Halloween

Do napisania tego tekstu zainspirowały mnie dwie rzeczy.
Powyższy obrazek, który znalazłam dziś na profilu Kocham Ogród oraz dynia, zakupiona, także w dniu dzisiejszym, przez mojego męża.

Halloween już jutro. Z fb atakują mnie skrajnie różne treści. Z jednej strony dzieci poprzebierane za małe upiory i konkursy na najstraszniejsze przebranie, z drugiej nawoływania środowisk katolickich, by Halloween bojkotować.

I sama nie wiem, gdzie w tym wszystkim stoję. Chyba jakoś tak pośrodku…

Jako Katoliczka, faktycznie odczuwam pewien sprzeciw wobec tego „święta”. Fascynacja czarami i demonami, to coś, od czego Katolik zdecydowanie powinien trzymać się z daleka. Zresztą sama też wiem to z własnych doświadczeń, o których być może kiedyś zdecyduję się napisać.

Do tej pory wszystko było proste – zlewam Halloween i tyle. Nie musiałam wycinać dyni ani szaleć na imprezie przebrana za kościotrupa (zresztą, w moim przypadku przebranie nawet nie byłoby potrzebne;p).

Ale czas płynie, wszystko się zmienia. Mój syn ma już trzy latka. Cieszą go powycinane dynie, które od tygodnia zdobią wszystkie sklepy, knajpy, a nawet salę zabaw. Interesują pozawieszane w tych samych miejscach nietoperze i sztuczne pajęczyny. Już za rok pewnie będzie chciał się bawić z okazji Halloween. Może nawet w przedszkolu, do którego pójdzie, zorganizują imprezę z tej okazji.
Powiedzenie dziecku, że nie, bo to jest sprzeczne z naszą wiarą, jest dla mnie niewystarczające. Sprawia, że ponownie – jak to było w wielu przypadkach i jak wiele z nas w dzieciństwie to widziało – katolicyzm jawi się jako religia ponura, zabraniająca zabawy. A to przecież nie tak.

Czuję, że muszę wypracować sobie jakieś podejście do tego dnia, bo jak przekazać dziecku coś, czego sama jeszcze do końca nie wiem…

Kiedyś, gdy mój syn będzie już dużym chłopakiem, wiele mu opowiem. O pewnych niby niewinnych zajęciach, które zaprowadziły mnie w bardzo niebezpieczne miejsca. Bo zło rzadko przychodzi pod obliczem zła. Częściej kryje się pod maską zabawy lub niewinności. Dlatego rozumiem tłumaczenia Kościoła, że Halloween to wcale nie tylko dziecinne przebieranki.

A z drugiej strony, faktycznie trudno znaleźć zło w obliczu wyszczerzonej dyni. I tak sobie myślę, że wiele zależy od tego, jaką wagę przykładamy do danych spraw i jakie znaczenie im nadajemy. Z Halloween często w parze idzie fascynacja demonami i temu mówię stanowcze: nie.
Dlatego wymyśliłam Halloween w wersji soft. Zainspirowały mnie do tego te wesołe dynie – zwierzaczki. Czemu nie zrobić właśnie takiej? A zamiast trupa czy upiora przebrać się za postać z bajki albo wesołego duszka?

Kiedyś rozmawiałam z jedną z moich sieciowych koleżanek i zarazem moją ulubioną blogerką na ten temat. Powiedziała, że Halloween, czy inne tego typu pogańskie święta i wierzenia, pomagają jej oswoić dzieci z tematem śmierci (Lena, mam nadzieję, że nic nie przekręciłam?).
Coś w tym jest, przyznaję. Myślę, że takie moje Halloween w wersji soft również może być pomocne – może pokazać, że duszki czy potworki (nie demony, bo to już całkiem inna sprawa), których dzieci czasami się boją, to tylko zabawne wymysły wyobraźni, które wcale nie siedzą w szafie czy pod łóżkiem.

Nie wiem, co będzie dalej – przyjdzie przecież za kilka lat czas, gdy syn będzie jeszcze za młody na poważne rozmowy o Bogu i szatanie, ale już za duży, by poddawać się sugestii matki. Pewnie, jak każdy chłopiec, będzie wtedy przechodził etap fascynacji śmiercią, trupami i makabrą. Co mu wtedy powiem? Nie wiem. Ale na szczęście mam jeszcze kilka lat na opracowanie sensownej wypowiedzi;)

A jutro robimy dynię kota (choć przy moich zdolnościach manualnych może się okazać, że nie będzie przypominać absolutnie niczego;p)