Do tej pory z nim żyłam. Urastał chwilami do rangi poważnego problemu.
Pamięć jest pokrętna i wybiórcza, zaciemnia złe wspomnienia, podświetlając te dobre i wprowadzając nas w złudne przekonanie, że kiedyś było wspaniale.
Ale w roku 2009tym naprawdę było wspaniale. Choć przecież nie tak wspaniale, jak teraz.
To był – do niedawna – najbardziej niezwykły rok mojego życia. Rok, w którym tak naprawdę moje życie się zaczęło. Wszystko, co było wcześniej jest bez znaczenia. Wszystko, co było wcześniej jest ponure i nie chcę o tym pamiętać.
W roku 2009tym zamieszkałam w wymarzonym miejscu i zaczęłam żyć tak, jak zawsze chciałam. Mnóstwo frajdy i satysfakcji dało mi urządzenie nowiutkiego mieszkania tak, jak sobie wymarzyłam, od a do z.
Ten czerwony puf kiedyś będzie słynny;)
Już nigdy nie będę mieć tak „mojej” przestrzeni. Tylko singielka ze świeżo oddanym do użytku mieszkaniem może mieć taki komfort. Żadnych naleciałości ani po poprzednich, ani po obecnych lokatorach. Tylko moje rzeczy dokładnie tam, gdzie chciałam je mieć. Tylko moja dekoracja i moja wizja.
Nowiusieńki blok na nowiusieńkim osiedlu – moje klimaty. Duże, w połowie puste mieszkanie, ukochane miasto i ja. Ja sama, bez żadnych ograniczeń, zobowiązań, z całym światem do wzięcia.
Rok 2009ty to był rok magiczny (i to w bardzo dosłownym wymiarze tego słowa). To był rok zaczarowany, pełen niezwykłych wydarzeń i tych, tak przeze mnie cenionych, ostrych krawędzi emocji.
To był rok, w którym słowo „przyjaźń” miało najbardziej pełny, najbardziej intensywny wymiar (choć ostatecznie okazało się, że przyjaźń między kobietą a mężczyzną nie jest jednak możliwa;p).
To był rok wielkiej imprezy, beztroskiej zabawy, nieczystych zagrywek, chwytania szans, szalonego ryzyka i wielkiej walki. A wszystko to było tak intensywne, tak wyraziste, jak już nic nigdy potem. Bo choć miłość matki do dziecka, jest uczuciem najsilniejszym, to jednak ta miłość romantyczna i walka o nią są uczuciami bardziej upojnymi, uderzającymi do głowy niczym młode wiedeńskie wino.
Do tego, w tle tych wszystkich wydarzeń był mój ukochany Kraków – miasto dla mnie wyjątkowe, które także przyczyniło się do niezwykłości roku 2009tego, pełne moich ulubionych, jedynych w swoim rodzaju miejsc.
I wiecie, miałam z tym wszystkim problem. Bo chociaż najwspanialsze wydarzenia mojego życia i największe cuda przyszły do mnie w późniejszych latach, to jednak rok 2009ty to wszystko zapoczątkował i urósł w mojej głowie do rangi niemal legendy.
I czasami, a nawet często, było mi przykro, że „to se ne vrati” (choć to nie do końca prawda, bo w pewnej formie ten rok jeszcze wróci i będziecie mogli o nim poczytać). Że już nigdy nie będzie tego szaleństwa, tej młodości, tej beztroski, tamtego czasu.
Jednak w tym roku, na błyszczącej powierzchni „mitu 2009” zaczęły pojawiać się rysy.
Pierwsza z nich ukazała się któregoś październikowego wieczora. Codziennie mój wieczór wygląda tak samo. O dziewiętnastej myję wannę i nalewam do niej wody, potem syn się kąpie, wycieranie, smarowanie, ubieranie piżamy. Kładziemy się razem do łóżka, przytulamy, opowiadam mu bajkę i śpiewam, aż zaśnie.
Później przeważnie jeszcze chwilę leżę przytulona do jego ciepłego ciałka z nosem wciśniętym w jego plecy. Te kilka minut to najbardziej spokojne, najbardziej czyste chwile mojego życia.
Często przybija mnie rutyna wieczornych czynności, ale przez te kilka minut wszystko spływa, wszystko staje się nieważne oprócz miarowego oddechu mojego syna tuż obok. Czegoś, dla czego żyję.
I właśnie wtedy, leżąc tak, przypomniałam sobie inny wieczór. Wieczór sprzed pięciu lat.
Wieczór kiedy siedziałam sama w bardzo eleganckim apartamencie, urządzonym dokładnie tak, jak chciałam, właściwie za dużym na potrzeby jednej osoby. Pod nogami nie walały mi się zabawki, wszystkie moje rzeczy były tam, gdzie je położyłam. Miałam piękne, niezniszczone meble, ułożone starannie włosy i zadbane paznokcie, które mogłam godzinami piłować.
Siedziałam i wyłam.
Bo nie miałam po co i dla kogo żyć. Bo wszystko w moim życiu było puste i powierzchowne. Bo czułam się przeraźliwie samotną malutką łódeczką dryfującą po nieskończonym ciemnym morzu.
Pamięć jest pokrętna i wybiórcza, zaciemnia złe wspomnienia, podświetlając te dobre i wprowadzając nas w złudne przekonanie, że kiedyś było wspaniale.
Archiwalna ja:)
Ale ostatecznie „kompleksu zero dziewięć” pozbyłam się z końcówką tego roku.
Bo teraz mogę powiedzieć z pełną odpowiedzialnością, że to rok 2014ty był najlepszy w moim życiu.
W tym roku byłam spełnioną kobietą, kochającą i kochaną mamą i żoną, realizującą swoje plany i pasje, spełniającą swoje marzenia, a przede wszystkim wiedzącą po co i dla kogo żyje.
To dużo lepsze niż bycie singielką z pięknym mieszkaniem w wielkim mieście, poszukującą swojej drogi i walczącą o wielką miłość.
p.s. Tę walkę o miłość życia na szczęście wygrałam:D