Zima na wsi
 
Jak pewnie zauważyliście, przez kilka dni praktycznie nie pokazywałam się w sieci. Wpadałam jedynie by sprawdzić pocztę i upewnić się, że nikt nie chce ode mnie niczego pilnego.
Pilnego nikt nic nie chciał, ale w jednej z wiadomości spotkała mnie bardzo miła niespodzianka – więcej o tym za jakiś czas:)
 
Ten „detoks” od internetu nie był jakimś specjalnie zamierzonym działaniem. 
Zwyczajnie, urlop, mniej możliwości dostępu do sieci, gorsze warunki do skupienia (nie potrafię odpisać nawet na komentarz, nie będąc sama w pomieszczeniu, a co dopiero stworzyć jakiś tekst czy pisać książkę…). 
 
Matka na Szczycie
Ostatnio przez blogi parentingowe przetoczyła się pewna fala. Podobne spostrzeżenia, podobne przemyślenia, teksty o podobnych wnioskach, które w krótkim czasie przeczytałam na kilku różnych blogach. Teksty o tym, że komputerowo-internetowa aktywność matek pochłania je zbyt mocno i negatywnie odbija się na życiu rodzinnym.
 
Fotografia dziecięca
Przez ostatnie dni w ogóle nie siedziałam przy komputerze, wyłączając to wspomniane sprawdzanie poczty. 
I wiecie co?
Tyle samo bawiłam się z synem, tyle samo spacerowaliśmy, tyle samo bajek mu opowiadałam, tyle samo czasu spędzaliśmy na wspólnych czynnościach. 
Wieczorami tak samo, jak co dzień, przytulałam się do męża. Rano, tak samo, jak co dzień, byłam nieprzytomna i potrzebowałam wielkiego kubka kawy żeby się dobudzić. Wszystko tak samo. No, prawie wszystko.
 Matka na Szczycie
Jaka była różnica? Dwie.
Pierwsza – na urlopie bardziej się tym wszystkim cieszę. Ale wynika to z tego, że na urlopie nie myślę o zwyczajnych troskach, o tym, co muszę jeszcze zrobić, że pranie nie rozwieszone, podłoga nie odkurzona, paczki nie wysłane… Na urlopie jest luz, to oczywiste. 
 
Fotografia dziecięca
Fotografia dziecięca
Druga różnica – po którymś dniu zaczęło mi brakować mojej przestrzeni. Zarówno tej meta-, jak i tej całkiem fizycznej. Tego, że mogę choć na chwilę usiąść w swoim „gabinecie” i zająć się tylko własnymi sprawami. 
 
Matka na Szczycie
Matka na Szczycie
Po tym niezamierzonym eksperymencie doszłam do tego wniosku, do którego właściwie zawsze dochodzę w każdej kwestii. Równowaga jest kluczem.
Pewnie jest to dziwne, że mówię to właśnie ja – osoba, która ma ogromną tendencję do popadania w skrajności:)
 
Dziecko w lesie
 
Taki „detoks”, owszem, był mi potrzebny, ale z innych powodów, niż te wymienione na wstępie. 
Czułam się przeładowana bodźcami.
Nie oglądam telewizji, nie słucham radia, prawie nie czytam gazet (wyjątkiem jest Tygodnik Podhalański – lubię wiedzieć, co dzieje się na moim własnym podwórku), a jednak ilość informacji, jaka dociera do mnie każdego dnia, choćby z samego Facebooka, jest męcząca. 
Chcę być na bieżąco z tym, co słychać u moich sieciowych znajomych, przeczytać ciekawe teksty, które znów dodały moje ulubione blogerki, obejrzeć ich fajne zdjęcia, ale zdałam sobie sprawę, że nic się nie dzieje, jeśli na kilka dni wypadnę z obiegu. 
 
Spacer po lesie
Jeśli chodzi zaś o tezę, że komputerowe zajęcia matki źle wpływają na jej kontakty z dzieckiem, to nie mogę się z nią zgodzić (oczywiście, mówię o przypadkach, gdzie wszystko odbywa się w oparciu o zasady równowagi, a nie o skrajnościach). 
Każdy potrzebuje swojej przestrzeni. Zarówno swojego prywatnego kącika w domu, jak i swojej przestrzeni dla własnych myśli. 
 
Dziecko w lesie
Matka na Szczycie 
P.S. Jak widzicie na zdjęciach, nasz urlop jest całkowicie zwyczajny, bo właśnie tego od urlopu oczekuję. Na co dzień tyle się dzieje, że na wakacjach nie chcę fajerwerków, raczej spokoju:)
 
Matka na Szczycie
P.S.2 W tym tekście może być pełno błędów i może się w ogóle okazać totalnym bełkotem, bo piszę go… tak! – będąc w jednym pokoju z mężem i synem (jeszcze nie wróciliśmy z urlopu), nad moim uchem leci bajka „Poli Robocar”, a Syn Na Szczycie właśnie organizuje akcję ratunkową dla kocyków;)
  • Ja ostatnio zrobiłam sobie przymusowy, internetowy detoks. Popsuł się mój laptop, a służbowy mąż wziął do pracy, więc siłą rzeczy byłam zmuszona wziąć internetowy urlop. Wyszedł mi na dobre, chociaż pod wieczór nie mogłam się doczekać, kiedy wróci mąż. Oczywiście nie zatęskniłam za nim, tylko za laptopem;).

    Byś zobaczyła mój gabinet, to byś padła, bynajmniej z wrażenia. Nie tracę jednak nadziei, że kiedyś będę miała gabinet z prawdziwego zdarzenia!

    Błędów nie zauważyłam, bełkotu również brak:).

  • Uff, to mnie pocieszyłaś z tym brakiem bełkotu:)

    Ja bez internetu mogę, ale bez laptopa to sobie nie wyobrażam!;)

    Mój gabinet również dalece odbiega od gabinetu z prawdziwego zdarzenia, dlatego piszę to słowo w cudzysłowie. To kilka metrów kwadratowych z biurkiem wciśniętym pod skos z oknem dachowym, ale co ważne – jest to odrębne pomieszczenie, gdzie nikt mi nie zagląda przez ramię:)

  • Oj jakby mi laptopa zabrali to bym pogryzła. Muszę mieć kontakt ze światem 🙂 Póki nie pracuję mój kontakt z ludźmi jest bardzo ograniczony, każdy ma swoje sprawy, cierpi na brak czasu i ja to doskonale rozumiem. Ratuję się więc wirtualnie:)

  • Tak, ja też mam znacznie więcej kontaktów w sieci niż w realu, co wynika głównie z tego, że na Szczycie trudno o tłumy znajomych;)

  • Równowaga przede wszystkim! Moim zdaniem to dotyczy każdej dziedziny życia i tylko odpowiednie proporcje priorytetów i rozrywek pozwolą wywiązać się z tego pierwszego i cieszyć się tym drugim 🙂
    Pozdrawiam!

  • O, dokładnie! A myślę, że macierzyństwo szczególnie uczy odnajdywania tej równowagi, to wręcz codzienna konieczność:)