W Nowym Targu, jak sama nazwa wskazuje, jest targ. Jest on otwarty dwa razy w tygodniu. Jest to spore wydarzenie na skalę lokalną, a nawet międzynarodową, bo za każdym razem zjeżdżają na niego tłumy Słowaków.
Na targowicy, na licznych straganach, można kupić niemal wszystko – od świni, przez ubrania, dywany i fotele, po części do samochodu i oscypki. Mydło i powidło.
 
W ubiegłą sobotę również Rodzina na Szczycie robiła zakupy na nowotarskim jarmarku (jak się u nas targ nazywa). Ogólnie – polecam, fajne rzeczy można nabyć, ale dziś nie o fajnych rzeczach będzie.
 
Wśród innych zakupów, nabyliśmy także takie niewielkie autko. Syn na Szczycie zobaczył, a jak zobaczył to i chciał. Niedrogie, piętnaście złotych, więc dostał. Nie mógł się doczekać przyjazdu do domu, by swoje nowe autko przetestować. Zaraz po powrocie się do tego zabrał.
 
Autko, co się rzadko zdarza, miało już włożone baterie (dwa standardowe „paluszki”). Syn na Szczycie autko włączył. Jeździło, świeciło, wydawało straszny hałas. Czyli wszystko w normie.
 
Gdy skończył zabawę, autko zostało wyłączone i odłożone na kanapę. Po jakimś czasie czuję, że coś strasznie śmierdzi spalenizną. Chodzę, wącham, sprawdzam wszystkie elektryczne urządzenia, bo smród był podobny do swądu palonej instalacji. Nie umiem znaleźć źródła. 
Po jakimś czasie doszłam do wniosku, że to z kominka. Widocznie zaplątał się do niego kawałek plastiku i teraz śmierdzi na cały dom.
 
Minęło jeszcze trochę czasu. Chcę siąść na kanapie. Podnoszę leżące na niej autko. I tu niespodzianka – oparzyło mnie! Odwracam, patrzę – stopiony plastik i wylane, porozrywane baterie!
 

 

 

 
Powiem Wam, że bardzo tym się zdenerwowałam. Moja wyobraźnia(która, jak na pisarkę przystało, jest dość wybujała) od razu podsunęła mi najróżniejsze scenariusze
 
A co by było, gdybyśmy jeszcze gdzieś wyszli z domu pozostawiając autko na kanapie? Chałupa spalona?
A co by było, gdyby to Syn na Szczycie podniósł autko zamiast mnie? Czy zaciekawiony wydłubałby baterie oblane toksycznym płynem, podczas gdy ja byłabym czymś zajęta w drugim pokoju? Czy bateria wybuchłaby mu w rączce?
A mogło też by być tak, że syn zabrałby zabawkę ze sobą do spania, jak to często robi. Czy autko zagrzebane wśród łatwopalnych kołder stałoby się przyczyną pożaru, w którym wszyscy byśmy spłonęli?
 
Wiem, może idę za daleko w tych moich wyobrażeniach. A może nie. Anioł Stróż czuwał. Faktem jest, że to przeżycie na tyle mną wstrząsnęło, że postanowiłam powyjmować baterie ze wszystkich licznych zabawek syna nimi zasilanych i wkładać je tylko na czas zabawy konkretną rzeczą.
 
Feralna zabawka, jak wspominałam, była kupiona na jarmarku. Ani paragonu, ani danych sprzedawcy. Szukaj wiatru w polu. Chociaż samego sprzedawcy do końca nie winię. Skąd miał wiedzieć, że sprzedawane przez niego autka są takim bublem? Winę ponosi producent, czyli… fabryka gdzieś w Chinach. Zero możliwości reklamacji, zaskarżenia, czegokolwiek… Zresztą, nie o to przecież chodzi.
 
Gdybym mieszkała w Ameryce to pewnie miałabym szansę walczyć o spore odszkodowanie od producenta. Ale nie mieszkam. Tu, gdzie mieszkam, chciałam Was jedynie przestrzec przed takimi mało zabawnymi zabawkami i doradzić, byście zwrócili baczniejszą uwagę na to, czym bawią się Wasze dzieci.
  • O Masarka! Idę dzieciakom baterie powyciągać.
    Z wszystkiego.
    Dobrze, że to się tak skończyło.

  • Dokładnie. Oczywiście, pewnie to się nie zdarza często i akurat mieliśmy pecha, że trafiło nam się takie feralne autko, ale wolę już teraz uważać na zapas. I wiem, że chińskiego na baterię już nigdy nie kupię, choć wcześniej nie miałam nic przeciwko.

  • Nie lubię chińskich zabawek…ale niestety trafiają one w nasze ręce. Trzeba uważać bo nie wiadomo co może się stać. Nie tylko te tańsze są niebezpieczne. Drogie zabawki ze znanych firm również produkowane są w dalekim kraju

  • Tak, teraz to prawie wszystko jest w Chinach robione… Ale wydaje mi się, że te markowe zabawki muszą przechodzić jakieś testy, spełniać normy. A takich "no name" nikt nie pilnuje, choć przecież także istnieją jakieś przepisy o dopuszczeniu produktu na rynek. Ja musiałam pisma do urzędu celnego pisać i wyjaśniać co jest w mojej prywatnej paczce sprowadzanej z Chin, a masówka, jak widać, przechodzi bez problemu…

  • Tzn. chodziło mi o normy danej marki, kontrolę jakości jaką na pewno znane firmy wewnętrznie prowadzą.

  • Za masówka na pewno niezła kasa stoi…

  • Kolejna nauczka, że cena przekłada się na jakość… Nie zawsze, ale przeważnie jednak tak właśnie jest.

  • Widzisz, jak to trzeba uważać. Tak to jest, gdy coś niedużo kosztuje, zwłaszcza jeśli chodzi o zabawki, od razu jest podejrzane. We Włoszech od niedawna wprowadzono nakaz, że i na targach sprzedający muszą mieć kasy fiskalne, choć jeszcze wielu przepisy omija. Gdyby nam się przydarzyła taka niefortunna przygoda, Myster Pi na pewno by poleciał na ten targ i larma narobił, jak na Makaroniarza przystało:).

    Tutaj ostatnio było głośno o chińskich bransoletkach dla dzieci, które uczulenie wywołują. Do paru sklepów weszła nawet ekipa telewizyjna i najpierw (bez kamery) pytali o te bransoletki, a potem, kiedy się ujawnili i powiedzieli, że to są rzeczy niebezpieczne, Chińczycy nagle zaczęli udawać, że po włosku nie rozumieją…

  • Tak, o bransoletkach też słyszałam. Słyszałam także jakąś historię o chińskich stanikach, co wywoływały choroby, ale ja jestem taka, że się tym wszystkim niezbyt przejmowałam. Dopiero musiałam się na własnej skórze przekonać, że chińskie może być niebezpieczne. Nie bez powodu się mówi, że najlepsza nauka, to ta przez doświadczenie:)

  • P.S. A ten nakaz o wprowadzeniu kas fiskalnych na targach nie spowodował zwiększenia cen towarów na straganach? Bo przeważnie tak to działa, jakoś sobie handlarze muszą odbić koszt zakupu kasy fiskalnej…

  • Pisałem o tym jak kupować bezpieczne zabawki. Na zdjęciu widać symbol CE – niestety, nie jest to ten symbol, tylko znak China Export. To bardzo ważna informacja, ponieważ zabawki bez znaku CE nie mogą być sprzedawane w Unii Europejskiej. Więcej u mnie na blogu, a jak autorka pozwoli, to zamieszczę link.

  • Najwyżej usuniesz komentarz, ale może komuś się przyda:
    http://rodzinawpraktyce.pl/jak-kupowac-bezpieczne-zabawki/

  • Bardzo dziękuję za ten link, po tych doświadczeniach zwróciłam uwagę na cały temat i widzę, jak jest ważny!
    Wiem, że "CE", a "C E" to co innego, z tego, co pamiętam, to różni je właśnie odstęp pomiędzy tymi dwoma literami.
    Ale teraz zastanawiam się, jak to jest – nie mogą być sprzedawane, a są…? Kiedyś wiele nauczyłam się o przepisach celnych i poznałam doświadczenia osób kupujących w Chinach. Kupujących na własny użytek, jedna sztukę, np. telefon. Te przesyłki były zatrzymywane przez UC i odsyłane do Chin. Więc jakim cudem transporty z setkami sztuk przechodzą i trafiają do sprzedaży?
    Pewnie jak zawsze – gdy nie wiadomo o co chodzi, to…

  • O matko, teraz to się przestraszyłam! Mój synek właśnie przechodzi okres fascynacji zabawkami na baterie, więc będę bardziej wyczulona na takie rzeczy. Chociaż staram się nie używać zwykłych baterii, tylko akumulatorków (od lat mamy te z Varty prawie we wszystkich urządzeniach w domu, odpukać nic się z nimi nie dzieje – może to też zależy od marki?).
    Jak można wsadzać takie rzeczy do zabawek dla maluchów?! Niestety tak jak piszesz nigdy nie znajdzie się sprawców w takich sytuacjach :/

  • Myślę, że przerażać się nie trzeba – to jednak nie jest coś, co zdarza się nagminnie, ale uważać faktycznie warto i najlepiej od czasu do czasu zaglądać do tych zabawek, czy nic złego w środku się nie dzieje. Albo wkładać baterie tylko na czas zabawy (wiem, że to męczące, często śrubki trzeba odkręcać za każdym razem, ale na pewno najbezpieczniejsze).
    Pozdrawiam:)

  • Faktycznie mogło się to źle skończyć! Dobrze, że opisałaś tą historię ku przestrodze.

    • Warto, żeby i inni wiedzieli, jakie zagrożenia kryją się w zabawkach.