Źródło: http://jeanblaze.deviantart.com/art/Meds-484491805
Strasznie nie chciałam poruszać tego tematu. Bo nie lubię tematów kontrowersyjnych, wokół których jest dużo krzyku, dużo medialnej wrzawy. Dokładanie swoich trzech groszy służy tylko dodatkowej okazji do bicia piany. A i tak każdy zostanie przy swoim zdaniu…

Ale właśnie przeczytałam kolejny wpis na ten temat i zaczęłam pisać swój komentarz. Po chwili go skasowałam, bo zrobił się, jak na komentarz, zdecydowanie za długi.
Zdecydowałam, że jednak opiszę to u siebie. Opiszę raz i koniec, naprawdę nie lubię ponurych tematów.
 
Są one, niestety, częścią naszego życia, ale to nie znaczy, że muszę je roztrząsać. Wolę zawsze skupiać się na jasnych stronach, celebrować szczęście, poświęcać swoją uwagę temu, co zwyczajnie dobre i fajne. Dzięki temu moje życie jest jaśniejsze. To nie uciekanie od problemów, to niecelebrowanie problemów. 
 
Ale do rzeczy. Pigułka „dzień po”. Tak, można się już zrzygać tematem. Jednak mam w tej sprawie pewne doświadczenia, którymi, myślę, mam obowiązek się podzielić.
 
Zostawię na boku całą kwestię antykoncepcji, koncepcji, przerywania ciąży i tak dalej. To jest osobny szeroki temat, bardzo trudny, wokół którego jest mnóstwo krzyku i bólu.
Jestem osobą całkowicie pro-life, ale poniekąd muszę się zgodzić w tej kwestii ze zdaniem Marty z tomitobi (TUTAJ), która przedstawia zażycie takiej pigułki jako mniejsze zło niż aborcja.
 
Nie jestem do końca pewna, czy istnieje coś takiego jak „mniejsze zło”. Zło zawsze jest złem. Ale w tym konkretnym przypadku, tak całkiem po ludzku, faktycznie mniejszym złem jest według mnie zażycie pigułki, która nie pozwoli zagnieździć się zarodkowi, niż w późniejszym czasie wykonanie aborcji
Jak przerażającą, nieludzką i barbarzyńską sprawą jest późna aborcja, pisałam Wam TUTAJ
Warto przeczytać, bo nie każdy wie, jak to wygląda. Ja także kiedyś nie wiedziałam. Nie wiedziałam, że dziecko, które jest już zdolne do życia poza organizmem matki, dziecko, które miało zostać zabite w łonie matki, ale trucizna nie zadziałała i urodziło się żywe, odkłada się na bok by zmarło z głodu i wyziębienia…
 
Miałam jednak, zostawić w tym wpisie te kwestie na boku. Wracam do głównego wątku. W kontekście „mniejszego zła” i tego o czym możecie przeczytać w linku powyżej, nie jestem stuprocentową przeciwniczką pigułek „dzień po”. Zostaje w mojej głowie te kilka procent na myślenie „a może w niektórych przypadkach uchronią od większego dramatu”. Ale dlaczego bulwersuje mnie to, że pigułki „dzień po” będą dostępne bez recepty? 
 
Wyobraźcie sobie młodą dziewczynę. Dopiero rozpoczyna życie seksualne. Być może nikt z nią nigdy na ten temat nie porozmawiał, być może sama nie bardzo interesowała się tematem swojej płodności.
Na lekcjach biologii nie słuchała, bo gadała z koleżanką; książkę „O dziewczętach dla dziewcząt” przejrzała pobieżnie. Nie bardzo orientuje się w swoim cyklu (zresztą, jak to u młodych dziewczyn bywa, cykle może mieć nieregularne).

Uprawia seks, a potem wpada w popłoch. Bo przecież jak seks był, to i ciąża być może. Nie ważne, że było małe prawdopodobieństwo, bo np. były to jej dni niepłodne. Może nawet się zabezpieczyli, ale ma wątpliwości, czy skutecznie. Jak już wspomniałam, dziewczyna nie do końca się w tym orientuje.
Jest sobie taka tabletka, co do ciąży nie dopuści. Warto zażyć. Zażyje i będzie po problemie. 

Droga, ale w takiej sytuacji kasę się jakoś wykombinuje.
Dziewczyna kupuje, łyka. Za jakiś czas sytuacja się powtarza. I znowu. Skoro działa, skoro jest to pewny sposób, to super.
Zażywania w sposób ciągły pigułek antykoncepcyjnych niektóre kobiety się boją, ale przecież co innego, jak tak się tylko od czasu do czasu weźmie, nie powinno zaszkodzić…

A to właśnie pigułka „dzień po” to hormonalna bomba, która całkowicie miesza w gospodarce hormonalnej organizmu.
 
Mija jakiś czas i dziewczyna zaczyna mieć poważne problemy zdrowotne. Nie, nie zażywała tabletki nagminnie, „zaledwie” kilka razy w niezbyt dużych odstępach czasu. Ale wystarczyło by zrujnować jej równowagę hormonalną.
Miesiączka zanika. Kilogramów przybywa. Włosy wypadają. Dopadają ją nastroje depresyjne.
Trafia do lekarza. Rozpoczyna się leczenie kolejnymi hormonami. Zanim dobierze się właściwe, mijają następne miesiące coraz gorszego samopoczucia. Hormony są całkowicie rozchwiane.
Dziewczyna nie potrafi sobie poradzić z tym, że nagle tak utyła, więc stara się walczyć ze swoim ciałem. Pojawiają się zaburzenia odżywiania. Anoreksja. Bulimia.

Mijają lata zanim wszystko wraca do normy, a nasza bohaterka odzyskuje zdrowie i dobre samopoczucie. Nie jest już młodziutką dziewczyną. Jest dorosłą kobietą. Po kilku kolejnych latach, gdy już nawet o tym wszystkim nie pamięta, odzywają się w niej instynkty macierzyńskie. Pragnie mieć dziecko.

I tu niespodzianka – okazuje się, że może być z tym problem. Że najpierw niszczenie organizmu (być może całkiem nawet niepotrzebnymi z punktu widzenia istniejącej konieczności) wielkimi dawkami hormonów, a potem lata kuracji kolejnymi hormonami, by odbudować zdrowie po szkodach wyrządzonych tymi pierwszymi, doprowadziło do trwałych zmian.

Na szczęście, jakimś cudem, w upragnioną ciążę zajść się udaje. Ale to nie koniec ceny, jaką trzeba płacić za dawne błędy. Ciąża okazuje się zagrożona, kobieta musi brać leki na podtrzymanie i przez dziewięć miesięcy drżeć o bezpieczeństwo swojego dziecka. Dziecka, przed którym kiedyś tak bardzo chciała się bronić.
 
Dlatego właśnie uważam, że dostępność tych leków bez recepty, bez wizyty u lekarza, który wyjaśni, jakie konsekwencje zdrowotne może mieć ich zażycie, który zwróci uwagę na szkodliwość ich działania i będzie miał pieczę nad monitorowaniem zdrowia pacjentki, jest złem.
Jasne, nie każda i tak posłucha i weźmie sobie do serca, ale może chociaż niektóre…
A może podczas badania lub rozmowy u lekarza okaże się, że w ogóle nie ma konieczności zapobiegać jakiejkolwiek ciąży, której i tak nie będzie.

Wiem, może trudno w to uwierzyć osobom rozsądnym i światłym, ale niektóre dziewczyny naprawdę nie mają pojęcia o tym, kiedy jest, a kiedy nie ma ryzyka zajścia w ciążę.
Wystarczy poczytać sobie pytania nastolatek na forach internetowych – gdzie zdarzają się na przykład takie – czy można zajść w ciążę przez wspólną kąpiel, przytulanie, albo spanie w jednym łóżku w samej bieliźnie…
 
Tak, kiedyś także można było zdobyć pigułki „dzień po”, bez wizyty u lekarza, ale trzeba się było trochę nakombinować. Teraz to ma być tak łatwe, jak kupno hot-doga. Zbyt łatwe. Nie skłaniające do żadnej refleksji nad własnym zdrowiem, tym bardziej, że jesteśmy przyzwyczajeni, że jeśli coś jest bez recepty, to jest nieszkodliwe.
 
Owszem, argument, że lepiej umożliwić kobietom zażycie tabletki, niż doprowadzać (jak rozumiem, przez brak tej możliwości) do sytuacji, w których wykonują one aborcję, jest mocnym argumentem. Dla mnie ideałem byłoby, żeby kobiety nie chciały robić ani jednego, ani drugiego, ale nie żyjemy w idealnym świecie.
Zażycie tej tabletki jednorazowo w jakiejś naprawdę ekstremalnej sytuacji, pewnie nie zrujnuje zdrowia. Ale obawiam się, że wiele będzie takich kobiet, które zaprzyjaźnią się z nią na stałe. A i wielu facetów będzie takich, którzy będą sami dziewczyny nakłaniać do ich zażycia. Bo przecież to nie ich zdrowie może zostać zrujnowane, a za to ewentualny „problem” będzie rozwiązany.
 
Powiecie może, że przykład, który Wam podałam jest wydumany i przejaskrawiony. Że młode dziewczyny nie są tak głupie i nieświadome. Tak, na pewno nie wszystkie są. Mam nadzieję, że większość nie jest. Ale wiele jest.  A przykład nie jest wydumany. To prawdziwa historia.

  • Temat jest tak rozdmuchany, że ja się powstrzymałam od posta na ten temat:) Jedno co mi na myśl przychodzi żeby nie powielać już napisanych słów to edukacja seksualna…ale taka z prawdziwego zdarzenia z prawdziwymi specjalistami, którzy przekażą najpotrzebniejszą wiedzę i być może nie trzeba będzie za często sięgać po pigułki 🙂 które jak piszesz mogą biedy narobić, ale o tym się nie mówi. Krzyczą zwolennicy i przeciwnicy ale konkretnych informacji nie przekazują

  • Tak jak piszesz – temat potwornie rozdmuchany i naprawdę nie chciałam brać udziału w dyskusji, ale doszłam do wniosku, że lepiej wyrazić swoje zdanie raz a dobrze i więcej do niego (czy to w komentarzach pod innymi tekstami, czy w publicznej dyskusji) nie wracać.
    Bardzo mi się podoba, jak to podsumowałaś. Krzyku wiele i mam wrażenie, że chyba coś za tym stoi więcej – może właśnie chęć odwrócenia uwagi ludzi od niewygodnych faktów. Bo można dyskutować, czy pigułka ma działanie poronne, czy nie; można dyskutować, czy zarodek to dziecko, czy nie; czy jest lepsza od aborcji, czy nie; itd. – tu będzie każdy miał inne zdanie, według swoich przekonań. Ale z tym, że ta pigułka jest bardzo szkodliwa dla zdrowia kobiety dyskutować się nie da. Nikt nie może powiedzieć, że jest inaczej. Dlatego "lepiej" temat zakrzyczeć.
    Edukacja seksualna – tak, ale tak, jak piszesz – z prawdziwego zdarzenia. EDUKACJA, a nie seksualizacja, czy mieszanie młodzieży w głowach, jak to często teraz wygląda.

  • W naszym pięknym kraju potrafią niestety tylko krzyczeć a nie zająć się tym co najważniejsze…

  • Temat rozdmuchany, ale jakże ważny. Uważam, że człowiek musi być odpowiedzialny za swoje czyny. Czyż nie jest istotą rozumną? Jeśli na coś się decyduję, muszę mieć świadomość, jakie są tego konsekwencje. Jeśli nie chcę mieć zapalenia płuc, nie biegam nago po śniegu. Jeśli zamierzam wspinać się wysoko w górach, wcześniej staram się zadbać o niezbędny do tego sprzęt. Jeśli nie chcę się poparzyć, nie wkładam palca do ognia. Oczywiście, w "naszym" wieku, po pewnych doświadczeniach życiowych, łatwiej to mówić. Co ma się w głowie mając lat 16, 18, 22? Same dobrze wiemy. Nie zawsze wiemy, co jest dla nas dobre. Popełniamy wiele błędów, a potem ich żałujemy. Wprawdzie każdy powinien uczyć się na własnych błędach. Natomiast jeśli ma to się odbywać kosztem życia, zdrowia, to przepraszam. Jestem przeciw. Życie to cud. Zdrowie to cud.

  • W tym przypadku to chyba akurat nie do końca kwestia kraju, raczej ogólnego trendu. Np. w Anglii, gdzie tzw. "edukacja" seksualna jest już od dawna prowadzona, ale z prawdziwą edukacją ma niewiele wspólnego, jest dużo więcej, niż u nas, przypadków nastolatek w ciąży, aborcji, gwałtów nieletnich, itd.

  • Święte słowa, Kasia. Też, pisząc, myślałam o kwestiach odpowiedzialności, ale nie chciałam dorzucać kolejnego wątku do, i tak już długiej, wypowiedzi. Bo tak naprawdę wprowadzanie takich pigułek na rynek jest elementem cywilizacji śmierci. I nie chodzi tylko o to, że jest to pigułka "przeciw życiu" (tu toczą się najbardziej zażarte dyskusje, czy jest, czy nie jest), ale o to, że to kolejny krok w nurcie kultury śmierci, kultury życia teraźniejszością bez żadnych konsekwencji i żadnych refleksji, w której na wszystko jest odpowiednia magiczna pigułka. Co innego błędy nastolatków (które większość z nas popełniała), a co innego usankcjonowanie tych błędów przez Państwo. To tak, jakby mówiono – spoko, nie musicie nad sobą panować, dajemy wam (nomen omen) receptę na waszą nieodpowiedzialność. Tak, to ogromny wymiar socjologiczno-społeczny, który jest całym osobnym tematem.
    W zasadzie całkowicie zgadzam się z Twoją wypowiedzią, tylko, że na moje zdanie wpływają też różne doświadczenia życiowe. Lata temu przyklaskiwałabym pomysłowi wprowadzenia tej pigułki bez recepty, z kolei rok, dwa czy trzy lata temu byłabym jej największą przeciwniczką.
    Teraz staram się patrzeć z wielu punktów widzenia, bo wiem, jak mogą być różne. Wiem, że jest zła i każdemu odradzałabym jej zażycie, ale tak jak napisałam, nie żyjemy w idealnym świecie i będą kobiety, które będą ją stosować. Chciałam więc przynajmniej, w jak najbardziej uniwersalny sposób, pokazać jak fatalne może mieć to dla nich skutki.

  • We Włoszech jest tak samo, a nawet i gorzej. Też uważam, że nie jest to kwestia kraju, a właśnie panującej mody, a poza tym tu też jest cała masa moherowych beretów, które nie wiedzą, o co biega, a pierwsi się wypowiadają.

  • Takie czasy, każdy uważa się za eksperta zdolnego wypowiedzieć się na każdy temat;) Poniekąd my, blogerki, też to robimy;) Ale różnica jest taka, że wypowiadamy własne zdanie we własnej przestrzeni. I nikomu go nie narzucamy. Ja zawsze byłam daleka od narzucania komuś mojej opinii (w końcu nikt nie dał mi licencji na jedyne słuszne opinie, a w wielu kwestiach mogę się mylić). 🙂