Długa droga przede mną. A na niej trudne warunki.
Albo i nie. To zależy, czy nie braknie mi zapędu i czasu do prowadzenia tego bloga.
Na razie próbuję, eksperymentuję, sprawdzam siebie w roli blogerki. Możliwe, że mi się nie spodoba, wtedy dam sobie spokój, bo mogę robić coś, albo z pełnym zaangażowaniem, albo nie robić wcale.
Dziś przeglądałam inne blogi. Jakie są śliczne! Widać czas i energię w nie włożone. Widać długą i trudną drogę osób je prowadzących.
Mój blog wygląda na razie nieco topornie, ale wszystko w swoim czasie. Jeśli zadomowię się tu na stałe, to na pewno postaram się go upiększyć;)
Tymczasem otrzymałam mało zachęcający znak – wczoraj założyłam bloga i od razu, tego samego dnia, spadł pierwszy w tym sezonie śnieg.
Dlaczego wydaje mi się to powiązane? Wiecie, na początku miałam pomysł, by blog nazywał się „Matka w krainie lodu”. Potem pomyślałam, że ta nazwa może być dla niektórych myląca i ściągać tu osoby zainteresowane zupełnie inną tematyką;)
Ale mieszkam w krainie śniegu i lodu, w krainie niemal całorocznej zimy. Wiosna, lato i jesień trwają u nas mniej więcej po miesiącu. Reszta to zima lub coś zimo-podobnego, bez śniegu, za to z zimowymi temperaturami.
I to determinuje życie Matki Na Szczycie. Bo zima oznacza głównie to:
Śnieg w górach
Zima oznacza zamknięcie w domu, odcięcie od świata, uwięzienie wśród kopnych śniegów. Nie zrozumiecie, naprawdę…
Tylko ktoś, kto na co dzień zmaga się z życiem na szczycie góry może wiedzieć jak to jest. Innym można mówić i mówić, ale w odpowiedzi powiedzą tylko: „zazdroszczę takich widoków”, „ale u was pięknie”, itd.
Powiem Wam, że te stwierdzenia sprawiają, że otwierają mi się nie tylko wszystkie noże w kieszeniach, ale i w kuchennych szafkach. Otwierają mi się nawet nożyki w maszynkach do golenia i temperówkach.
Ileż razy ja to słyszałam! Jak mi jest wspaniale! Dobra, przyznaję – lepiej mieć za oknem panoramę Tatr niż fabrykę, hutę czy ruchliwą autostradę. Ale to nie jest tak, że żyjemy tylko tym widokiem. Że on nam wszystko wynagradza. Że całe dnie spędzamy wpatrując się w górskie szczyty i powtarzając: „ale tu u nas pięknie”.
Nie, prowadzimy – albo przynajmniej staramy się prowadzić – normalny tryb życia. Zima bardzo to utrudnia. I gdy trzecią godzinę odkopuję podjazd, by wyjechać do sklepu po mleko, które się właśnie skończyło; gdy samochód sunie mi na oblodzonej drodze wprost w stronę przepaści; gdy palce przymarzają do zakładanych na koła łańcuchów; gdy nie mogę nawet po wspomniane mleko wyjechać, bo droga jest nieprzejezdna – uwierzcie, że nie rzucam wtedy okiem na wznoszące się obok Tatry i nie wzdycham: „ale tu u nas pięknie”…
Tatry zimą
Rozumiem, że większość ludzi, siedząc sobie w cywilizowanych i odśnieżonych miejscach, gdy widzi taki obrazek, wpada w zachwyt. Wpada w niego także przyjeżdżając w góry na zimowe ferie. Spędza uroczy tydzień lub dwa wśród roziskrzonej bieli i wirujących śnieżnych płatków. Jak ze snu.
Będąc na wczasach, nie ma takiej potrzeby, by dużo przemieszczać się samochodem. Raczej się go zostawia na parkingu, wybierając piesze spacery. A nawet jeśli zdarzy się tym samochodem jeździć i podczas tej jazdy skończyć w zaśnieżonym rowie, to jest to tylko zabawna anegdota z urlopu, którą ze śmiechem opowiada się znajomym.
I właśnie dlatego nigdy się nie zrozumiemy…
Ja w zimie muszę jeździć niemal codziennie. Tak, jak i Wy w Waszych miejscowościach. Do pracy, sklepu, na pocztę, do lekarza, itd. Do jakiejkolwiek cywilizacji mam siedem kilometrów. Wydaje się niewiele, prawda? Ale zapewniam Was, że gdy jest to droga oblodzona, ze śnieżnymi koleinami, z przepaścią po jednej stronie, ze stromymi zjazdami i podjazdami, to siedem kilometrów wydaje się nieskończonością.
Eh, miało być o blogowaniu, a skończyło się na zimowym stanie górskich dróg. A o tym przecież kiedyś będziecie mogli przeczytać w mojej powieści, nie tutaj. No, dobra, tutaj też. Bo jest to temat, czy chcę, czy nie (zdecydowanie nie chcę!) bardzo mi bliski.

Ale, cóż zrobić…, drogi prowadzące na szczyt zawsze są trudne. Te, które prowadzą donikąd, zazwyczaj są najlepiej utrzymane.
Cytując Marcina Wolskiego – „schodząc na złą drogę, możemy się pocieszać jej dobrą nawierzchnią” (z powieści „Według św. Malachiasza”), więc jeśli w Waszej drodze jest pełno dziur i wybojów, jeśli jest wąska i stroma, to możecie być pewni, że prowadzi ona w wyjątkowe miejsce! Na sam szczyt:)