Do Parku Świętego Mikołaja w Zatorze miałam ochotę wybrać się już od grudnia. Okazja jednak nadarzyła się dopiero kilka dni temu, podczas naszych ferii.

Z pewnością milej byłoby go odwiedzić w okresie bożonarodzeniowym, gdy tematyka mikołajowo-choinkowo-bombkowa jest na topie i wszyscy chłoniemy świąteczną atmosferę. Ale nie sądzę, by to, że byliśmy tam ponad miesiąc po Gwiazdce, znacząco wpłynęło na nasz odbiór tego miejsca.
 

 

W Parku Mikołaja spędziliśmy bardzo miłe popołudnie, bo zawsze fajnie jest gdzieś wyjść całą rodziną, pośmiać się i pobawić. Natomiast sam park całkowicie nas rozczarował.
 

 

 
Ktoś miał super pomysł na ciekawe miejsce. Bajkowa kraina, zimowa sceneria, park tematyczny, mnóstwo atrakcji. Czegoś takiego właśnie się spodziewałam, szczególnie czytając opisy na stronie www, które kusiły „bajkową wędrówką” wśród milionów roziskrzonych światełek, parkiem zwierząt wodnych(zdjęcie pływającego rekina zamieszczone na stronie stworzyło we mnie mylne wrażenie, że będzie to niemal oceanarium), baśniową ciuchcią, itd.
 

 

Co zastaliśmy? Wszystko wydało nam się byle jakie. Park powstał na terenie jakiegoś dawnego ośrodka wypoczynkowego (na co wskazywały stare, powykrzywiane chodniczki i niespecjalnej urody drewniane domki, takie działkowe „lauby” – jak nazywa się je na Śląsku). 
 

Wszystko sprawiało wrażenie jakby miało za sobą wiele dekad. Niektóre figurki były odrapane, wyblakłe i zwyczajnie nieładne. Podejrzewam, że wszelkie eksponaty zostały odkupione z jakiegoś likwidowanego podobnego parku w innym kraju. Albo z kilku różnych parków, bo co mają zwierzęta morskie albo piraci do Świętego Mikołaja?
 

 

Ten swoisty misz-masz tematyczny był dla mnie jednym z głównych minusów. To, że coś jest tworzone dla dzieci nie znaczy, że ma być pozbawione wszelkiego smaku i że warto naładować byle co, byle gdzie. Owszem, połączenie postaci z bajek z krainą Mikołaja ma swój sens, ale pozostałe atrakcje zupełnie mi do klimatu nie pasowały.
 
 
 
Mini-pociąg, to maleńka ciuchcia jeżdżąca po równie maleńkim kółku, jaką można znaleźć w większości parków rozrywki, a nawet czasami w zwykłym supermarkecie.
 

 

 
 
Park zwierząt morskich – zwykłe figury morsów, wielorybów i innych tego typu stworzeń, do których nawet nie można podejść … To ma być taka wielka atrakcja?!
 

 

Spacer ścieżką rozświetloną milionem lampek… No, cóż, tego ocenić nie mogłam, bo byliśmy za dnia, a cały park został przystosowany tak, by największe wrażenie robić po zmroku (ale ile jest na tyle ciepłych dni zimą, by po zmroku spacerować z dzieckiem po parku rozrywki…?).
 

 

Ścieżka bajek, taka sama jak wszystko – pomysł fajny, ale wykonanie już, według mnie, znacznie gorsze. Dla mnie całość parku wyglądała tak, jakby ktoś starał się wszystko zrobić jak najtańszym kosztem. Zresztą, nie ma w tym nic dziwnego, każdy chce prowadzić swój biznes po jak najniższych kosztach, ale czasami naprawdę nie warto tego robić.
 
 
 
Brzydkie, byle jak ubrane manekiny, figurki poustawiane w sposób chaotyczny, wszystko takie jakieś niedopracowane. A co zrobiło na mnie najgorsze wrażenieszara z brudu wata, mająca udawać śnieg, w skądinąd ładnie zaaranżowanej chatce Dziadka Mroza. Chociaż tę watę można było wymienić na nową.
 

Niektóre chatki prezentowały się lepiej od innych, miło było rzucić na nie okiem, ale wciąż krążyła mi po głowie myśl, że szkoda, iż potencjał pomysłu na ten park nie został wykorzystany.
 

 

W zasadzie jedyne, co mi się naprawdę podobało i co dało mi mnóstwo frajdy, to lodowisko. Zwykłe, jak wszędzie, ale wyszalałam się na nim za wszystkie czasy. Rewelacja takie łyżwy! Do tamtej chwili, ostatni raz miałam je na nogach czternaście lat temu. I zapomniałam jaka to fantastyczna zabawa. Gdyby nie towarzyszący mi panowie, którzy zaczęli się niecierpliwić, to jeździłabym chyba cały dzień;)
 

 

 

Cały czas opisywałam Wam swoje wrażenia, ale – jak słusznie możecie zauważyć – taki park, to miejsce rozrywki dla dzieci. Powiem więc Wam teraz o wrażeniach Syna na Szczycie. Największa radość – plac zabaw. Syn na Szczycie fanem wszelkich placów zabaw jest, więc ta atrakcja wywołała w nim zdecydowanie największe emocje
 

 

Faktycznie, fajny, ale to nie plac zabaw w takim parku powinien być głównym punktem programu.
 

Podzielał także moją fascynację lodowiskiem i zdecydowanie zapałał uczuciem do mini-koparki… 
 
 
Zaciekawiła nas jeszcze aranżacja scenki, na której owieczki wrzucają wilka do studni (chociaż, za cholerę nie umiem sobie przypomnieć takiej bajki, Wy kojarzycie?)
 

 

No i tyle. Reszta rzeczy budziła w nim umiarkowane emocje. Jedyną chwilą, gdy jeszcze poszły w górę, było krótkotrwałe przerażenie na widok chatki czarownicy (chyba najlepiej zaaranżowanej ze wszystkich). Zaraz jednak opały, gdy dowiedział się od nas, że wiedźma nie jest prawdziwa.
 
 
A na koniec coś, co nas zdecydowanie wkurzyło. Kupiliśmy bilety w wersji podstawowej, ale za trzy dorosłe osoby (bo towarzyszył nam Wujo, do którego jeszcze za chwilę wrócę) zapłaciliśmy niemało, ponad 70zł. Syn jako trzylatek wszedł za darmo. A w środku, oczywiście wszystkie atrakcje płatne dodatkowo. To w sumie nic dziwnego, taką politykę stosuje większość parków, ale… Żeby w Parku ŚWIĘTEGO MIKOŁAJA trzeba było dodatkowo płacić za możliwość zrobienia sobie zdjęcia ze Świętym Mikołajem?! Chociaż to powinno być w podstawowym pakiecie!
Na chatce, w której siedzi Mikołaj, wisiała wielka tablica „zakaz fotografowania”, która we mnie – fotografie fanatycznym i maniakalnym – od razu wzbudziła wzburzenie. Pytamy się więc obsługi, jak to tak… Okazało się, że zdjęcie wykonuje specjalna kamera zainstalowana w domku i jeśli będziemy je chcieli, to za dodatkową opłatą je otrzymamy. Wybaczcie, bo byłam tak zbulwersowana, że już nie pamiętam ile ta dodatkowa opłata wynosiła.

Wtedy, wspominany już Wujo, czyli mój nieoceniony szwagier, poradził nam – „Lepiej zróbcie sobie zdjęcie z morświnem”.
 
 
Poszliśmy za jego radą. Nie jestem do końca pewna, czy to morświn, bo, muszę Wam się przyznać, dopiero po powrocie do domu wygooglałam sobie, co się w ogóle kryje pod tą nazwą. W każdym razie, zdjęcia z Mikołajem nie mamy.
 

 

To wszystko moja subiektywna ocena, może Wam ten park by się spodobał, może to kwestia gustu.
Spędziliśmy w nim, tak jak pisałam, bardzo miłe chwile, ale to dlatego, że zawsze miło nam razem, a nie ze względu na jakieś nieziemskie atrakcje tego miejsca. 
 

 

I wiem, że nie wybierzemy się tam ponownie. Do inny parków rozrywki w tamtym rejonie jeździmy regularnie i zawsze nam się tam podoba. Do Parku Mikołaja zwyczajnie nie ma po co wracać. No, chyba że zostaną tam przeprowadzone zmiany i miejsce nabierze nowego kształtu. 

 

W kierunku na Wiedeń – zawsze chętnie;)
 
Na koniec fotka Mikołaja, który wita przybywających do parku gości. Czy on wygląda zachęcająco?!
 
 
A dzień zakończyliśmy pyszną pizzą w restauracji Cud Malinana wadowickim Rynku, którą to knajpkę mogę Wam z czystym sumieniem polecić. Piękny wystrój, smaczne jedzenie i sympatyczna pani kelnerka z pięknym uśmiechem:)
 

 

 
  • No rzeczywiście miejsce nie warte chyba swojej ceny…. I nic tak nie wkurza, jak byle-jakość ekspozycji dla dzieci, że co, że dla dzieci nie warto się starać, bo i tak nie zauważą? Szkoda…. Pozdrawiam.

  • Tak, właśnie odnosiłam takie wrażenie, że ktoś kierował się zasadą "dzieci byle co cieszy"…

  • Ha, ha- lauby:). Jako Slązaczka z krwi i kości uwielbiam naszą gwarę i nawet uczę Mystera Pi parę śląskich słówek:).

    To teraz czekaj na wiadomość od tych z parku- może dojdzie do nich (oby) to, co napisałaś i się trochę zastanowią. Żeby płacić za zdjęcie z Mikołajem, to naprawdę przesada.

    A ten Mikołaj z rozkraczonymi i długachnymi nogami oraz podejrzaną twarzą to normalnie jakaś porażka:).

  • Ta, nie ma to jak Mikołaj i morświn…jak najwięcej gratów i dodatkowo nie pasujących do siebie :/ i jeszcze za takie pieniądze

  • Matrioszki mi się podobają 🙂 Za taką cenę skandalem jest pobieranie dodatkowych opłat za atrakcje…

  • O, i o Śląsku wątek się pojawił! Mam tam połowę dalszej rodziny;-)

  • O, nie wiedziałam, że też ze Śląska jesteś!
    Ja w ogóle lubię gwary, regionalizmy, lokalne kultury – to w tym coraz bardziej zunifikowanym świecie jest jeszcze źródłem jakiegoś kolorytu i wyjątkowości.
    Kiedyś, lata temu, po wyjeździe ze Śląska używałam śląskich słówek nie zdając sobie sprawy, że to nie ogólnie stosowane pojęcia i dziwiło mnie niezrozumienie na twarzach rozmówców;)

  • Najbardziej chyba było mi żal tego, że miejsce pod nazwą "Park Świętego Mikołaja" mogłoby być naprawdę urzekające, gdyby organizatorzy się postarali, wysilili i włożyli w to więcej środków. Ale może to moja wina, bo oczekiwałam czegoś jak z amerykańskich filmów, no a dostałam lokalną podmiejską rzeczywistość;)

  • Tak, mnie też się matrioszki spodobały, ale też stały tak jakoś średnio ciekawie. To był chyba w założeniu "rosyjski zakątek", bo obok była chatka Dziadka Mroza, niedźwiadki i… grill;)

  • Ja w tej chwili mam sentyment do Śląska, ale przyszedł mi dopiero teraz, po wielu latach spędzonych poza nim. W wieku nastoletnim moim największym marzeniem było się stamtąd wyrwać. Wtedy to był inny Śląsk niż obecnie. Teraz bardzo się rozwija, pięknieje. Wtedy były to typowe scenerie z filmów Kutza, szarość, brud, hałdy, dymy i familoki.

  • Pisząc ten tekst, bardzo się zastanawiałam. Wiem, że trudno jest prowadzić obecnie biznes, wiem, że każdy "orze jak może" i nie chciałam absolutnie zaszkodzić właścicielom parku i zniechęcać potencjalnych klientów. Ale jako klient poczułam się lekceważona. To tak, jakby ktoś w restauracji podał Ci zimną zupę, albo sprzedał spleśniały chleb w piekarni. Idąc do restauracji mamy prawo oczekiwać smacznego jedzenia, idąc do piekarni – świeżego chleba, a idąc do parku rozrywki – ciekawych i dopracowanych atrakcji oraz miłej dla oka przestrzeni.