdy nie czytałam blogowego poradnika, ale do głowy by mi nie przyszło, że takie coś mogą wypisywać!
    Na pewno jest wiele blogów, które są sztuczne, ale wg mnie to bez sensu. Chyba, że faktycznie ktoś patrzy na blog tylko jak na maszynkę do zarabiania pieniędzy. Nie wiem, może i można tak, ale dla mnie osobiście to kłóci się z ideą bloga. Ja lubię pisać o tym, co czuję, co lubię, co przeżywam. Może milionów mi to nie przyniesie, ale tak samo jest z pisaniem książek – albo piszesz pod aktualne trendy i potrzeby rynku, licząc na dobrą sprzedaż książki, albo piszesz to, co chcesz i co ci się podoba, i cieszysz się, jeśli od czasu do czasu jeszcze uda się coś na tym zarobić;)

  • Ja wychodzę z założenia że nie piszę o smutkach, bo i tak nikt mi nie pomoże jak przeczyta. Czy to fejk? Hmm raczej selekcja faktów jakie upubliczniam;]

  • Myślę, że każdy dobiera tematy według własnych kryteriów i wydaje mi się, że dopóki robi to w zgodzie z samym sobą, to nigdy nie jest fejk. Fejk pojawia się, gdy ktoś zaczyna pisać sztucznie, np. pod publiczkę.