To nie będzie recenzja. Nie wiem, jak pisze się recenzje. Nie umiem. I nie czuję się do tego predysponowana. Ale chciałam opowiedzieć Wam o niezwykłej książce.
 
Do sięgnięcia po nią skłoniły mnie dwa czynniki – bardzo intrygujący tytuł oraz moja sympatia do jej autorki
 
 
Marzenia są dla mnie bardzo ważnym i bliskim mi tematem. Całe życie goniłam za swoimi marzeniami, aż w końcu zostały spełnione jedno po drugim.
I zostałam z niczym;) Bo o czym tu marzyć, gdy dostało się już wszystko czego się pragnęło?;) 
Na szczęście życie to proces, wciąż do przodu, więc z czasem zaczęły kiełkować nowe. Stare zaczęły ewoluować (pisałam Wam o tym TUTAJ). 
 
Nie można żyć bez marzeń. Bez sięgania wyżej. Bez dążenia wciąż do swojego szczytu. Ale teraz na swoje marzenia patrzę bardziej, jak na plany do realizacji. Jeśli marzenie jest realne, to zawsze jest szansa jego spełnienia, to zależy tylko od tego, jak mocno o nie walczymy.

Byłam bardzo ciekawa, jak to jest marzenia kraść, komu i dlaczego, i kim jest tajemnicza złodziejka.
Myślę, że jednak jeszcze bardziej do przeczytania „Złodziejki marzeń” skłoniła mnie moja internetowa znajomość z Anną Sakowicz, którą (Anię, nie znajomość) zdążyłam bardzo polubić. Zresztą, jak mogłabym nie polubić kogoś, kto jako pierwszy publicznie nazwał mnie następczynią Joanny Chmielewskiej?;) (TUTAJ).
 
Znałam blogi Ani (TUTAJ i TUTAJ), znałam jej styl, wiedziałam więc, że powieść musi być dobra.
I tu pierwsza niespodzianka – gdy wreszcie książka znalazła się w mojej dłoni, przeczytałam jej opis z tyłu okładki. Przyznam Wam się całkowicie szczerze – straciłam ochotę na jej czytanie
 
Czterdziestoletnia rozwódka, samotnie wychowująca dziecko, wyjeżdża i zaczyna życie na nowo. Coś w tym stylu. Zapachniało mi to strasznym banałem, nudziarstwem i rozlewiskiem. Typem książek, jakich nie znoszę. 
 
Postanowiłam jednak dać książce szansę. I tu zaraz na początku kolejna wielka niespodzianka. Od razu z grubej rury. Już na wstępie coś się dzieje, do tego wydarzenie w autobusie jest tak zaskakujące, humorystyczne i nietuzinkowe, że czytelnik natychmiast się przekonuje, że nie trzyma w ręku banalnego romansidła dla znudzonych – przepraszam, Aniu;) – kur domowych🙂
 
Im dalej, tym lepiej. Książka zaskakiwała mnie z każdą przewracaną stroną. Bardzo naturalna, miejscami niezwykle śmieszna (przy Barnabie pokładałam się i ryczałam ze śmiechu!), wciągająca i lekka, chociaż wcale nie taka lekka. Jak to możliwe, sama nie wiem. Scena z matką umierającej na raka dziewczynki wycisnęła mi z oczu łzy, a jednak Ania nie męczy tematem, nie przytłacza czytelnika, tylko delikatnie zwraca uwagę.
 
Sposób napisania książki, jak na polonistkę przystało, jest językowo i stylistycznie nienaganny. Chwilami czułam z tego powodu ukłucia zazdrości;) 
 
Co mnie się osobiście także bardzo spodobało – to, że autorka, tak jak i ja, w swojej powieści czerpała z własnych doświadczeń i myślę, że wiele w tej powieści jest prawdy. Nieraz uśmiechnęłam się na przykład przy wątku zakładania bloga (wyjaśnił mi on także pewne fakty, jak to z tą kurą domową było). 
Dla mnie pisanie o tym, co się dobrze zna, to chyba najważniejsza zasada pisarskiego rzemiosła. Sprawdza się nawet w przypadku powieści fantasy. Bo przecież zawsze trzeba mieć jakąś oś, na której osnuwa się wydarzenia i jakieś motywy, którymi przędzie się akcje niczym nićmi. 
Nie znaczy to oczywiście, że powieść musi odzwierciedlać życie autora, ważna jest ta doza prawdziwości, coś co się naprawdę czuje, doświadcza. 
 
Tym, co jest dla mnie jeszcze fenomenem tej powieści jest to, że potrafiła mnie wciągnąć i uwieść tematem, który teoretycznie zupełnie mnie nie interesuje. Bo co mnie niby obchodzą zmagania rozwódki posiadającej prawie dorosłą córkę? Nie mogę się z nią identyfikować, nie czuję się związana emocjonalnie z jej sytuacją. A jednak śledziłam zmagania Joanny z wypiekami na twarzy. Kibicowałam jej i wściekałam się na nią, że jest taka wredna dla doktorka;)

I wbrew wszystkiemu, odnalazłam w niej fragment siebie. Każda z nas ma przecież doświadczenia w takich czy innych zmaganiach z życiem. Każda z nas ma za sobą takie czy inne rozczarowania, zdrady, złamane serca. Każda z nas walczyła, walczy, lub będzie walczyć o miłość.
 
Po przeczytaniu stwierdziłam, że ta powieść jest bardzo w moim guście. A nawet więcej, jest w moim stylu😉 Narracja pierwszoosobowa, którą sama także preferuję. Podobny sposób pisania, choć – jeśli mogę to w ogóle ocenić – styl Ani jest bardziej naturalny, ja mam tendencję do kwiecistości;)
A chwilami znajdowałam podobieństwa do samej siebie (owijanie się kołdrą nawet w upały, pisanie bajek dla fundacji! i ten nissan;p).
 
 
 
Bardzo polecam Wam tę książkę, lekka i przyjemna, ale jednocześnie daje do myślenia i wywołuje w czytelniku całą paletę emocji.

Jedyne, co mnie nie do końca przekonuje, to okładka. Niby fajne zdjęcie, od razu nasuwające skojarzenia z pogonią za marzeniami, ale jak dla mnie, nie do końca oddaje klimat książki. 
Tyle, że tak to czasami bywa z okładkami. We „Wiośnie po wiedeńsku” ten sam problem;)
  • Kasiu, serdecznie dziękuję. normalnie się wzruszyłam. Ale przyznam, że miałam podobnie z Twoją książką, okładka nie bardzo zachęca, w tytule miłość…, a tam bach po oczach genialnym poczuciem humoru i galerią oryginalnych postaci. Od razu wiedziałam, że jesteś bratnia dusza. 🙂 🙂

  • Oczywiście nie miłość w tytule, tylko serce na okładce miałam na myśli. 🙂 🙂

  • Ja niby wiem, jak pisać recenzje, ale u siebie też nie piszę recenzji, wprowadziłam formułkę "moim zdaniem":-) Książkę "Złodziejka marzeń" widziałam już kilka razy gdzieś w sieci, dlatego czekałam na Twoją opinię. Może i ja przeczytam? Ale na razie czytam "Wiosnę po wiedeńsku", z ogromnymi przerwami, bo mam bardzo dużo pracy i jeszcze się uczę. A kocham się uczyć!:-) Ale spodobała mi się "Wiosna" po pierwszych stronach. Lubię narrację w 1 osobie, w ogóle dla pisarza chyba jest łatwiejsza. Tak mi się wydaje.

  • Wiem, wiem, zrozumiałam:)

  • Miło mi, że dostarczyłam Ci wzruszeń – to taki rewanż za wzruszenia jakich dostarczyła mi "Złodziejka…":)
    Co do okładek, cóż, mam nadzieję, że "Jesieni…" trafi się bardziej adekwatna. Z okładką niezłe przejścia były i ta, która zdobi "Wiosnę…" to efekt bardzo dużego kompromisu z obu stron;)

  • Szczerze, to ja mam obawy, czy w ogóle potrafię wyjść poza narrację pierwszoosobową. Jest to dla mnie naturalny sposób pisania, ale chciałabym jednocześnie spróbować napisać jakąś powieść również w trzeciej osobie, choćby po to, by sprawdzić, czy to potrafię.
    P.S. Jeśli spodobała Ci się "Wiosna…" po pierwszych stronach, to dalej może być już tylko lepiej, bo od czytelników wiem, że początek odbierali raczej neutralnie, dopiero potem naprawdę wciąga;)

  • Niby nie potrafisz pisać recenzji, a robisz to lepiej od niejednego recenzenta. Wiesz dlaczego? Bo nie przynudzasz, a większość recenzji niestety taka jest. Przyznam się, że autorki nie znałam (a co za tym idzie, powieści), ale lubię w książkach "odkrywać kawałek siebie", więc zachęciłaś mnie do czytania. Ggy przyjadę do Polski, nieźle się obkupię ha ha:). Nie mam jeszcze 40-lat, rowzowdu za pasem i dorosłej córki, ale wszystko przede mną. Mam jednak nadzieję, że Myster Pi się ze mną nie rozwiedzie;).

  • Kolejna książka, którą przeczytam 😉

  • Ha! Miło mi, bo właśnie niezanudzenie czytelnika zawsze mam na uwadze:D

    Co do rozwodu, to mam podobnie jak Ty i podobnie mam nadzieję, że nigdy się nie przekonam, jak on wygląda (w sumie to wiem, że się nie przekonam, bo Małżeństwo na Szczycie ma taki, a nie inny światopogląd i prędzej się pozabija, jak rozwiedzie;p), ale – jak się okazuje – wcale nie trzeba być czterdziestoletnią rozwódką, by wczuć się w postać głównej bohaterki:)

  • Polecam:)

  • Czytałam i bardzo, bardzo polecam!

  • Byłam pewna, że czytałaś:) Komu, jak komu, ale Tobie interesująca książka by nie umknęła:)

  • To chyba też tak jest, że małe wydawnictwa raczej nie są w stanie pozwolić sobie na genialnych grafików, więc niestety tak to wygląda.

  • Też wolę pierwszoosobową, i dwie następne książki też tak są napisane (tzn. trzecia, bo czwarta się pisze 🙂 ), ale podobnie jak Ty, przymierzam się do trzecioosobowej.

  • Albo po prostu wizje grafika, wydawcy i autora tak bardzo się różnią. Tak było w przypadku "Wiosny…".

  • Ooo, to już czwarta się pisze? Kurcze, muszę się zabrać za siebie, bo ja jakoś nad trzecią utknęłam. Wprawdzie w między czasie powstały zalążki czwartej, piątej i szóstej, ale z takiego rozdrabniania się, to nic nie wychodzi;)

  • *międzyczasie 😉

  • Z tym "prędzej się pozabija, niż rozwiedzie", mamy tak samo. W sumie to nie moja wina, bo ja spokojna jestem, tylko się dostosowałam do temperamentu i narodowości Mystera Pi;).

  • A, to u nas na odwrót – to ja ta nerwowa;)