Do napisania tego tekstu zainspirował mnie wpis, który przeczytałam u Zawód: Kobieta.
Nie znam się na trendach w wychowaniu dzieci i ideologiach im towarzyszących. Mimo prowadzenia bloga, w założeniu, parentingowego, niespecjalnie interesuję się „dzieciowymi” tematami.
Czasami poruszam kwestie, które mnie szczególnie zaciekawią lub wzburzą, jak np. TUTAJ.
Jednak dla mnie parenting nie jest kręceniem sięwkoło typowo dziecięcych klimatów. Dla mnie parenting (w rozumieniu nurtu) to bardziej patrzenie na świat jako rodzic, niż patrzenie na czysto rodzicielskie sprawy.
 
Może jest tak dlatego, że syna traktuję przede wszystkim jak drugiego człowieka, dopiero potem jak dziecko.
Nie wiem, czy to dobrze, czy źle. Wiem, że jest nad wiek rozwinięty, może to właśnie dlatego, że nikt w domu nie mówił do niego w „bobo-języku” i nie podchodził jak do „niunia”, „dzidzi”, „bobaska”. 
 
Jasne, wiadomo, że dziecko ma inne potrzeby, inne zainteresowania, inne wymagania. Ale tak samo jest w przypadku mojego męża, mamy, dziadka. Każdego członka rodziny. Każdy z nas ma swoje przyzwyczajenia, ulubione zajęcia, potrzebuje innych rzeczy, potraw, aktywności.
I mój syn jest takim małym człowiekiem z innymi potrzebami i zainteresowaniami niż ja. 
 
Nie uważam, żebym przez takie podejście okradała go z dzieciństwa. Guganie do dziecka jak do głupiutkiej „dzidzi” nie ma nic wspólnego z dzieciństwem. Jedynie z mylnymi wyobrażeniami osoby gugającej. 
Potrzebą mojego syna jest dzieciństwo. Moją potrzebą jest dorosłość. Czasami te nasze potrzeby się ścierają. Bo ciągła zabawa w strażaków wychodzi mi już uszami. Syn natomiast nie rozumie tego, że w sklepie z ciuchami można spędzić naprawdę wiele czasu. Zresztą nie wiem, czy to jest kwestia wieku, może bardziej płci (jak ostatnio słusznie zauważył dziadek)?;) 
Wracając do trendów w wychowaniu. Co jakiś czas, coś tam, gdzieś tam, obija mi się o uszy. Wychowanie bliskości, wychowanie bezstresowe, antypedagogika. Pewnie jest tego znacznie więcej. Nie zagłębiam się w te tematy, nie mogę oceniać czegoś, czego kompletnie nie znam. Ale też poznanie ich nie jest mi potrzebne. Nie potrzebuję trendu, by wychować własne dziecko.

Dobre wychowanie dziecka to najtrudniejsza sprawa na świecie, o czym piałam już kiedyś TUTAJ
Wcale nie twierdzę, że wiem, jak to zrobić. To złożony proces, nieustanna nauka – moja nauka. Balansowanie i lawirowanie. Coś jak taniec na lodzie albo stąpanie po linie. Nie za bardzo w jedną stronę, nie za bardzo w drugą, próby utrzymania równowagi.
 
Tak, jak napisała Monika w swoim teście – przede wszystkim intuicja. Żaden nurt nie da mi gotowych recept na dziesiątki nieprzewidywalnych sytuacji, które zaskakują mnie każdego dnia. Żaden nurt nie jest idealny.
Ja też nie jestem idealną matką, często mam do siebie pretensje, że zrobiłam coś nie tak. Ale przynajmniej jestem sobą. Matką własnego dziecka. Z jak najlepszymi chęciami. I każdego dnia staram się od nowa i od nowa być, no tak – idealna. Wiadomo, osiągnięcie ideału to nierealny cel, nikt z nas go nie osiągnie. Ale ja mówiąc „idealna” mam na myśli osiągnięcie swojego SZCZYTU, bycie najlepszą wersją samej siebie.