Już gdzieś tam pojawił się zarzut, że wszystkie blogi parentingowe piszą znowu o tym samym. Ale dlaczego mają nie pisać, skoro wszystkich rodziców temat dotyczy?

Ja także postanowiłam się wypowiedzieć, choć nie sądzę, by mój głos wniósł coś szczególnie nowego do rozgorzałej dyskusji. Jak to zwykle bywa – powstały dwa obozy. Jedni pomysł popierają, inni krytykują. I jak to zwykle bywa – z każdej ze stron padają argumenty zarówno sensowne, jak i całkiem idiotyczne.

Ale w końcu po to stworzyłam bloga, by dzielić się z Wami moimi opiniami, co niniejszym czynię.
Mnie cała kwestia wprowadzania „stref wolnych od dzieci” naprawdę dotknęła. Między innymi dlatego, że 99% procent czasu spędzam z dzieckiem i chodzę z nim w 99% miejsc.
Gdy wprowadzano kilka lat temu zakaz palenia w knajpach, byłam za. Zgadzałam się z tym, że skoro palę (bo jeszcze wtedy paliłam), to jest to mój problem. Robię coś złego (no, bo nikt mi nie powie, że palenie to coś dobrego) i nie mogę oczekiwać od innych akceptacji mojego nałogu.
Ale posiadanie dziecka nie jest ani czymś złym, ani problemem. To najbardziej naturalna rzecz na świecie.
Pomysł pachnie mi segregacją i dyskryminacją. Klasyfikuje dzieci jako gorszą część społeczeństwa. A ja? Jak mam się czuć, gdy chcę wejść z dzieckiem do knajpy, a na jej szybie widzę zabraniający mi tego znak? Czuję się wtedy gorsza. Należę do tej gorszej grupy, której NIE WOLNO.
Ten pomysł tak naprawdę nigdy nie musiałby się pojawić, gdyby wszyscy rodzice umieli wykazywać się rozsądkiem.
Wiadomo, że nie idę z dzieckiem do „ęą” restauracji, gdzie odbywają się głównie „kolacje biznesowe” (cokolwiek to znaczy); gdzie wszystko jest na wysoki połysk i człowiek boi się nawet oddychać.
Zresztą, nie chodzę do takich miejsc nawet bez dziecka.
W mojej kolejnej powieści – „Jesień w Brukseli” (która za kilka miesięcy pojawi się w księgarniach), bohaterka mówi:

„(…)zabrał mnie do Sheratona, gdzie podobno podawali wyśmienite krewetki na maśle czosnkowym. Miałam rację – ten facet to snob. Siedząc w imponującym wnętrzu hotelowej restauracji, myślałam jednocześnie, że wolałabym swojski teren McDonalda. Co bym nie robiła, byłam dziewczyną z Huty o plebejskich gustach. I wcale mi to nie przeszkadzało.”

Mam w tej kwestii całkiem podobnie. I jeśli będzie tak, że już nigdzie nas nie wpuszczą, to na szczęście zostaje nam ulubiony McDonald:)
Mc Donald's
Idąc z dzieckiem, wybieram knajpy przyjazne dzieciom, co jest w moim własnym interesie. Jeśli w restauracji są zabawki, kredki i kolorowanki, to wiem, że będę mogła w spokoju zjeść posiłek, bez potrzeby nieustannego zabawiania dziecka.
Ale nawet w knajpach, gdzie udogodnień dla dzieci nie ma, potrafię ogarnąć swoje dziecko.
Dzieci są różne, wiadomo, jedne spokojne, inne nadpobudliwe. Każdemu z nich zdarza się dostać czasem niczym nieuzasadnionego ataku histerii. Ale to od rodzica zależy, jak będzie swoje dziecko wychowywał, jak będzie reagował w trudnych sytuacjach.
Z wrzeszczącym dzieckiem, można zawsze po prostu wyjść na czas potrzebny mu do uspokojenia się.
Nie wyobrażam sobie też sytuacji, w której moje dziecko rzuca czymś w innych gości (argument przytoczony w jednym z komentarzy na fb), zaczepia ich, krzyczy komuś nad uchem.
Nie zabieram dziecka, gdy jest marudne, zmęczone, gdy jest dla niego za późno, lub wiem, że miejsce jest nieodpowiednie.
Na poparcie moich słów, kilka fotek z różnych restauracji – jak widzicie – mój syn nie jest obśliniony, rozwrzeszczany, ani nie ma obłędu w oczach, za to chętnie słucha w karczmach góralskiej muzyki. Nikogo nie obrzuca jedzeniem, nie tarza się w histerii po podłodze i w żaden sposób nie zakłóca spokoju innych gości. Jeśli w restauracji jest kącik zabaw, to się bawi; jeśli nie ma, to potrafi siedzieć, jak człowiek.
Przegorzały Kraków
Absynt Nowy Targ
U Bartka Bukowina Tatrzańska
Przegorzały Kraków
Zdiar Słowacja
Watra Zakopane

 

Dodatkowo, muszę powiedzieć, że mnie osobiście nawet wrzeszczące dzieci nie przeszkadzają. Jak już mówiłam, bardzo rzadko mam okazję być gdzieś bez mojego syna, ale jeśli już to się zdarza, to nie czuję potrzeby, by wtedy nie widzieć i nie słyszeć innych dzieci.
Wiele matek pisze, że strefy wolne od dzieci są fajne, właśnie dlatego, że mogą odpocząć od dzieci. Ja tego nie rozumiem, nie wiem, może jestem dziwna, ale dlaczego ja mam odpoczywać od wszystkich dzieci świata?
Jasne, jak każda matka, czasami chcę mieć chwilę wolnego od tej dwudziestoczterogodzinnej pracy bez świąt i urlopów, jaką jest macierzyństwo. Chcę mieć chwilę wolnego od „mamo, zobacz”, „mamo, chodź”,  „mamo, słuchaj”, „mamo, daj” i tak dalej. Ale obce dzieci niczego ode mnie nie wymagają, więc dlaczego miałyby mi przeszkadzać w chwili relaksu?
Jest wręcz przeciwnie – gdy, siedząc gdzieś sama słyszę wrzaski innego dziecka, czuję radość. Naprawdę. Ogarnia mnie wtedy wspaniałe uczucie ulgi, że tym razem to nie moje dziecko, tym razem nie ja muszę je uspokajać, tym razem może mnie to nie obchodzić. I tym bardziej doceniam swoją wolną chwilę!
Nie mówiąc już o tym, że jeśli naprawdę ktoś tak bardzo chce uniknąć widoku jakichkolwiek dzieci, to może zawsze wybrać miejsce, w których ich jednak nie znajdzie. Jest wiele pubów, klubów, do których raczej dzieci się nie zabiera.
Jasne – wolność, panie. Możemy wszystko. Jeśli właściciel restauracji nie będzie chciał u siebie dzieci, to wywiesi sobie odpowiedni znaczek i dzieci nie wpuści. A co dalej?
Skoro akceptujemy segregacje i podział na klientów uprawnionych i nieuprawnionych, to może w następnej kolejności pojawią się np. strefy wolne od kobiet w ciąży (bo kobieta w ciąży może np. nagle dostać mdłości i obrzygać innych gości w knajpie)?

Niektórzy, ci zachowujący w tej całej sytuacji największy spokój, mówią – nie ma co robić wielkiego halo. Nie wpuszczą mnie z dzieckiem do knajpy, to pójdę do innej. Ale, jak już słusznie napisały na swoich blogach inne przeciwniczki projektu, sam pomysł jest groźny.

Jakiś czas temu w Wielkiej Brytanii wybuchła wielka afera – małżeństwo prowadzące pensjonat odmówiło noclegu parze gejów. Zostali niemal zlinczowani przez opinię publiczną, a sąd skazał ich na zapłacenie ogromnej kary za ten postępek.
Nie zamierzam tu się zajmować gejami i moją opinią na ich temat, ani tym, czy postępowanie wspomnianego małżeństwa było dobre czy złe. Daje tylko przykład.
Dla mnie znaczek z przekreślonym dzieckiem jest komunikatem: „rodzino, jesteś gorsza, nie możesz tu wejść”.
Możecie powiedzieć, że przesadzam, ale to mój osobisty odbiór tego.
Rozumiałabym te znaki, ale nie jako znaki zakazu, a informacyjne – oznaczające miejsca NIEODPOWIEDNIE dla dzieci. Knajpy z głośną muzyką, dużą ilością lejącego się alkoholu, czy półnagimi kelnerkami. Bo będąc np. w obcym mieście faktycznie często nie wiemy, czego we wnętrzu danej knajpy się spodziewać.
Oto moje zdanie. Nie jedyne słuszne, nie najlepsze i najmądrzejsze, ale moje. Tak to widzę.
A na koniec, coś przyjemniejszego – mój top 3fajnych, przyjaznych dzieciom knajp.
1. Moja absolutnie ulubiona, rewelacyjna OGRODOWA w Wadowicach.
Pomysł by w kawiarnianym ogródku stworzyć mini plac zabaw jest dla mnie strzałem w dziesiątkę.
Dziecko bawi się z innymi dziećmi, a rodzić spokojnie, patrząc na nie, je, pije, rozmawia.
Do tego darmowe kredki i kolorowanki, oraz zabawki w środku, więc nawet w deszcz i niepogodę dzieci się tam nie nudzą.
A jeszcze do tego wszystkiego mają pyszne jedzenie i super klimat:)
Ogrodowa Wadowice
Ogrodowa Wadowice
Ogrodowa Wadowice

 

2. KsiążKAwiarnia REZERWAT w Nowym Targu

Dla pisarki i miłośniczki książek już z założenia jest wspaniałym miejscem. Właściwie cała jest salą zabaw i dla dzieci, i dla dorosłych, dzięki swemu unikalnemu wystrojowi, w którym zakochałam się po przekroczeniu progu.
Liczne gry, książki, zabawki, gazety – nie pozwolą się nudzić ani dzieciom, ani dorosłym.
A jedzonko również wyśmienite (bo w miejsca, gdzie nie jest wyśmienite nie chodzę;p)
No i pełen luz:)
Rezerwat Nowy Targ

3. BURY MIŚ w Bukowinie Tatrzańskiej
Kolejne całkowicie niebanalne miejsce. Jedyna karczma w regionie z własną wieżą widokową:) A do tego ogród niczym z bajki o hobbitach i pozytywnie szalony wystrój.

Bury Miś

Bury Miś Bukowina Tatrzańska