Jak już może zauważyliście, moje tytuły, mimo że są całkowicie adekwatne do tematu, bywają mylące.
Dotyczy to nie tylko postów na blogu, ale także moich powieści. Przyznaję, że jest to zabieg celowy. Lubię tak:)

I tak – „Wiosna po wiedeńsku” może się kojarzyć z przewodnikiem turystycznym lub ckliwym romansem, a niewiele ma z tym wspólnego. W przypadku „Wiosny…” to akurat trochę samo tak wyszło. Ale już całkiem celowo tytułem zabawiłam się z czytelnikami przy okazji mojej drugiej powieści – „Jesień w Brukseli”.
A dlaczego jest on mylący i podchwytliwy, a jednocześnie w stu procentach prawdziwy, będziecie mieli okazję się przekonać już niedługo, gdy powieść trafi na księgarniane półki.
 
Przy tym wpisie tytuł również może Was zwieść. Oczekujecie może relacji z tego, jak to jest być pisarzem na topie, sprzedawać setki tysięcy egzemplarzy swoich powieści i zarabiać na nich kupę kasy.

Niestety, nie wiem;)

Może kiedyś się dowiem, a może nie. Nie powiem, nie miałabym nic przeciwko, by się tego na własnym przykładzie dowiedzieć, ale jeśli nigdy się nie uda, to nie będę narzekać. Ja już spełniłam swoje marzenia.
Choć, muszę przyznać, że marzenia mają czasem to do siebie, że eskalują.
Kiedyś chciałam po prostu napisać książkę. Dla siebie. Udowodnić sobie, że potrafię, przekształcić swoje fantazję w namacalny twór. Ale gdy to się stało, moim marzeniem było już, by ktoś tę książkę wydał. Myślałam sobie – niechby nawet nikt jej potem nie kupił, nie ważne, chcę ją zobaczyć, pomacać, moją książkę ze stronami i okładką.

Nigdy nie rozważałam self-publisingu. Może kiedyś wypowiem się na ten temat w osobnym wpisie, na chwilę obecną wystarczy stwierdzenie, że to dla mnie byłaby zupełnie niesatysfakcjonująca forma publikacji powieści.
 

I kolejna wersja mojego marzenia się spełniła – pojawiło się wydawnictwo (a jak to się stało, jaka była moja droga do wydania książki, możecie przeczytać TUTAJ).
No i oczywiście marzenie znów się rozrosło – chciałam by powieść spodobała się czytelnikom, by przynosiła im radość, by trafiła do szerokiego grona odbiorców. I tak się stało, a ja natychmiast skupiłam się na pisaniu kolejnych książek
 
Te następne czekają już w kolejce do wydania, a ja rozszerzyłam swą aktywność pisarską na bajki dla dzieci oraz, oczywiście, na bloga.
Bo talenty trzeba rozwijać, twórcze pasje trzeba realizować. To niemal (a może nawet nie „niemal”) nasz obowiązek. Po to każdy z nas otrzymał jakiś dar, by go szlifować i wykorzystywać.
 
Jestem spełniona. Jestem na swoim szczycie. Nie dlatego, że moją książkę okrzyknięto Książką Roku (nie okrzyknięto, choć zdobyła tytuł jednej z najlepszych książek na lato – TUTAJ) i nie dlatego, że zarobiłam na niej dziesiątki tysięcy (nie zarobiłam). Ale dlatego, że udało mi się spełnić każdą część ze swego eskalującego pisarskiego marzenia.
 
Ale ten tekst miał w zasadzie dotyczyć czegoś całkiem innego. Nie pisarza na szczycie, a pisarza na Szczycie.
Bo na Szczycie pisarz ma idealne warunki do tworzenia. Kasia z bloga Books and Babies zwróciła mi uwagę na fakt, jak wiele dzieł artystycznych powstało pod Tatrami.
W czasach międzywojennych Zakopane uważane było za duchową stolicę Polski (odsyłam do książki Jalu Kurka „Księga Tatr wtóra”). Na przestrzeni lat Tatry inspirowały wielu.
Jedną grupą są dzieła o tematyce górskiej, ale drugą są te, które z górami nic wspólnego nie mają, a jednak to właśnie tutejszy klimat pozwolił na ich stworzenie.
 
Bo pisarz na Szczycie ma potrzebny spokój. Ma przestrzeń na rozwinięcie swych myśli, które nie są zagłuszane wielkomiejskim zgiełkiem.
To właśnie na Szczycie powstały moje powieści. Jestem więc pisarzem (no dobra, dobra, pisarką) na Szczycie. A by oddać Szczytowi za to hołd i należną wdzięczność, akcja mojej trzeciej powieści toczy się właśnie tutaj. Poznacie w niej ekstremalne życie na szczycie wśród kopnych śniegów;)
 
Na koniec, nieco z innej beczki, lecz nadal w temacie. Bo wiecie, wielu jest blogerów, którzy napisali książki, ale chyba niewielu jest pisarzy, którzy po napisaniu książek założyli bloga. Jeśli znacie kogoś takiego, to podrzućcie namiary, chętnie zajrzę na jego/jej bloga.
Ja znam jedynie Annę z Kura Pazurem i AS Anna Sakowicz, ale nie wiem, czy pierwszy był u niej blog, czy książki. Aniu, jak to było?
 
Są także blogerzy, którzy, uważam, powinni się za pisanie książek zabrać. Każdy dobrze piszący bloger ma właściwie do tego pewne predyspozycje. Bo tworząc teksty na bloga, zaznajamia się z pisarskim rzemiosłem.
Wpis, tak jak książka, powinien posiadać wstęp, rozwinięcie i zakończenie. Powinien posiadać punkt kulminacyjny, element zaskakujący i to „coś”, co przyciągnie uwagę czytelnika. Oczywiście dobrze piszący bloger szlifuje także swój język i styl. Zwraca uwagę na te same rzeczy, o których musi pamiętać pisarz tworzący powieść.
 
Ale jest kilka takich blogerek, które oprócz rzemiosła mają coś więcej. Bo samo rzemiosło nie wystarczy. Owszem, można w ten sposób napisać bardzo dobrą powieść, ale by poruszała w czytelnikach nie tylko umysł, ale także serce, by wywoływała w nich wzruszenia i emocje, niezbędny jest także artyzm i wyrazisty własny styl.
 
Blogerką, która bezwzględnie swój wyrazisty własny styl posiada, jest dla mnie Karolina z Matka też człowiek. Każdy jej wpis to uczta. Prowadzi jeden z bardzo nielicznych blogów, na którym czytam każdy post. I nigdy nie mam dosyć. A odkąd wprowadziła cykl „Alfabet Małżeński” z niecierpliwością wyczekuję każdej następnej litery.
 
Drugą blogerką, która ma to coś, jest moja ulubienica – Matka Wygodna. Jej opowiadania wyciskają łzy, zmuszają do myślenia, wzruszają i na długo pozostają w pamięci. To jest właśnie artyzm, to coś, co sprawia, że nawet przy niedociągnięciach w rzemiośle (sama od tej strony nie jestem najlepsza), dzieło ma niesamowitą siłę przekazu i porusza w czytelnikach najczulsze struny.
 
Muszę wspomnieć jeszcze o Kluseczce po włosku. To blog, który jest dla mnie fenomenem. Autorka pisze o zwykłych, codziennych wydarzeniach, np. odprowadzaniu córki do przedszkola lub wizycie księdza po kolędzie, ale jej wpisy czyta się jak pasjonującą, trzymającą w napięciu opowieść. Nie, nie dlatego że dzieje się w opowieści coś niezwykle zaskakującego. Podczas drogi do przedszkola nie porywają ich kosmici, a ksiądz nie okazuje się agentem tajnych służb w przebraniu. Wszystko jest zwyczajnie, choć z dużą dozą humoru. A jednak styl, w jakim wydarzenia są opisane, ma w sobie – no właśnie – znowu „to coś”. Coś, co sprawia, że chce się czytać, a przy tym jest tak plastyczny, że czytelnik ma wrażenie, jakby w wydarzeniach uczestniczył.
 
To nie wszystkie blogerki, które mają zadatki na pisarki. W tym środowisku jest ogromny twórczy potencjał. I tak sobie myślę – były już Zwierzaki Pocieszaki, czyli zbiór bajek dla dzieci napisanych przez blogujące mamy. A może stworzyć by kolejną książkę – tym razem dla dorosłych? Zbiór opowiadań pisanych przez blogerki. Dziewczyny, co Wy na to?:) 
 
Podobno najważniejsze, to posiadać kontakty… Jak widzicie na załączonym obrazku – mam!:) Faktycznie, przydatna sprawa, laptopa można podłączyć i pisać swobodnie:)
  • U mnie najpierw był blog, choć dwie powieści już leżały na dnie szuflady, bo pisanie to było moje marzenie od dzieciństwa. Blog jednak pozwolił mi uwierzyć, że to, co piszę, może się podobać czytelnikom. Ale znam sporo pisarek i pisarzy, którzy założyli blogi po wydaniu książek, dzisiaj wiele osób tak robi, bo blog daje możliwość kontaktu z czytelnikiem (np. Magdalena Kordel, Krystyna Mirek, Jacek Dehnel i wszystkich nie pamiętam).

  • Muszę w takim razie pozaglądać, jestem bardzo ciekawa, jak wyglądają inne pisarskie blogi. Tylko skąd czas brać? Tym bardziej, że planuję ograniczenie w najbliższym czasie nawet uwagi poświęcanej własnemu blogowi, bo teraz pora skupić się ponownie na książkach. Jedna weszła w fazę przygotowań do druku (uff, nareszcie!), a drugą warto by było wreszcie skończyć;)

  • Jak mi się miło rozpoczął dzień 🙂
    U mnie najpierw było pisanie i to kilkanaście lat temu, gdy współpracowałam z Oficyną Wydawniczą w Szczecinie. Pamiętam gdy wydano mój pierwszy arkusz literacki…szczyt marzeń. Później przyszedł pomysł na blog. Tak jak piszesz, mam dużo pracy nad warsztatem, ale myślę sobie, że jak już opanowałam przecinki to i resztę jakoś ogarnę 🙂 …no i chyba pewniej się czuję w opowiadaniach dla dorosłych jednak 😉

  • Zaczynam od końca. Masz znakomity pomysł!
    A wracając do początku. Lubię, gdy autor, zaprasza mnie (czy to na blogu czy na fb), do swojego świata, świata spoza znanych mi (albo i nie) książek, wierszy, piosenek, obrazów. Z przyjemnością przyglądać się temu, co go interesuje, co czyta, gdzie szuka inspiracji, jaki jest jego głos w akurat toczącej się dyskusji… Oczywiście, nie można przekroczyć granicy, którą tak niesmacznie przekroczył duet Karpowicz i Dunin tuż przed nagrodami Nike. Czy my naprawdę musieliśmy się dowiedzieć o ich relacjach intymnych? Od tej pory nie chcę czytać Karpowicza. W ogóle nie chcę wiedzieć, co pisze ta dwójka. Tak, blog pisarza, pisarki – szerzej autora – jest potrzebny. Z tym, że taki blog powinien korespondować z wykonywanym zawodem, zainteresowaniami czy stylem życia. Niekoniecznie chcę wiedzieć, z kim autor sypia czy jak długo gotuje makaron na spaghetti itp. Z pisarzy obserwuję na razie Twój blog, który czytam z radością i regularnie. Uwielbiam Joannę Wryczę-Bekier i jej Poradnik Pisania, choć akurat ona zajmuje się twórczością od innej strony. Ale poczytam to, co poleciłaś we wpisie. Aha, i na fb też cenię autorskie profile.

  • Bardzo mi miło, że zaglądasz tu z radością:) Zapewniam, że o relacjach intymnych pisać nie będę (na szczęście mam tę "wygodę", że mam swojego męża ślubnego, prawowitego i ukochanego, więc żadnych ekscesów i romansów w moim świecie nie ma;p).
    W moim przypadku najpierw była strona www (ale nie umiem nią zarządzać, więc częste dodawanie tam treści jest dla mnie raczej niemożliwe), a potem profil na fb. W końcu i tam zabrakło mi przestrzeni i tak powstał blog:) Myślę, że to była dobra decyzja, choć czasami denerwuję się, że "marnuję" czas na bloga, zamiast poświęcać go na pisanie książek;)
    A teraz, widzisz, wpadł mi przy okazji tego wpisu nowy pomysł do głowy:) Jak tylko skończę poprawki w powieści, którymi w tych dniach się zajmuję, to bliżej mu się przyjrzę:)

  • A ja nie powiedziałam, że "dużo pracy";p Raczej szlifowania. Jak większość, ale kluczem do sukcesu jest świadomość tego, że można/trzeba coś poprawić i chęć by to zrobić. Z tym samym styka się pisarz przy pracach redakcyjnych nad swoją powieścią.
    A o arkuszach literackich nie wiedziałam! Znów mnie zaskoczyłaś!:)

    P.S. Ja pamiętam jaki przy pierwszej książce miałam ochotę wyć nad przecinkami, mąż mi pomagał, bo już głupiałam od kminienia, gdzie mają być, a gdzie nie;) Też zrobiłam w tej dziedzinie duże postępy, ale jeszcze nieco brakuje do pełnej wprawy;)

  • Jak ja się cieszę, że nie tylko ja mam problemy z przecinkami:) Twórzcie coś dla dorosłych Dziewczyny:) Na pewno fajna rzecz z tego wyjdzie 🙂

  • Może zamiast "twórzCIE" to "twórzMY":) Widziałabym Cię w tym składzie!:)

  • Ja, odkąd pamiętam, zawsze lubiłam pisać i już w podstawówce coś tam produkowałam:). Niedawno jednak miałam kilka lat przerwy i dopiero po przeprowadzce do Włoch znowu wzięło mnie na pisanie. Zaczęłam więc blogować i daje mi to kupę satysfakcji. A gdy do tego dodać takie miłe słowa, jakie czytam u Ciebie, prowadzenie bloga ma jeszcze większy sens.

    Książka dla dorosłych to wspaniała rzecz- kilka miesięcy temu opublikowałam na blogu malutki fragment pseudo- opowiadania quasi erotycznego, bo naczytałam się Greya i postanowiłam sprawdzić się na tym polu:). Nie kontynowałam jednak, bo wyleciało mi z głowy, a poza tym jakoś tak niezręcznie mi było na blogu niby parentingowym publikować takie herezje:).

  • O, to podrzuć link do tego opowiadania, chętnie przeczytam!:)
    Tematyka erotyczna jest niezwykle trudna do opisywania. W większości przypadków taki tekst erotyczny wychodzi albo naiwny, albo przesłodzony, albo wulgarny. Przyznaję, że nie mam zamiłowania (a może talentu) do tworzenia fragmentów erotycznych, zawsze wydają mi się takie sztuczne, dlatego w swoich powieściach raczej zbywam je ogólnikami;)

  • U mnie jednak sam szlif nie wystarczy, a przecinków nauczyła mnie Zielona Cytryna :))) wprawa przyjdzie z czasem, najważniejsze mieć co poprawiać :))
    Arkusz było…bo ja kiedyś ten tego poetką byłam, a raczej tak mnie "odkryto" 😛

  • Działaj dalej, twórz, pisz, czekam na kolejne niesamowite opowiadania:)

  • W moim przypadku blog powstał z ogromnej potrzeby pisania, która towarzyszyła mi od zawsze. Opowiadam o tym, co znam, czyli o swoim życiu codziennym – nie jest to temat zbyt porywający, ale fakt, że wiele osób odnajduje w tych tekstach coś dla siebie, coś o sobie – jest dla mnie bezcenny. Może o to w pisaniu właśnie chodzi? Pozdrawiam serdecznie, trzymam kciuki za dalsze sukcesy i zapraszam "do siebie" 🙂

  • Każdy temat jest dobry, jeśli jest umiejętnie opisany:) A codzienność jest bardzo wdzięcznym tematem. Klucz to pisać o czymś, co się dobrze zna, wtedy tylko tekst może być przekonujący i prawdziwy:)

  • Oj jak miło:) Właśnie ostatnio zastanawiałam się nad tym czy jakieś opowiadanie napisać…ale tak mnie ząb mądrości załatwił, że nie mogę się skupić:)

  • Teraz siedzę nad ostatnimi poprawkami "Jesieni…", a potem planujemy ferie i odpoczynek od wszystkiego (muszę akumulatory rozładowane nie najlepszym początkiem roku naładować), ale po powrocie zajmę się tym pomysłem. Myślę, że jest całkiem niezły i coś fajnego można by znowu razem zrobić:)

  • 😉

  • Na twoim blogu najbardziej lubię te, które dotyczą twojej twórczości i codziennego życia w górach:-)
    P.S. "Zmieniłam się":-)

  • Zauważyłam:)
    Co do tematów, to spokojnie mogę obiecać, że będzie jeszcze dużo wpisów ich dotyczących:)

  • Z każdym Twoim wpisem mam coraz większą ochotę na przeczytanie którejś z Twoich książek! Gdzie można dostać ,,Wiosnę po wiedeńsku" koniecznie daj namiary 🙂
    Co do pisania postów na bloga, ja długo myślałam, że nikt mnie nie czyta moich wypocin, więc jak coś napiszę z bykiem stylistycznym czy ortograficznym, albo w ogóle nie składnie to i tak nikt nie zauważy 😛 Później zauważyłam, że gdy dodaję zdjęcia, więcej zdjęć to nikt nie zwraca uwagi na tekst..no dobra, może tylko nieliczni 😛

  • Wiadomo, błędy każdemu się zdarzają, mnie nawet bardzo często, bo przeważnie jestem tak skupiona na treści, którą chcę napisać, że przeoczam formę;)
    A "zdjęcie mówi więcej niż tysiąc słów" i to jest duży plus bloga, że można łączyć słowa z obrazami, dzięki temu mogę też łączyć moje dwie największe pasje – pisanie i fotografię;)

    Jeśli chodzi o "Wiosnę po wiedeńsku" to myślę, że Tobie najwygodniej będzie ją kupić w Pensjonacie Reymontówka w Kościelisku (między kościołem a remizą, obok skrętu na Śmiechówkę):)
    Teoretycznie oczywiście dostępna jest w księgarniach, jednak z sygnałów od czytelników wiem, że nie w każdej. Wydawałam w niewielkim wydawnictwie, które, wiadomo, nie ma tak prężnej dystrybucji jak te największe i książka nie do każdej księgarni dotarła.
    Jest także oczywiście we wszystkich księgarniach internetowych, a na Podhalu, oprócz Reymontówki, można ją znaleźć także w Hotelu Bukovina i Książkokawiarni Rezerwat w Nowym Targu:)