Utarte frazesy o punkcie widzenia i punkcie siedzenia znamy wszyscy. Banały o patrzeniu przez własny pryzmat również. A jednak wciąż tego nie ogarniamy. Serio!

Inspiracją do napisania tego postu był dla mnie króciutki tekst, który przeczytałam dzięki udostępnieniu go przez profil Mądrzy Rodzice. A właściwie, to nie tak. Ta krótka opowieść była dla mnie inspiracją do licznych przemyśleń, a z nich narodził się ten wpis.

Poniżej możecie przeczytać historię, do której się odwołuję:

Post użytkownika Mądrzy Rodzice.

Przeczytaliście? Jeśli nie, koniecznie to zróbcie. Dotyczy ona tematu dość drastycznego i głównie w tym obszarze daje do myślenia, ale nie tylko. Pokazuje ona także cały mechanizmjaki zachodzi w różnym odbiorze rzeczywistości na linii rodzic-dziecko.

Pewnie każdy z nas pamięta, jak w dzieciństwie nie rozumieliśmy motywów postępowania naszych rodziców i obiecywaliśmy sobie, że jak będziemy mieć swoje dzieci, to nigdy, przenigdy tak wobec nich nie postąpimy.
Mamy własne dzieci i co? I postępujemy dokładnie tak, jak wobec nas postępowali nasi rodzice.
Chcę tu zaznaczyć, że nie mówię o zjawiskach patologicznych, o powielaniu błędnych wzorców, itp. To temat na całkiem osobną dyskusję. Ograniczam się do całkowicie naturalnych i normalnych zachowań, jak np. nakłanianie do jedzenia warzyw czy posprzątania przez dziecko swojego pokoju, a w przypadku starszej pociechy np. zakaz wyjścia na imprezę.
Dla nas to oczywiste, kierujemy się zdrowym rozsądkiem, troską, wiedzą, ale dziecko patrzy na sprawy całkowicie inaczej. Często ma poczucie krzywdy, bycia niezrozumianym, odtrąconym.

Odkąd przeczytałam historię o rózdze i kamieniu, zaczęłam uważniej przyglądać się emocjom mojego syna, starać się wczuć w jego punkt widzenia. Ale mam wrażenie, że jest bariera, której nie da się pokonać. Mimo że staram się sobie przywołać własne sytuacje z dzieciństwa, przypomnieć sobie, jak się w nich czułam, to jednak nadal odruchowo i całkiem naturalnie patrzę przez pryzmat mojej dorosłości.
Ile jest sytuacji, których nie rozumiem? Które lekceważę? A które dla mojego dziecka są niezwykle istotnymi? Ja do dziś pamiętam jak – jako kilkulatce – kazano mi zjeść botwinkę i do dziś mam uraz do tej potrawy. Gdybym zapytała kogoś z ówczesnych dorosłych, czy pamiętają zmuszenie mnie do spożycia botwinki pewnego popołudnia, jak myślicie, pamiętaliby ten epizod? Nie sądzę.

Mimo trudów, nadal będę się starać. Patrzeć oczami swojego dziecka, wczuwać się w jego emocje, bardziej świadomie, bardziej wrażliwie.
Ale temat, który tu poruszam, dotyczy nie tylko relacji rodzic-dziecko, dotyczy absolutnie wszystkich relacji.  Czasami niezwykle uderza mnie opinia jakiejś osoby na mój, lub nawet niekoniecznie mój, temat. Zdarzają się takie wzięte – jak dla mnie – całkowicie z innego wymiaru. Nie chodzi o to, czy złe, czy dobre, ale tak zaskakujące, że sama nigdy bym na to nie wpadła.
A rodzina? Kiedyś przeczytałam cudowną definicję rodziny u Nishki. TUTAJ, na samym końcu wpisu:) Rodzina to chyba najbardziej spektakularny przykład rozmijania się z wzajemnymi wizjami rzeczywistości;)
A ilustruje to poniższy obrazek. Szerszy opis chyba zbędny:)

Po tych wszystkich przemyśleniach postanowiłam pracować nad większą elastycznością w moim własnym punkcie widzenia, nad próbowaniem wczucia się w perspektywę drugiej osoby, a właściwie dwóch najważniejszych dla mnie osób – męża i syna.

Zadanie, które przed sobą postawiłam nie jest łatwe, ale jest warte wysiłku. Tak naprawdę, każdy z nas, każdy człowiek, ma swój całkowicie indywidualny świat i do końca nigdy się nie zrozumiemy ani nie pokryjemy w stu procentach w naszych wzajemnych oczekiwaniach, ale możemy chociaż zrozumieć, jak inaczej odbiera rzeczywistość druga osoba. Patrzeć z miłością, ale też z zaciekawieniem. Bo odkrywanie perspektywy z jakiej patrzy ukochana osoba, mimo że bywa frustrujące i pełne niewiadomych, jest zajęciem niezwykle ciekawym i pasjonującym!