…czyli podróżnik. Albo – turysta.

Rodzajów turystów jest ogromna masa. Uczyłam się o nich na studiach (i dyplom z tego posiadam), jednak żadna wiedza akademicka nie może się równać z wiedzą zdobywaną przez doświadczenia. 

A doświadczenia związane z gatunkiem homo viator mam większe niż bym chciała.
Zacznijmy od tego, że sama też czasami bywam turystką, wbrew temu, co pisałam kiedyś TUTAJ. Ale zdarza mi się to obecnie niezwykle rzadko. Właściwie, od dłuższego czasu nie odkrywam żadnych nowych miejsc, a jedynie odwiedzam miejsca ulubione i znajome, w których turystką się nie czuję, choć może powinnam. Kiedy jadę na przykład do mojego ulubionego Szczyrbskiego Jeziora, to nie widzę w sobie turystki – wszak to tuż za miedzą…, ale dla Słowaków nią z pewnością jestem. 

Nie miało być jednak o mnie. Miało być o armagedonie i corocznej katastrofie, jaką są zimowe ferie. Wakacje również nie są dla nas łatwym okresem, o czym pisałam TUTAJ i TUTAJ, lecz zimowe ferie są zdecydowanie najbardziej przerażające. 
Bo turysta zimowy ma tendencje do skupiania się wraz z grupami innych zimowych turystów w ściśle określonych, ograniczonych przestrzennie punktach, czyniąc drogi nieprzejezdnymi, parkingi nieparkowalnymi a sklepy niezakupyzrobilnymi.

Ale byłabym niesprawiedliwa, mając o to pretensję do zimowego turysty. To wynika z nauki, takie połączenie geografii, matematyki i fizyki. Jeśli na teren stale zamieszkany przez 2 000 osób w jednym czasie przyjedzie 20 000, to wynik może być tylko jeden – nie da się żyć.

Niech Was nie zmylą te pustki – obrazek spoza sezonu;
z sezonu nie mam, bo wtedy omijam takie miejsca z daleka;)

Jednak są rzeczy, o które do turystów mam pretensje. Nie do wszystkich, dlatego, żeby uniknąć niedopowiedzeń, podzieliłam ich na stosowne grupy.

1. Turysta Buty-Narciarskie-Przyrosły-Mi-Do-Stóp
Nie wiem, czy to kwestia higieny (może lepkie od potu i ściągnąć się nie da), czy źle dobranego rozmiaru (utknęła stopa i koniec), a może wad technicznych (zatrzask nie puści i bez wiertarki ani rusz), ale turysta z butami narciarskimi przyrośniętymi do stóp bywa nad wyraz irytujący. Klekocze sobie taki po markecie, niczym jakaś dusza potępiona. Ba, żeby tylko po markecie! Jako, że butów ściągnąć się nie da, a dusza potępiona sama się nie zbawi, to i w kościele podczas mszy słychać złowrogie klekotanie.
Serio, tych butów się nigdy nie zdejmuje? Niektóre czynności muszą w takim razie być dla narciarzy karkołomne i przerażające. 


2. Turysta Łażę-Tak-Sobie-Bo-Co-Mam-Robić

Ano pewnie, łazić na zdrowie. Spacery na urlopie jak najbardziej wskazane. Ale błagam nie środkiem drogi, nie wtedy kiedy ta droga jest oblodzona i niezwykle trudno wyhamować na czas (albo w ogóle wyhamować). Jeśli turysta typu drugiego jest dodatkowo połączeniem turysty typu pierwszego, to mamy powodujące korki i zatory zło w najczystszej postaci.

3. Turysta Wszystko-Mi-Wolno (który często bywa połączeniem turysty typu: Rzucę-Se-Pochodnią-A-Co!)

Turysta z tej grupy wychodzi z założenia, że na wakacjach warto odpocząć także od myślenia. A by wypoczynek był pełen, musi poczuć się jak król świata (tudzież król odwiedzanej miejscowości). W tej grupie znajduje się także podtyp o nazwie Zaparkuję-Swoje-Auto-Jak-Największy-Idiota oraz, już wyżej wspomniany, podtyp od pochodni. I to wcale nie śmieszna sprawa, byłam naocznym świadkiem rzucania pochodniami uczestników kuligu na prawo i lewo. Jedna trafiła w mijany przez nich drewniany dom. Na szczęście, woźnica nie odpoczywał od myślenia, jak uczestnicy imprezy, zatrzymał kulig i pobiegł zgasić pochodnię.
Najstarsi górale na Podhalu powiadają, że turyści z grupy Wszystko-Mi-Wolno przeważnie mają na swych samochodach rejestracje zaczynające się na tę samą literę. Ale nie będę powtarzać niesprawdzonych pogłosek;)


4. Turysta Rany-Ale-Akcja

Pocieszny, wesoły, można by go lubić, gdyby nie to, że także potrafi skutecznie utrudnić tubylcom życie.
Przedstawiciel tej grupy wpadł do rowu blokując drogę? Rany, ale akcja! Zadzwoni do znajomych, by im o tym opowiedzieć, nagra film i zrobi sobie selfie na tle wywróconego auta. Dopiero potem pomyśli o tym, jakby tu drogę odblokować. 

W zasadzie do tego typu turystów nic bym nie miała, gdyby nie to, że właśnie przez nich pewnej zimy do przychodni z chorym dzieckiem jechałam dwie godziny. Trasa do przychodni ma kilka kilometrów…
Turysta Rany-Ale-Akcja lubi, gdy dużo się dzieje i to jest jego plus. Nie snuje się bez celu jak grupa nr 2, a do tego wykazuje się myśleniem odwrotnie niż grupa nr 3. Myśli i sprawdza, gdzie coś będzie się działo i tam go ciągnie. Wystarczy więc omijać większe imprezy i miejsca rozrywki, a mamy z głowy ten typ (do czasu, kiedy nie wpadniemy na niego na drodze).


5. Turysta Minę-Mam-Jak-Perski-Kot znany także jako turysta histeryczny.

Odwrotność turysty nr 4. Turyście z tej grupy nic się nie podoba. W sklepach za duże kolejki (a ja się pytam, kto je robi?), na drodze korki (a ja się pytam – no, o to, co przed chwilą;p), śnieg zimny, górale wredni, słońce razi i wszystko nie tak.
Jeśli turysta z tej grupy wpadnie autem do rowu, to ściągnie na pomoc straż graniczną, TOPR i TVN. Zaleje się łzami albo pokryje wściekłą purpurą, naubliża tubylcom, co to powinni drogę z rana odśnieżyć i płatkami róż posypać.
Tak, czy inaczej, również spowoduje potworny korek.


6. Turysta Wrzeszczę-Więc-Jestem

Wbrew pozorom, grupa mało uciążliwa. Jak przedstawiciele grupy czwartej, i ci turyści mają skłonności do gromadzenia się w miejscach szczególnych rozrywek. Idą sobie Krupówkami i śpiewają lub dmą w kibicowskie trąby. Wieczorami, w celu wzmocnienia siły wrzasku, aplikują sobie ognistą wodę w podgrupach. Nie wiem, jak mieszkańcom Krupówek, ale mnie nie przeszkadzają;) Zresztą, wrzaski to na Szczycie mamy na porządku dziennym:)

7. Turysta Przejdę-Się-Krupówkami-W-Lujim
 Grupa absolutnie nieszkodliwa, jeśli nie jest połączona z grupą nr 3. Lans, bans, futrzane czapy, Luji, moon boots, pantery i te sprawy. Czasem nawet można się „przyinspirować”, bo Matka Na Szczycie też pantery i Lujego lubi:)

8. Turysta Mam-Dzieci-Ale-Mam-To-W-Dupie

Nigdy nie powiem złego słowa na dziecięcych turystów. Dzieci to tylko dzieci i mają prawo do najróżniejszych swoich zachowań. Nie przeszkadzają mi także dzieci wrzeszczące, śliniące się, itp., o czym pisałam Wam już TUTAJ.
Ale w pewnych przypadkach przeszkadzają mi rodzice tychże dzieci. Jeśli dodatkowo należą oni jeszcze do turystów z grupy drugiej i trzeciej, to jest to naprawdę katastrofa.
Dzieci idące poboczem za rodzicami i co chwile przewracające się na oblodzoną drogę (czy tak trudno wziąć dziecko za rękę, albo między siebie?). Albo moje „ulubione” – ciemno, droga może nie główna, ale też nie polna, jedna z bocznych, ruch na niej spory, bo między innymi do wyciągu prowadzi; oblodzona oczywiście, auta slalomy i jazdę figurową na niej wykonują, a idzie sobie mamusia po tejże drodze i saneczki z dzieckiem za sobą ciągnie.
Ja wszystko rozumiem, śnieg się zobaczyło, chce się skorzystać (nie wiem czemu po ciemku akurat, ale nie roztrząsam, może o klimat chodzi). Ten śnieg, do jasnej cholery, jest też na łące obok, na leśnej dróżce, na polance, kurde, on jest wszędzie, ale tylko na drodze jest niebezpiecznie!
Co z tego, że jeden z drugim kierowca mamusię z dzieckiem zauważy i będzie chciał ominąć, jeśli na śliskiej nawierzchni straci panowanie nad kierownicą? Albo dziecko siedzące na sankach nagle się przechyli, a sanki przewrócą tuż pod koła?! Ludzie, myślcie!


Uff, ok, bo Matka się na swoim Szczycie uniosła. To teraz będzie milej. Ostatnia grupa, na którą złego słowa nie powiem. I nawet jej numerka nie dam, by odróżnić od wszystkich powyższych.

Turysta Normalny-Chyba-Już-Wymierający


To, mam nadzieję, Wy, moi czytelnicy. Turysta normalny jest, no – on jest normalny.
Używa głowy, stara się swój urlop spędzić miło, ale jednocześnie nie uprzykrzając go nikomu.
Z radością korzysta z atrakcji, nie robi histerii z powodu każdego najmniejszego niedociągnięcia na jakie natrafi.
Rozumie, że wszystko ma swój czas i swoje miejsce. W butach narciarskich przebywa na stoku, jeśli natomiast ma ochotę przejść się do kościoła (co się bardzo chwali), to robi to w odpowiedniejszym obuwiu. Śpiewa i trąbi na sportowej imprezie, ale już niekoniecznie ludziom pod domami w środku nocy. 

Góry to dla niego nie tylko Krupówki i oscypek. Jeśli wybiera się z dziećmi, to chce im także coś pokazać, coś zwiedzić, powędrować, a jednocześnie pamięta o bezpieczeństwie swojej rodziny.
Wyjątkowo szlachetne jednostki z tej grupy pamiętają nawet o tym, że w miejscowościach turystycznych są także ich stali mieszkańcy i starają się o to, by jakoś wyjątkowo nie obrzydzić im życia;)

A na koniec komunikat Matki Na Szczcie – otóż, wybieram się na ferie🙂
A gdzie się jeździ na ferie, mieszkając w jednej z najpopularniejszych górskich miejscowości turystycznych w kraju? Oczywiście… w góry🙂 Tylko inne:)