Kocham Małopolskę. Spędziłam w niej większą część życia, chociaż stąd nie pochodzę.
Z Małopolski jest mój mąż, w Małopolsce urodził się mój syn. W Małopolsce mieszka moja rodzina. W Małopolsce są wszystkie moje ukochane miejsca i właściwie ta Małopolska to dla mnie cały świat. Taka mała ojczyzna.
Jest to także region z ogromnym dziedzictwem, z niesamowitą przyrodą, z wieloma tradycjami… Wiem, wiem, inne regiony naszego kraju także mogą się wieloma rzeczami pochwalić. Być może przemawia przeze mnie lokalny patriotyzm, że tak tę Małopolskę wychwalam.
Lokalny patriotyzm był także żywy w uczestnikach zorganizowanego przez Urząd Marszałkowski spotkania, w którym brałam udział. Odbyło się ono 21-go października,  a miało miejsce w imponującym wnętrzu Teatru Witkacego w Zakopanym.
Teatr Witkacego Zakopane
Przyznam całkowicie szczerze, że nie jestem sympatyczką obecnie rządzącej opcji politycznej, jednak jestem sympatyczką Małopolski, więc byłam ciekawa, co kryje się pod hasłem: „Małopolska – widać zmiany”.
Zmiany faktycznie widać. Ja patrzę na nie z perspektywy szarego zjadacza chleba, więc bardziej niż np. wielkie projekty badawcze, cieszą mnie nowe place zabaw i zrewitalizowane parki, powstające obiekty służące kulturze i sztuce, obwodnice i lepsze drogi.
Na spotkaniu powiedziano wiele, ale wyszłam rozczarowana. Nie będę wypisywać punkt po punkcie, co mnie rozczarowało, bo doszłam do wniosku, że w pewnych kwestiach mogę być niesprawiedliwa. W końcu każdy ma swój światopogląd i „co dla jednego dobre, to dla drugiego złe” jak głosi prosta prawda zapisana przez księdza Tischnera w „Historii filozofii po góralsku”.
Ale kilka przykładów Wam rzucę, skoro już się zabrałam za napisanie tego tekstu.
Małopolska - widać zmiany!
Główny prelegent – Stanisław Sorys (zdj. nr 1) z Zarządu Województwa Małopolskiego mówił wiele pięknych i gładkich słów, z których wynikało niewiele.
Ale tego nie ma się co czepiać, w końcu to domena wszystkich polityków.
Zadziwił mnie natomiast Szymon Ziobrowski (zdj. nr 2), dyrektor Tatrzańskiego Parku Narodowego, który nie powiedział ani słowa na temat ochrony przyrody. Wspominał za to o wprowadzaniu udogodnień dla turystów i rozwoju infrastruktury.
Nie żeby ochrona przyrody była moją wielką pasją, mówiąc szczerze, to mało mnie ten temat zajmuje. Ale dyrektora Parku Narodowego chyba powinien, prawda?
Mówiono także wiele o produktach regionalnych, w tym o promocji podhalańskiej jagnięciny. Pomijam już fakt, że agresywni (bo przecież nie „krwiożerczy”) wegetarianie rzuciliby się tym panom do tętnic szyjnych za takie namawianie do spożywania malutkich baranków. Ja nie mam nic przeciwko spożywaniu mięsa (dopóki jest to wołowina, bo inne mięsa mi nie smakują;p), ale inny aspekt uderzył mnie w tej sprawie. Tysiące Małopolan jedzą mięso od święta, bo nie stać ich nawet na najzwyklejszego kurczaka. W tym kontekście namowy, by zakochać się w podhalańskiej jagnięcinie, wydały mi się niesmaczne jak stara baranina.
I jeszcze jeden przykład, bliski mi, ponieważ w kwestii pluszaków jestem na bieżąco. Chińskie pluszowe owieczki (wszyscy je pewnie znacie).
Stanisław Soros, dziwił się, jak tak można sprzedawać plusz z Państwa Środka, zamiast rodzimego rękodzieła.
Fakt, rodzime rękodzieło wartościowsze niż masowa produkcja Chińczyków. Tylko jedna sprawa – dla sklepikarza walczącego o utrzymanie się na rynku koszt zakupu towaru odgrywa ogromną rolę. Z prostej kalkulacji wychodzi, że bardziej opłacalne są skośnookie owieczki. A każdy chce jakoś żyć i za coś jeść. Koniec, kropka.
Nie, właściwie nie koniec. Bo medal ma jak zwykle dwie strony. Regionalne wyroby są naprawdę warte promowania, doceniania i kupowania. Są do tego wyższej jakości i są „nasze”.
Na sprawę patrzę także jako twórca – w tym przypadku nie książek, a regionalnej biżuterii.
MamyMaki
Nie bronię tu więc chińskich owieczek i nie dowodzę ich wyższości. Mówię tylko, że codzienne życie zazwyczaj przekreśla górnolotne idee. Bo, wiecie – każdy chce jakoś żyć i za coś jeść. Warto więc na kwestie rozwoju regionu patrzeć też przez pryzmat zwykłych mieszkańców, którzy każdego dnia próbują związać koniec z końcem. A takiego podejścia na spotkaniu mi zdecydowanie brakowało. Teraz koniec.
Co mi się natomiast spodobało, to właśnie słowa zachęty do lokalnego patriotyzmu , jakie padły z ust starosty Andrzeja Gąsienicy Makowskiego.  Do wspierania swego regionu, budowania go wspólnie, doceniania i kochania (czyli między innymi – wybieraj jednak małopolskie owieczki ;)).
Trzeba coś kochać i mieć w sobie pasję, bez tego nie da się zrobić nic wartościowego. Już Wam to mówiłam, a na spotkaniu usłyszałam to od Krzysztofa Króla Łęgowskiego – dyrektora Tatrzańskiej Agencji Rozwoju, Promocji i Kultury oraz Bartłomieja Koszarka (zdj. nr 3) – szefa Bukowiańskiego Centrum Kultury (który dodatkowo ujmował wypowiedziami w pięknej gwarze góralskiej).
Fajnie, że są wysoko postawieni ludzie, którzy to wiedzą.
Kończąc, będę nieco złośliwa – raz na jakiś czas sobie pozwolę (zdarza mi się to niezwykle rzadko). Bo, wiecie, studiowałam geografię, wiem o ruchach kontynentów, wypiętrzaniu gór i tak dalej, a jednak stwierdzenie pani prowadzącej, że „Małopolska jest obecnie w zupełnie innym miejscu niż cztery lata temu” całkiem mnie zaskoczyło;)

I na zakończenie powrót do pytania z tytułu – czy Małopolska jest moja? Jest! I, chcę ją wspierać i budować, choćby tym, że tutaj żyję i tworzę.  Teraz myślę, że zawsze można zrobić coś jeszcze!

Konsultacji przy pisaniu tego artykułu udzielała owieczka Oleńka, która przybyła do nas z bardzo daleka. Wstydliwie ukrywa swe pochodzenie, jednak metka bezlitośnie ją zdradza. Mój syn nie jest rasistą i lubi Oleńkę mimo lekko żółtawego odcienia futerka:)

Owieczka